(Nieznajomi) Żeńcy TRZ3J: Państwo wyznaniowi

 

* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Dyskusja na kanwie zagadnień poruszonych w tekście:

http://rediwiwo.blogspot.com/search/label/%C5%BCe%C5%84cy%203


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


 

D e fi a n c eEric Rudolph

 

 

Páteant aures misericórdiæ tuæ,

Dómine, précibus supplicántium:

et, ut peténtibus desideráta concédas;

fac eos, quæ tibi sunt plácita, postuláre.



Krajobraz polski 2020, problemy bieżące i odwieczne

(PodTytuł alternatywny:

Poland in the year of our Lord MMXX. The best of the worst)

Albo: Panorama bezkatolickiego bezkresu medialno-intelektualnego



Piątego stycznia. I znów burza. Najpierw grzmoty. Niskie, burczące, powolne. Tym razem alert KGB, pardon: RCB, nie kłamał. Przeczytaliśmy go zawczasu. Wszystkim piknęło. Znaczy, telefony piknęły. Niemal równocześnie. I mojej Walentynie, i Prediktorowi, i mnie. Służby nie spały. Wszystkim wysyłały. A operatorzy dzielili się z nimi wiedzą o tożsamości swoich klientów oraz przebiegu ich rozmów i korespondencji. Naszych też. Wszelkie tajemnice – od bankowej poczynając, a na korespondencji kończąc – szlag trafił. "Wolność to niewola". Ja tych państwa do swojego telefonu nie zapraszałem. Cholerne komuchy!



Znów grzmoty. Błyski na niebie. Burza jednak bez deszczu. Pozbyliśmy się telefonów, jak zawsze przed akcją.



Cmentarz o tej porze i w takiej pogodzie zionął pustkami. Jeśli, oczywiście, nie liczyć setek i tysięcy obróconych już w proch oraz tych całkiem niedawno złożonych do grobów. Ilu spośród nich już cieszyło się życiem wiecznym, ilu już znalazło w czeluściach piekielnych, ilu wciąż czekało wybawienia z czyśćcowych mąk?... Requiem aeternam... śpiewaliśmy od wejścia na teren nekropolii. W szczególny sposób poświęcaliśmy je tym, które nie doczekały chrztu. To również ich dotyczyła pierwsza i najważniejsza gałąź naszej działalności. Zdradzieckie mordy dokonywane na nienarodzonych z poduszczenia kanalii-ojców i kanalii-matek przez kanalie w białych kitlach za przyzwoleniem i z pełnym słów o kompromisie błogosławieństwem kanalii w skrojonych garniturach – i Kaczorów, i Donaldów, i... – jeden pies. Tym mordom postawiliśmy sobie za cel zapobiegać. Ratować tych braci naszych najmniejszych. Traktujecie ich jak środek do celu. Skazujecie na limbus in vitrorum. Usiłujecie niszczyć jeszcze w łonach matek. Mordujecie ich. Jesteście... kanaliami? To za mało powiedziane.



Dotychczas zwykle spotykaliśmy się na cmentarzach w oktawie albo zaraz po oktawie Świętych Młodzianków. Tym razem trochę się przedłużyło, bo Prediktor miał dodatkową robotę. Ale misja zakończyła się pomyślnie. A na razie żaden z naszych jeszcze nie poległ. Wszyscy stali dzielnie na swoich stanowiskach. Nikt jeszcze ani już nie siedział.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Od wschodu również zbliżało się trzech żeńców. Z3rro – ten, który bił, żeby zabić w imię miłości Boga i bliźniego. Scot Free (stylizujący się czasem na Scot3) – wędrowiec co się zowie, jak samo imię wskazuje. Ten zawsze robił najwięcej kilometrów. I Petronela. Ta, którą oficjalne organizacje "pro-life" niemal jednogłośnie potępiły, bo strzelała do Marzenny Żołędnej. Inaczej niż Zerro, którego zresztą kochała na zabój. Strzelała, żeby zranić. Nie chciała śmierci Żołędnej, ale aby się nawróciła od drogi swej, a żyła. "Tchórze i kłamcy" – mawiał o tych "prolajferach" Scot. Grają oni w ramach narzuconych przez system. Agresja fizyczna jest "niedobra", bo rzekomo "nieskuteczna", a skuteczne ma być to, co od dziesięcioleci do naruszenia "aborcyjnego kompromisu" nie doprowadziło. Nie posunęło sprawy ani o krok.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Z południowego zachodu przybyli: nie stroniący od zadawania ciosów poniżej paska Jan Chryzostom (znany również jako Doktor J.C.), Wincenty oraz Perpetua.



Było nas trzy razy po troje. A było nas więcej.



Zapaliliśmy znicze. Zabrzmiał hymn. Gromki, chóralny śpiew Bogurodzicy. Potem modlitwa recytowana. Złapaliśmy się i mocno trzymaliśmy za zawieszone na piersiach relikwie. Dziewczyny chwyciło za serce. Twarde i zdecydowane, ale łzy się w oczach zakręciły. Ludzie ludziom gotują taki los. A z krucyfiksu patrzył na nas nieruchomy Pan życia i śmierci.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



"Z wyroku Katolickiego Państwa Podziemnego..."



Minęła okazały barak sprzedażny mieszkań korporacji TotalBuild – We Build Your Dreams i ościenne sklepiszcza. Dalej: ekskluzywną restaurację Atelier Burakos ze świecącym jaskrawo neonem dumnie głoszącym slogan lokalu: DYSKRYMINUJEMY (za który zresztą czekał ją niedługo proces; to niezupełnie inna historia, ale opowiemy ją przy innej okazji). Rzuciła okiem, by sprawdzić godzinę na Pałacu zwanym Kultury. Nie widać go było zza wieżowców! Oto postęp!



Zatrzymała się bez pisku opon.



Ostatnie spojrzenie w lusterko. A6091OW. Zgadza się. Guzik detonatora. I szlus!



Od kiedy passat Storka wyleciał w powietrze, nic już nie było takie samo. Stork trudnił się tym, czym wiele firm na tym (pożal się Boże) pseudo-quasi-wolnym rynku: dostarczał klientom tego, czego się domagali. A że akurat niektórzy wymyślili sobie, że domagają się dziecka, to Stork im je przynosił. Dostarczał. Prokurował. Z nadprodukcją radził sobie jak każdy inny szanujący się spożywczak: usuwał, czasem sprzedawał albo oddawał w promocyjnej cenie. Niekiedy zamrażał na zaś. Jeśli uznał produkt za zepsuty – nie było przebacz – jak z każdym innym przeterminowanym kartonem mleka: siup do śmieci! Do utylizacji. Na życzenie klienta elegancja, dyskrecja, higiena i wygoda. Jak w szwajcarskim zegarku. Nasze własne polskie Auschweiz. Nazwane tak podwójnie zasadnie: Schweiz – niczym ten kraj, w którym pod flagą krzyża można bezkarnie zamordować nienarodzonego albo zmęczonego życiem; Au – jak aurum, bo przecież za darmo tego nie robili.



A teraz zepsuto Storkowi samochód. Wybuchnięto. W merdiach pojawiło się to w odpowiednim kontekście i z odpowiednim komentarzem. Podniósł się lament. "Nikt już nie jest bezpieczny!". Storkowe "kliniki" zaczęto omijać szerokim łukiem.



Nawet tę najbardziej chronioną, najbardziej reprezentacyjną, stojącą drzwi w drzwi z zakładem weterynaryjnym ButchersPetCare. (Nie ma to jak rzeźnik z rzeźnikiem. Brakowało jeszcze masarni).



Odbił się ten wybuch Storkowi po kieszeni.



Akurat omijanie Storkowych "fabryk ludzi" było o tyle mało racjonalne, że ich wysadzać nie zamierzano. Dlaczego? Cóż, w tych budynkach mogli (przynajmniej potencjalnie) znajdować się niewinni ludzie – zamrożone dzieci – a nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierzał ryzykować choćby przypadkowego zabicia choćby jednego z nich. Trudniejsza to sytuacja niż w przypadku abortowni. Wiadomo, że z chwilą zakończenia dnia rzezi i zamknięcia drzwi do następnego poranka żadne dziecko w budynku nie zostawało przy życiu. Ale w takiej Żołędni Clinic... Tak zwana opinia publiczna jednak wcale o tym wiedzieć nie musiała.



A w planach następne ataki już były. Passat stanowił tylko próbę generalną przed ciągiem dalszym. Adresy, twarze, nazwiska – z dumą umieszczał je w Internecie dział promocyjny firmy wspólnie i w porozumieniu z departamentem "zasobów ludzkich" – jakże adekwatna to nazwa! Pracownicy Storka zmierzali prostą drogą do piekła – w którego istnienie co poniektórzy z nich być może jeszcze wierzyli – i wciągnęli sobie to dążenie na sztandar. A tymczasem odliczanie trwało...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Gdyby zależało to od Andżeliki, dałaby całemu przedsięwzięciu nazwę swojej macierzystej komórki – Heaven's Angels. Offensores Fidei mieli jednak inną koncepcję. My, z Legionu świętego Pawła, proponowaliśmy nasze motto: "BIJEMY ZŁYCH LUDZI". Ostatecznie stanęło na kryptonimie "KaraVan" na cześć wietnamskiego redemptorysty Marcelego.



Jak to się stało, że od koncepcji oporu bez przywódcy przeszliśmy (nie wszyscy, to prawda) do bardziej zorganizowanych form oporu? Właściwie to naporu, bo urośliśmy w siłę. Poczuliśmy się mocni. Nieprzerwanie baczyliśmy, by nie upaść, ale zorganizowane pół-oficjalne operacje były już w naszym zasięgu. Wychodziliśmy do boju w świetle dnia z leciutko uchyloną przyłbicą. Mieliśmy szansę na zwycięstwo. Wierzyliśmy w to.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Deus Ex: The Visible War, czyli Armii Doga ciąg dalszy


Dotychczas sprawa miała się następująco: jeśli ktoś szedł z dziećmi i nie życzył sobie kontaktu z psami, niekoniecznie miał szanse na ostateczny i pełny sukces w starciu z nieodpowiedzialnymi psiarzami. Nawet jeśli była to cała rodzina. Ćwierćmózg (do)puszczający psa luzem, nie trzymający go krótko na smyczy i w kagańcu miał w arsenale cały szereg możliwości od pyskowania począwszy. Załóżmy, że za pyskowanie dostał w pysk – i to mocno, jak należy – to już sprawa dla prokuratora. Załóżmy, że pies dostał w pysk, jak należy – jeszcze gorzej! W dzisiejszych czasach prawie kompletnego poplątania większość piesich prędzej ujmie się za zwierzęciem i jego okrutnym dla ludzi właścicielem niż za narażonym na niechciany kontakt człowiekiem. Jesteś z dziećmi; z dziećmi jest matka; z dziećmi jest matka z dzieckiem w brzuchu – zdecydowanie trudniej dać psu i jego psiarzowi skuteczny o(d)pór i oddalić się z miejsca zderzenia. Zaraz znajdzie się na dokładkę jakiś życzliwy kapuś, który powiadomi stosowne i niestosowne organa (które trudno podejrzewać o chęć zapobiegania działalności przedstawicieli własnego gatunku) o zajściu czy też zejściu. Zejściu? Dla pełnej skuteczności lekcji trzeba chyba stawiających się psiarzy oraz ich zwierzynę wyenderować.


Dlatego właśnie tak bardzo potrzeba było Armii Doga. Dziękowaliśmy za nią Bogu z całego serca.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


W nieudolnie zawiadywanej przez antykatolickie postrewolucyjne państwo "przestrzeni publicznej" coraz częściej pojawiały się nasprejowane na murach napisy: "ARMIA DOGA – TĘDY DROGA". Tę drogę rozumiano nierzadko zupełnie dosłownie. Napisowi towarzyszyła strzałka wskazująca miejce zamieszkania szczególnie uciążliwych i nieliczących się z bliźnimi psiarzy.


Po sukcesie gry komputerowej Call of Duty: Dog Hunt oraz serialu Killing dogs, killing gods – wpuszczonych do Sieci niemal równocześnie – rzesze młodocianych postanowiły spróbować jak to jest wcielić się w bohatera powyższych w realu. Polowania na latające luzem psy oraz odpowiedzialnych za to humanoidalnych zwierzolubów stały się czymś na kształt sportu. Wybryki psiarzy coraz rzadziej uchodziły im na sucho. Częściej zaś kończyły się praniem.


Chodziło już nie o palmę męczeństwa, ale pierwszeństwa w rankingu least friendly for irresponsible dog owners & their dogs.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Ubranka dla dzieci – w przeciwieństwie do niektórych dzieci – były gołym okiem jak najbardziej widzialne.


Lotta korzystała z wolności projektowania ich w iście światowym stylu. Chcesz – no i masz!


Wolność, jaką dała jej niespodziewana śmierć partnera – jednego z wielu, ale ten był akurat przy forsie i nie zdążył jej wydziedziczyć. Finansowo była ustawiona na całe życie.


Kobieta wolna. Kobieta całkowicie wyzwolona.


Na piątek wieczór była zaproszona do willi jenerała. Tam podzieli się z gospodynią, wsławioną Dominiką Augustyńską, oraz oglądaczami-podglądaczami swoimi najnowszymi przemyśleniami. Będzie czego posłuchać. I na co popatrzeć.


Dominika Augustyńska gościła całą już niemal śmietankę. Niektórą po kilka razy. Creme de la creme de menthe. Tip top ten bez dwóch zdań (w tym akurat zakresie ich różnica nie była dozwolona). Tadeusza Ateusza. Bżydala. Tego, co zdradzał, ale ich nie naciągał. I pozostałą czeradkę.



Ale – po kolei...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Piekielny los pana dziennikarza



Zacznijmy może od Aleksandra Rafałowicza, który w programie Dominiki (jesteśmy przecież po imieniu, nie będziemy przed publicznością udawać, he, he!) pojawił się, by skomentować to, o czym ćwierkają ptaki w lesie, a on sam w necie – z częstotliwością kilkunastu wpisów dziennie. Informacyjna kloaka musi dostarczać przeżuwaczom ich strawy w regularnych odstępach.



Były Już Klasyk, piszący niegdyś o ojcu, który uczył tej staroświeckiej, zapomnianej już wiedzy, co to jest Ojczyzna, jak również o tym, który wyprowadził przeciwko tej Ojczyźnie czołgi na ulice, rozsiadł się teraz wygodnie na fotelu w willi zajmowanej przez tę, która przejęła po ojcu-rabusiu zagrabioną nieruchomość i jawnie zadeklarowała, że wyprowadzać się nie zamierza. Córka jenerała, której każdy gość choćby mimowolnie legitymizuje tę kradzież przez sam fakt przyjęcia zaproszenia. I zasiada w pomieszczeniu chcąco-niechcąco sławiącym niesławnej pamięci tatusia osławionej pani dziennikarzyny. Obrazy, portrety, zdjęcia... Grunt to rodzinka!


Sławetni goście. Oczy kamer. Kulturalne rozmowy przy kawie, ciastku, herbacie, a czasem piwie. Dominika Augustyńska niczego wyrzekać się nie ma w planach. (A kradzionego domu przede wszystkim).


Aleksander Rafałowicz też niczego wyrzekał się nie będzie. Ten, który z dezynwolturą twierdził, że woli mieć "przerąbane" (im dalej w las, tym wulgarniej – w komentarzowej bieżączce Rafałowicz od "k...", "ch..." i "pier..." też nie stroni) w "Kościele z prawdziwego zdarzenia" niż aby jego cudzołóstwo legitymizował Kościół ze zdarzenia nieprawdziwego, jakby kompletnie zapomniał, że jego prywatna opinia ("wolę") gówno (i bardzo proszę Pana Redaktora WiWo, żeby mi tego nie przerabiał na "g...") ma tu do rzeczy. Językowe zabawy z kolokwialnym "przerąbaniem" na czele w perspektywie życia w publicznym grzechu ciężkim i stawiania siebie oraz kochanki wobec nader realnego zagrożenia wiecznym potępieniem zakrawa na poważnej rangi niepowagę. I jeszcze to: "Rozmywanie małżeństwa to destrukcja państwa" – tako rzecze Rafałowicz. Ten sam Rafałowicz, który od lat co najmniej kilkunastu notorycznie i publicznie nazywa swoją nałożnicę "żoną"! Ten sam Rafałowicz, który dzieli się z prowadzącą program "niewierzącą chrześcijanką" myślą, że zmienił świat. "Yeah, Daddy changed the world." Ten sam Rafałowicz, który dzieli się z prowadzącą program "niewierzącą chrześcijanką" (brzmi jak: z "jedzącą mięso wegetarianką") troską o to, jak jego biedne córki znajdą w dzisiejszym świecie mężów – "takich dziwaków" – dodaje – "męskich mężczyzn". Ale nadziei nie traci:



– Jest nas jeszcze kilku na tym świecie.



– Tak, jest – Dominika Augustyniak reaguje uśmiechem.



I mówi to kobiecina, która...



I mówi to człowiek, któremu brakuje ikry, by powiedzieć prawdę i postąpić zgodnie z prawdą w sprawie swojego cudzołożnego związku. I przestać kłamać, i nie robić z tego wszystkiego cyrku. To nie jest Pańska żona, panie Rafałowicz, [t]he fault, zaś, dear Brutus, is not in our stars, / But in ourselves, that we are underlings.



Piją sobie z dzióbków. I wmawiają publiczności, że to normalne, tak jest, taki jest świat i zaakceptujcie to albo jesteście wsteczniacy i prymitywy. Bo my się pięknie różnimy. Szczególnie prze~biegły jest w tych gierkach Rafałowicz, który zna je od podszewki; stosuje bowiem metody, które sam po wielokroć opisywał. Augustyniak jest zaś po prostu głupia. Niezłe duo. Wszystko to podlane sosem czowej kolorystyki. Na nieprzypadkowo odpowiedniobarwnym tle (choć D. Augustyniak deklaruje, że w żadną teorię spiskową nie wierzy – tak jest: a nawet jeśli wszyscy durnie noszą tęczowe torby nieświadomie, to odpowiedni przekaz dla świata jest; inżynierowie nadający ton zadbali o to) pani kierownica nagrania uwypukla też z odpowiednią częstotliwością zdjęcia w ramkach i ramach przedstawiające pierwotnego zaborcę mienia, które obecnie okupuje wzięta dziennikarka. Atmosfera jest wesoła, pogodna i swobodna. Po mieszkaniu, a raczej willi, po kanapie, po gościach swobodnie łazi sobie bonończyk! Robi, oczywiście, co chce i gdzie chce, i żaden – literalnie: Ż~A~D~E~N – gość nie śmie zwrócić choćby w żartobliwym tonie uwagi, że może nie życzę sobie, żeby mnie obwąchiwał, obśliniał – że nie życzę sobie obecności zwierza na moich kolanach; wszyscy sprawiają wrażenie wyluzowanych pod dyktando prowadzącej. Cóż, zwierzęta zawsze miały w tym skradzionym domu dużo do powiedzenia: niegdyś rządził wrony ptasior, teraz rządzi pies.



Swoją drogą, to narzekanie mężczyzn na feministki czy "feministki" czy też jak życzą sobie, by je zwać (terror opinii prywatnej – każdy ma pełne prawo myśleć, mówić i głosić, co chce; każdy może dowolnie kształtować obraz rzeczywistości w oparciu o swoje poglądy; Murzyn może żądać, by zwać go Białasem) – to wyraz naszej, panowie, porażki. To my odpowiadamy za to, że oddaliśmy pole. Zamiast narzekać i ustępować, trzeba (by / było) zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Sumiennie spełniać swoje zadania, przyzwyczaić kobiety do miłości, szacunku i pracy na ich rzecz; docenić ich pracę na wymagającym największej ze wszech wszechstronności polu wychowania dziatwy.



Kiedy się popsuło? "Przed wojną", jak wiadomo, "było świetnie". Tylko skąd zatem wzięła się wojna? Sama przyszła? Kiedy nastąpiło przesunięcie, wychylenie (za burtę)? Kiedy i dlaczego "stare zwyczaje", nawet jeśli respektowane w większości ze względu na "nacisk społeczny", upadły? Dla funkcjonowania "nacisku społecznego" trzeba pewnej elity, która narzuca ton – dawniej ta elita bywała katolicka – nawet jeśli niekoniecznie zawsze w czynach, to przynajmniej w słowach...



Jak te dzisiejsze dziewczęta i chłopcy mają wyrastać na normalnych katolików w świecie, który Pana Boga i Jego praw nienawidzi? Oczywiście, dla szczerze chcącego i wierzącego nic zbyt trudnego. Ale po co młodemu człowiekowi maksymalnie utrudniać?



Trial Love Story / Love Trial Story



Jak żyć w świecie, w którym parę, która przed pobraniem się zachowała wstrzemięźliwość płciową, zapraszado telewizji jako istne kuriozum i podpisują: "Darek – czekał z seksem do ślubu"; "Daria – czekała z seksem do ślubu"? "Zenobia – wlazła na najwyższe drzewo w okolicy". "Zenek – kiedy schylał się po kapelusz, pękły mu spodnie". Ten poziom.



Przy okazji w studio "certyfikowany" "seksuolog", któremu brak jaj, a nawet jąderek, i który z góry (tj. z wyższością) komentuje sytuację dwojga ekscentryków. Nie mówiąc o prowadzących program mądralińskich, którzy – choć ich tylko dwójka – swoje trzy grosze też do dodania mają. Szkoda tylko, że tak bogobojna i rozsądna para dała się tvowskim macherom namówić na wystąpienie niczym małpy w klatce – jednej z dwudziestu czterech lub liczniejszych na sekundę.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Z wyrazami wdzięczności i serdeczności dla J.J.,

który powiedział niegdyś na romantycznej polance,

że dziewczyny nigdy by tu

[bez dodatkowego towarzystwa, znaczy]

nie przyprowadził



Czystość przedmałżeńska i w perspektywie małżeńska. Dlatego zawsze towarzyszyliśmy sobie trójkami. Na każdą potencjalną parę przyzwoitka albo przyzwoitek. Na taki pomysł współcześni popukają się w głowy. Bo w czasach dzisiejszych "trójka", czyli menage a trois, budzi zasadniczo jedno skojarzenie. Głupie rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy, bo tak bardzo pozwolił sobie zaśmiecić mózg.



Spotkania za otwartymi drzwiami



Stosowaliśmy też politykę otwartych drzwi. Dopóki nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy prawa spotykać się za zamkniętymi drzwiami. Wychodziło nam to na zdrowie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Wojtkowi Kłusakowi ręce i głos trzęsły się jak zwykle. Nadrabiał miną, choć poprawianie co chwilę fryzurki psuło nieco efekt. Chłoptaś stąpający po czerwonych dywanach niepewnie odmierzanym krokiem. Opowiedział właśnie z dumą, że "będzie ojcem", jego i żony dziecko zaś, które już jest i będzie na zawsze – "to będzie chłopiec". Zasugerował się pewnie, biedaczyna, napisami i reklamami sklepowymi na temat "przyszłych mam", które dziecko już pod wątrobą noszą. Tak czy inaczej wyrażenie "denerwować się jak Kłusak" stało się już przysłowiowe [*].



Nie wiadomo, czy to z powodu niezrównoważenia emocjonalnego, ale Kłusak nie dał się (jeszcze?) Augustyniak zaprosić. Czyżby odstręczało go to, że przyjęcie zaproszenia do kradzionego domu to przynajmniej do pewnego stopnia legitymizowanie grabieży? "Zapraszam na przejażdżkę moim kradzionym samochodem. Proszę wygodnie usiąść. Zaraz ruszamy. Będzie jazda" – to właśnie zdaje się mówić bez słów każdemu z potulnie zasiadających w saloniku gości tymczasowo okupująca willę Dominika Augustyniak, niegdyś autorka kolekcji jesień/zima oraz posthiperhipsterretromodernistycznego hasła "Nie szmata zdobi człowieka, lecz człowiek szmatę" – przedzierzgnęta w pewnej chwili z l(e)wicy modowej w salonową.



Musi ją to nieźle denerwować. Siedzi sobie w zagrabionym domu jak Smaug na górze złota ("Nie oddam"; "Mój jest"; "Na wszystko mam papiery" – jasne, wydane przez sądy podległe ojczulkowi), a tu jeden taki młodociany nerwus odmawia pojawienia się. Przychodzą przecież wszyscy. Co jest, cholipcium? Nie tak stało w programie. Ja tu z powodzeniem radzę sobie z tym, jak tu żyć z takim jak ja nazwiskiem. Zapraszam gości i daję im sposobność kulturalnej wypowiedzi. Nie przerywam (chyba że czasami, gdy nadchodzi mój moment na podzielenie się z publicznością głębią moich przemyśleń). Nowa jakość w świecie dziennikarstwa. I ktoś tu może oczekiwałby, że wyrzeknę się tego, co przodkowie zdobyli niesprawiedliwie, i zacznę z czystym kontem? Niedoczekanie. Trzymać się kurczowo tego, co dzierżę. "Towarzyszka Dzierżyńska".



Czuję się spełniona w tym, co robię. Przychodzą do mnie wszyscy. Najmilej wspominam spotkanie z człowiekiem spełnionym: Jakub Marek – śmieję się czasem, że człowiek bez nazwiska. Kuba (tak, tak, też jesteśmy po imieniu; zresztą wytworzyła się między nami jakaś "chemia") ma kasę i pomysły. Jego partnerka – życiowa i biznesowa – też. Fajna babka. Gdyby nie ona, może ja bym...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Jego wyznanie niewiary



Bez pośpiechu. Dać gościowi poczucie spokoju, bezpieczeństwa i możliwości wygadania się (jakby od tego nie byli bliscy, ale PAN DZIENNIKARZ). I stręczy wpatrzonym weń niczym sroki w gnat tę swoją Stanisławę albo inne zboczenice.



Oto objawienie Sieci – mgr "Gęba" Rafalski, który zadeklarował, że nie oszczędziłby własnego syna, gdyby okazało się, że jest ciężko chory. Zabić i na przemiał. W Boga i Kościół nie wierzy. W ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny też nie. Amen.



Siedzi pod ziemią w tym swoim metrze i – nie mówię, że aż siedem razy – ale aż siedemdziesiąt siedem razy sufluje nam propagandę stricte antykatolicką. Mimo pozorów niezależności od kłamstwa uzależniony. W chwili szczerości odsłania swoje oblicze. Chce "oswajać młodych ludzi z różnorodnym światem". Zwalczać "postawy ksenofobiczne" i "nietolerancję". Wydawałoby się, że fajny gość, a tu taka misja. Nudne jak rzygi z olejem. Taka, panie, niezależność.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Zezowate nieszczęście



Podtykanie ci pod nos mikrofonu, a właściwie wpinanie ci go do klapy i serwowanie ci pytań, za które należałoby właściwie bez chwili wahania bić w mordę. Albo co najmniej bez chwili wahania przerwać wywiad i wyprosić za drzwi. Jak to jednak zrobić, skoro wcześniej tych dziennikarzynów się we własne progi zaprosiło? I polityk demokratyczny musi to dziadostwo tolerować. Zaprosił do domu. Wszystko na sprzedaż. Swoją wiarę sprzedał już dawno. Pora na resztę.



Przychodzą dwa rozczochrane typy: jeden zezowaty, drugi w dżinsach. To, że z miejsca zwracają się do gospodarza po imieniu, nikogo nie dziwi. Dziwiłoby, gdyby postąpili inaczej.



Cześć, Maciek, co słychać? Fajną masz kuchnię!



Pakujcie się, panowie – odpowiada pan Maciej, nieśmiało sugerując, że na takiej stopie zażyłości z gryzimikrofonami jeszcze nie jest, żeby go Maćkiem tytułowali, ale przecież nie będzie się za to obrażał.



Dżinsowaty pakuje się więc zaraz do kuchni. Zezowaty trop w trop za nim. Kamerzysta krok w krok za nimi. I tak dalej w koło Macieju.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Po co włączył to pudło, sam do końca nie wiedział. Wytrwale oglądał dalej. Od występu sprytki-celebrytki, znanej z tego, że udaje, iż nie jest znana z tego, że jest znana, przeszedł płynnie do gorącego szesnastego wyzwania. No, dziś same przeboje! Bo u motłochu my na ordynansach...



Z pseudonimu "Pan Gie" zrezygnował. Brzmiało trochę niesmacznie. Stało więc zamiast tego: Obywatel GB. Wyrapował do mikrofonowego sitka psalm i wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Pan Bóg na pewno też był i jest per omnia saecula saeculorum takim potraktowaniem słowa natchnionego zachwycony. Nie mówiąc już o tym, że występ opiewał na wersję zniekształconą, bo Kochanowski nie tak napisał jak występca wykonał. To (i inne występy) są koszty uwikłania się w politykę demokratyczną. Samiście tego chcieli i trudno was żałować, Grzegorzu Dyndało.



Takie są skutki picia z zatrutego źródła. Albo gorzej: źródła bez wody. Dawne młode wilki z chwilą wejścia do polityki – "WIELKIEJ POLITYKI" – stały się starymi bezzębnymi kundlami. "Wyzbyli się złudzeń" i stali częścią establishmentu.


A propos bezzębnych i zębnych psów: ci "antysystemowi" kąfederaści tematu psów w "przestrzeni publicznej" [której, swoją drogą, zdaniem niektórych w ogóle być nie powinno – każda piędź ziemi prywatna (przyklaskujemy)] też tykać nie będą. Zbyt wielu ich wyborców i potencjalnych wyborców to nieodpowiedzialni właściciele zwierząt. Wystarczy, że umoczyli robiąc wrażenie jakby zależało im na obronie prawa każdego człowieka do życia. Prędziuchno okazało się, że w społeczeństwie, w którym po uderzonym agresywnym psie płaczą szczerzej niż po zamordowanym nienarodzonym dziecku, trudno przełożyć zasady moralne na procenty wyborcze. Co bardziej krewkim kąfederastom zasugerowano więc milczenie lub przeflancowano na inny odcinek działalności – zgodny z mądrością etapu, a jakże. "Ani słowa w obronie dzieci nienarodzonych" – wymądrzył się internetowy mędrek mając czelność pieczętować się w logo swojego PitolTV między innymi krzyżem. "Abstrahując od kwestii moralnej..." – zaczął swój wywód. "Abstrahując od rzeczywistości..." – tak brzmiały pierwsze słowa pewnego kazania. I już było po kazaniu.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



I było też po gazetach i portalach uznawanych za wyjątkowo prawilne. Tych właśnie, które serwują swoim zwolennikom-czytelnikom wiadomości o tym, że niewiasta legitymująca się paszportem z orłem "zdobyła tytuł Miss Czegośtam". Aha, skoro "nasza", to to, że traktuje swoje ciało jak towar, nieważne? Że występuje roznegliżowana przed kimś innym niż mężem – nieważne? No ale czego nie robi się dla tytułu Miss Wielkiej Polski (tylko niekoniecznie katolickiej)!



Dali się światu zarazić. I skoro za sukces uważają to, co sukcesem jest w oczach świata...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Po sprawach bardziej publicznych czas na nieco bardziej prywatne, choć w przypadku osób publicznych (kobiet publicznych oraz mężczyzn publicznych) granica między tymi obszarami wydaje się płynna. O ile w ogóle istnieje. I o ile w ogóle istnieć powinna.



Charakterystycznym przedstawicielem gatunku współczesnego polityka demokratycznego jest ten, który porzucił żonę (a po drodze jeszcze furę innych kobiet, z którymi spłodził dzieci) i, oczywiście, współmieszka z jakąś obcą panią ("dobrze, że nie z panem!" – chciałoby się powiedzieć – takie spsiałe czasy).



Dziad-Wariat, bo o nim tu mowa, ma już prawie osiemdziesiąt wiosen na karku i najwyższy czas, by zajął się wreszcie sprawą zbawienia własnej duszy, a nie publicznymi wygłupami w czapce-bejsbolówce i bez.



Ale jak można w ogóle myśleć, że bylibyśmy gotowi powierzyć istotny głos w sprawie kształtu Polski, a zatem losów milionów dusz i ciał, komuś, kto nie potrafi roztropnie prowadzić spraw własnej rodziny i w wymagających tego momentach trzymać rozporka na uwięzi – to przechodzi pojęcie.


Ale jak można w ogóle myśleć, że bylibyśmy gotowi powierzyć istotny głos w sprawie kształtu Polski, a zatem losów milionów dusz i ciał, komuś, komu nie powierzylibyśmy własnego dziecka do opieki na pięć sekund – to przechodzi pojęcie.


A koledzy Dziada, owi osławieni kąfederaści, którzy Wariata tolerują, a nawet hołubią, stają się w jakimś stopniu za jego występy i prowadzenie się oraz innych współodpowiedzialni. Czemu się na to decydują?



Parafrazując popularnego grajka: Oni chcą siebie! Oni chcą siebie! Oni chcą siebie – na stanowiskach decydentów. Ci ludzie chcą władzy nad Polską. Rządu dusz i ciał.



Jak mówił Kisiel o Urbanie: Ja nie gustuję specjalnie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Gwoli ścisłości dodajmy, że oprócz kąfederastów są też inni zawodowi patrioci. To ci, którzy uwielbiają wyżywać się na współziomkach (czy też podających się za współziomków) deklarujących zbliżone poglądy, a najbardziej na języku polskim. Tak, to nie przejęzyczenie. Atakują swój ojczysty, zdawałoby się, język z uporem godnym lepszej sprawy.



Gdyby tytułem wstępnego odsiewania nie-Polaków wykosić tych, którzy mają problemy z użyciem "tę" i "tą", gros zawodowych patriotów odpadłoby w przedbiegach. Nie jest może tak źle, jak powszechnie. Powszechnie króluje styl ekstra super okej. A gdzie takie wspaniałe polskie wyrazy jak: wspaniale, świetnie, znakomicie, pięknie, przednio, doskonale, wyśmienicie...? A co z innymi przypadkami? Nieprzypadkowo chyba wszędobylski twarzak zmusza użytkowników do obrażania siebie stosowaniem form wyłącznie bezprzypadkowych: "Jesteśmy właśnie w domu #ObywatelGB"; "Rozmawiamy właśnie z #Redaktor Meddler oraz #Profesor Pasożyd (zamiast: z Pasożydem)". Nie ma przypadków, są tylko hashtagi.



Tego nie da się czytać. Tego nie da się słuchać. To jakieś komiczne jaja. To jakieś kino. No i ja z tego kina wychodzę.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Razi bowiem dziadostwo nie tylko intelektualne, ale i warsztatowe. Nie żeby stanowiło jakąś wybitną wartość płynne kłamanie i propagowanie zła piękną polszczyzną – ale, przyznajmy, i to można uznać za coś w świecie, w którym "chcesz – to masz" i "możesz być, kim zechcesz", a każdy ma się czuć powołany i kompetentny do wykonywania wszech zadań. Dawniej aktorzy i prezenterzy wychowywali publiczność, ukulturalniali ją – (nawet hiper)poprawnym wysławianiem się. Wszystkie te "ę", "ą" i "ź" ku pożytkowi językowemu bliźniego swego. Dziś każdy robi, co chce. Mówi jak chce. Bez przygotowania. Bez szkolenia. Wada wymowy nie dyskwalifikuje, jest zgoła pożądana – jako cecha charakterystyczna bohaterów ekranów i mikrofonów. Istny turpizm językowy.


Czy można wyobrazić sobie takie współczesne dzieło, które byłoby mądre, dobre, prawdziwe i budujące, a jednocześnie nienaganne (choć może należy za każdym razem kusić się o wybitne) pod względem warsztatowym?


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Inni chcieliby

zapytać się na śmierć.



"Pytania są ważniejsze niż odpowiedzi". "Prawdziwa filozofia polega na tym, że droga jest ważniejsza niż cel". Cóż, jedyna religia objawiona mówi nam o tym, że pewne prawdy zostały nam – no właśnie – objawione. Nie trzeba ich więc kontestować, kontekstować, krytykować ni próbować na nowo kreować. W świecie terroru opinii prywatnych trudno to pojąć i przyjąć. Wiadomo: "każdy sobie wybiera, co chce". I nie ma absolutnie żadnej logiki, obiektywności i poszukiwania prawdy. Poza tymi, które prowadzą do wniosku, że nie ma absolutnie żadnej logiki, obiektywności i poszukiwania prawdy.



Był taki redaktorzyna, który znalazłszy się w kropce (nie nad "i") wobec niemożliwego do odparcia argumentu gościa, stwierdził z pełnym smutku niesmakiem i autozażenowaniem: "Trudno pana przekonać". Poznaniem prawdy zainteresowany nie był; chodziło o przekonanie interlokutora do swojej opinii, swojej racji.



Ale tak naprawdę boli fakt, że w całej tej pisaninie i gadaninie, jaka nas otacza, usiłując otoczyć specjalną troską, nawet w ramach tej próbującej wszechogarniać nas "chmury opinii", brak właściwie głosu katolickiego. Wszystkie powyższe uwagi to w istocie wołanie o autentycznie katolicki głos w naszych domach. Ale – jedziemy dalej! Nikt nie woła.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



A jakże miałoby przejąć choćby to, o czym powyżej i poniżej, skoro nadal sławny, znany i poważany lub nienawidzony staje się właściwie tylko ten, kogo wykreują na takiego merdia tzw. głównego nurtu, choćby przedstawiał się on jako niezależny. Wszyscy przecież oglądamy to i to i to. Wszyscy czytamy tego, tamtego i tamto. Wszyscy gramy w to, tamto i owo. To nasza wspólna świadomość. Z tym obcujemy, choćbyśmy czuli się z tym obco. Kto wyłączy guzikiem? Kto wyciągnie wtyczkę? Pull the plug on the whole...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Sklepowa do baby, co wracała się po maseczkę:

Jadźka, jak ty w kurona wierzysz,

to ty w Boga nie wierzysz.

To pieruńskie bzdury są!

~ z podziękowaniem dla MNTGSRD



Jechał przez martwe miasto. I martwe nie tylko dlatego, że swój przejazd rozpoczął od wizyty na cmentarzu. Na cmentarzu, na którym kundle osmyczowane były już normą. Nieosmyczowane zaczynały się już pojawiać. Tam, gdzie Armia Doga nie zaznaczyła jeszcze wystarczająco dobitnie swojej obecności, oczywiście.



W ramach rozważań funeralnych powtórzył w myśli zasłyszane sformułowanie: "Komu powodzi się zawsze? Lekarzowi i grabarzowi. Ci zawsze sobie poradzą". Na ich usługi popyt będzie zawsze. "Z jednym wyjątkiem" – zakołatało mu w mózgu. – "Chyba że będzie już tak źle, że przestanie iść również im". Ale w nastanie czasów tak złych nikt nie chciał wierzyć.


Mijał groby tajnych radców, magistrów inżynierów, podpułkowników rezerwy... Gdy obserwował każdy z wyżej wypisanych tytułów, przychodziło mu do głowy jedno pytanie: "I co z tego?". Jak ten radca albo inżynier pomoże tobie, duszo nieśmiertelna, w osiągnięciu Nieba?


Po cmentarzu – sklepiszcze.



Sedecjasz czuł się chory na samą myśl o robieniu zakupów. Zakupów w wersji współczesnej. Ale co promocja – to promocja. Obładowany towarami wyszedł ze sklepu i momentalnie upakował je do sążnistych rozmiarów plecaka. Zakupy do złudzenia przypominały te, o których opowiadał mu dziadek. Trzeba się wylegitymować kartą stałego klienta. Trzeba śledzić to, co akurat rzucą w ramach najnowszej promocji. Posłać komu trzeba wici i rzucić się na towary – żeby obcy nie wykupili. A kupić można co najwyżej X sztuk produktu w promocyjnej cenie. Aha, bez aplikacji ani rusz. I jeszcze o bonach trzeba pamiętać. Nasz własny wariant bitwy o handel.



Kolejny obrazek do obrazu nowej wspaniałej rzeczywistości. Jesteś, rzecz jasna, całkiem wolny – możesz nie korzystać z usług sklepu, któremu nieuczciwa polityka władz cywilnych pozwoliła osiągnąć pozycję de facto monopolisty i wykosić drobniejszą lokalną polską konkurencję. Taka wolność, panie dzieju.



Aha, i jeszcze jedno: W niemal pustym o tej porze sklepie echem niosły się komunikaty powtarzane przez dwie sąsiadujące ze sobą samoobsługowe kasy: "...towar, który nie powinien się tam znaleźć"; "...towar, który nie powinien się tam znaleźć". Nawet gdyby w sklepie nie było żywej duszy, tu wciąż mógłby trwać dialog. Forova Sushi Bar.


Erubéscant ímpii, et deducántur in inférnum:

muta fiant lábia dolósa.

~ Ps 30, 18



Jechał przez martwe miasto. To miasto apostazję ogłosiło już lata temu. Tyle tylko, że teraz owo odstępstwo od Wiary dawało o sobie znać ze zwielokrotnioną siłą. Wyjące sługusy Szatana tamowały ruch pojazdów cztero- i więcejkołowych. Sznury samochodów tkwiły w korku. W korku jak to w korku. Ale żaden spośród silników nie pracował. Martwe, zblokowane miasto. Kontrolerzy bydła popuścili mu trochę cugli – Jarkosław rozgrywał swoją partię. Wspólnie i w porozumieniu z podległymi sobie ministrestwami rozgrywał przeciwników jak chciał. A przynajmniej tak mu się zdawało. Bo najważniejszego ze swoich przeciwników – Tego mieszkającego na wysokościach – w rachubę nie brał. Divide et impera. O tym, kto z dawien dawna vincit już, regnat oraz imperat, zapomniał na amen.



Sedecjasza minął kolejny zapóźniony biegacz nie zdający sobie sprawy, jak bardzo niszczy sobie nogi lataniem po wielkomiejskim asfalcie. Na rowerze z amortyzacją nieco bezpieczniej.



SSmanki zaraziły swoją propagandą wystarczającą część miasta, by niektórzy zamieścili w oknach prywatnych mieszkań, witrynach sklepowych oraz gdzie indziej na widoku plakaty z logo "strajkujących" kobietonów. Jedno tylko stylizowane "es" – niedorobiony symbol Schutzstaffel. Sedecjasz w środkach nie przebierał. Brzęk tłuczonego szkła mieszał się z bluzgami właścicieli atakowanych obiektów. Samochody, okna mieszkań, witryny sklepowe – nie oszczędzał niczemu. Oszczędzał za to na środkach – kamienie nazbierał uprzednio samemu.



Słowa: "niech ich piorun trzaśnie" nabrały zdumiewającej aktualności. Akcja przebiegała błyskawicznie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



"Błyskawiczne" ćwoki (czerwone) logo (na czarnej ramie) mojego speca brały za dobrą monetę. Kiedy decydowałem się na zakup bicykla właśnie tej marki, nie spodziewałem się takiego bonusu. Ekshibicjonistyczni zboczeńcy, lewaccy bojówkarze, czerwone emerytki i tęczowa gimbaza (określenia zapożyczone; ich pomysłodawcy serdecznie gratuluję sformułowań) – wszystkich mylił ten znak firmowy. A totally false flag operation. Muszę ten sposób podpowiedzieć kolegom i koleżankom.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



(Z tymi symbolami systemów politycznych to swoją drogą ciekawa sprawa. J.J. wspominał niegdyś, że bolszewicy mieli zwyczaj nosić swoje czerwone pięcioramienne gwiazdy w ten sposób, że do góry kierowali dwa wierzchołki owego pentagramu – sygnalizując swoją lojalność wobec Księcia Ciemności. W czasach nowszych interesujący wyraz podobnych ciągot obserwujemy choćby na pocztówce reklamującej nam wzorowaną na Wieży Babel siedzibę Parlamentu Europejskiego. Gwiazdy też są odwrócone do góry nogami. Por. też inne "euroPejskie" nawiązania: http://wirtualnewydawnictwowiwo.blogspot.com/2015/01/na-rusztowaniu-w-prl-i-w-conseil-de.html).


Scot3 twierdził, że na współczesnych działają zasadniczo dwa czynniki. Żeby coś do nich dotarło, potrzeba, by: 1) musieli zrobić coś, czym się brzydzą. Dlatego Sedecjasz oraz inni swoi z lubością smarowali klamki i zamki obłyskawicowanych aut psimi odchodami (tu akurat wielki plus faktu, że w zafajdanym mieście tego towaru mamy za darmo i pod dostatkiem); 2) utracili (choć na sekundę) dostęp do Internetu. To oznaczało najczęściej pozbawianie SSfanów komórek.


Wyli z wściekłości, rozpaczy i niemocy. Jak tu złapać takiego Sedecjasza albo całą eskadrę Sedecjaszopodobnych, którzy ani trochę się nie patyczkują?


Wyli z wściekłości, rozpaczy i niemocy. Tak muszą wyć ich ustami głównodowodzący inspiratorzy, Lucyfery we własnych osobach, widząc, że czasu na szkodzenie ludzkości mają coraz mniej, a ci, którzy im służą, są w ostatecznym rozrachunku także w sprawach doczesnych jacyś tacy niebywale rozczochrani. Wszystkie te salonowe lwice, lamparty i tygrysy, które wyszły na ulice drzeć mordy o mordy.


Żadna z nich pociecha. Najwyżej poczucie Schadenfreude z tego, że pędzą na złamanie karku w to samo miejsce wiecznej kaźni, które wybrał on.


Żadna z nich pociecha. Jak zresztą mówić o pociesze w przypadku najsmutniejszego i najbardziej cierpiącego mieszkańca piekła? Że wciągnie za sobą w krainę wiecznego zgrzytania zębów parę dusz więcej? Najwyżej złośliwy uśmiech przez palące łzy.


A tymczasem na ulicach, pożal się Boże, stoliczki słudzy diabła uprawiali swoje szaleństwo. Przy, jak można podejrzewać, milczącym poparciu większości jej ogłupionych na własne życzenie mieszkańców. Aż chciałoby się zakrzyknąć: "Stoliczko, nakryj się ze wstydu nogami i już nam tego bezwstydu oszczędź!". Ale sama nie chciała. Szczęściu trzeba dopomóc. To właśnie robiliśmy.



W dobie postępującego zangielszczenia, a raczej zamerykanizowania (z przeproszeniem innych niż Stany Zjednoczone krajów kontynentu amerykańskiego) widok wystającego pod sklepiszczem w centrum brodatego zaniedbanego mężczyzny z naciągniętym na drewnianą ramę afiszem w języku obcym praktycznie nikogo już nie dziwił. Osobliwsze byłyby może pory, o których się ów człowiek z afiszem pojawiał. Nie robiło mu różnicy – czy to środek dnia, czy środek nocy. W śródmieściu ruch nigdy całkowicie nie zamierał. Do kogoś przekaz zawsze docierał. A napisane było – nie jak klasycznie i podręcznikowo: The end is nigh – ale: The end is NOW. I trudno było całkowicie odmówić mężczyźnie racji. Mamy może do czynienia dopiero z zaczątkiem końca, lecz trudno ukrywać, że nad skrajem przepaści stoimy już od dawna i wygląda na to, że raz po raz jakaś nieszczęsna duszyczka z przekonaniem robi zdecydowany krok do przodu. Zbliżyło się.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Tam, gdzie kiedyś pyszniło się kino "Moskwa", z którego zostały tylko lwy przed olbrzymim biurowym gmaszyskiem, funkcjonowało nowe wspaniałe kino "Bruksela". W stanie wojennym puszczano tam Czas Apokalipsy. Teraz Nie czas umierać. Na dzisiejsze koronaświrusowe czasy jak znalazł. Sedecjasz zadumał się przez chwilę nad tym, jak wiele musiało się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu.



O lwi pomnik opierała się grupa nastolatków oglądających z zapamiętaniem cudzą rozgrywkę w komputerowy hit ostatniego lata. "Wiem, co robiliście i zeszłego wieczoru" – pomyślał nasz bohater. – "Też wpatrywaliście się łapczywie w ekran, śledząc to, co ktoś inny zdziałał w grze". Cudzogranie. Całe prawdziwe, niezłe kanały poświęcone temu, że ktoś zagrał w grę, nagrał swoje granie i dzieli się swoim doświadczeniem z innymi. Odtwórczość wtórna. Poczwórnie. To już nie jest poważne kontruktywne działanie w świecie realnym. To już nie jest nawet oglądanie czyjegoś kontruktywnego (albo i destrukcyjnego) działania w świecie realnym. To już nie jest i własne, "aktywne" (na ile może takim być) "od-kreowywanie" świata wirtualnego, choćby w akcie grania w grę komputerową. To jest już level up, a może level down: oglądanie czyjegoś "od-kreowywania" świata wirtualnego. Poziomem piątym będzie chyba już tylko totalny Matrix. Ale może ktoś da więcej?...



Twórcy Deus Ex. Śmiano się co prawda, że to gra, w której raz na pół godziny spotykasz wroga, z którym rozmawiasz – ale w dwadzieścia lat później, dwadzieścia lat po premierze Deus Ex, nie jest nam już tak do śmiechu – bo "rzeczywistość realna" aż nadto przypomina tę grową.


Starcie zwane niekiedy wojną wszystkich ze wszystkimi – a będące tak naprawdę rozdziałem w ostatecznej walce między siłami Dobra i Ciemności – dopiero się rozkręcało. Prawdziwa gra dopiero się zaczynała. Time for TOTAL WAR.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



"Nie mogę tego znieść" – ileż razy to słyszała. Chodziło, rzecz (z początku) niejasna, o rower. Siódme piętro, chroniczne awarie windy – a przecież pojazdu na parterze(,) na klatce, w piwnicy, ani w wózkowni (do której tylko wybrani mają klucz i zawalili go swoim sprzętem już dawno) nie zostawisz. Po blokach kręci się zbyt wielu amatorów cudzej własności.


Każdy walczy o swoje (dosłownie) jak może. Każdy chce cię wystrychnąć na dudka. Za oknem zaprzyjaźnionego lokalu, w którym właśnie spożywała solidny podwieczór, trwała właśnie walka o miejsce parkingowe. Jedno z nielicznych w oparkometrowanym mieście miejsc, w którym tajemniczym trafem opłata nie obowiązywała. Bezpłatniejsza enklawa. Między jednym a drugim wyparzem (a właściwie wygniotem) z limonki przyglądała się przetasowaniom i zajeżdżaniom aut. Co kulturalniejsi zostawiali za szybami zaparkowanych samochodów kartki ze swoimi telefonami. Żeby dało się dać właścicielowi sygnał, że proszę o odblokowanie mojego pojazdu, który ustawiłem wcześniej i głębiej w tej samej zatoce.


Z okna widać było też inne elementy życia ulicy – głównie zasłaniające pół ulicy wielkopowierzchniowe plakaty. Największy z nich sławił przebój czasów ostatnich w dziedzinie napojów energetyzujących i nawiązywał do aktualnych wydarzeń sugerując pewne konkretne posunięcia: "Wzbudź nienawiść. Pój Mixa". Producent picia zaangażował się ideologicznie i finansowo po stronie "błyskawicznych". Stąd też w radio, w reklamach interneto, w telewizo oraz wszędzie indziej, gdzie dało się to wsadzić, leciały propagandowe kawałki mające zjadaczki chleba w diablice przerobić. Zjadaczy zresztą też.


Przejęła się najwyraźniej tą straceńczą misją również sieć sklepów z pieczywem. Do ich lodówek wjechały "«kobiece» ciastka" polukrowane na kształt faszystowskiego symbolu. Też zapoznała nieszczęsną piekarnię, w której jej noga już więcej nie postanie. Zaledwie przekroczyła próg, w uszy uderzył ją intensywny skrzek umieszczonego pod sufitem głośnika: "Pój nienawiść. Pij Mixa" (wersja alternatywna hasła reklamowego spożywczej cieczy) na dobry początek, a zaraz potem piosenka sponsorowana z refrenem zawierającym lokowanie, a co najmniej sugerowanie perwersji: "Tacy sami / Bez barier między płciami".


Jeszcze próbowali się tłumaczyć!


"Ja tylko sprzedaję te ciastka" – powiedziała pani za ladą. Hitlerowcy tłumaczyli się dokładnie tak samo: "My tylko wykonywaliśmy rozkazy". Tak jest – NIKT ZA NIC NIE ODPOWIADA. Społeczeństwo nieodpowiedzialnych niewolników. "A pracować przecież gdzieś muszę".



Nie przemawia do mocodawców sieci piekarni nawet argument ekonomiczny. Przecież proponując klientom wspomniane "błyskawiczne" wyroby ryzykują utratą przynajmniej części dotychczasowych nabywców. Ale, ale: najwyraźniej walkę o ideę stawiają wyżej niż pieniądze. To zdrowo. Szkoda tylko, że walczą po stronie idei kłamliwej i jej autora od początku.


A poza tym z klientami przejętymi sprawą i gotowymi ich zbojkotować praktycznie wcale się nie liczą – jest ich po prostu (w tym ponoć katolickim kraju) zbyt mało.


Nasza bohaterka zaraz dołączy do maskowiczów. Wybierze się na coś, co nazywa swoim własnym maskowym balem.


Wyjdzie na ulicę, minie kolejne bilbordziska (Mexico: One click away from us; U need nuthin mo': Dream holiday in a camping trailer – No limit net access; wszyscy w Polsce mówią przecież i myślą w języku obcym, nieprawdaż?). Wysłucha powtarzanych jak mantra przez dzieci wojny z wirusem komunikatów ze "środków transportu publicznego". Każdy trzylatek zna już przecież całe frazy o "obowiązku zakrywania twarzy" tudzież "zachowaniu dystansu społecznego".


Za "«kobiece» ciastko" w sąsiednim lokalu Petronela podziękuje piekarniaczom na swój własny swoisty sposób. Dosadny. Dobitny. Jako szanująca Wiarę i się katoliczka integralna ("rzeczywistość realna", "katoliczka integralna").


Aha, ze znoszeniem roweru z siódmego piętra i z wnoszeniem go, (po)radziła sobie jak zwykle w swoim życiu: "Da się zrobić" – oświadczyła. I bezzwłocznie wprowadzała swe słowa w czyn.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Dla Drogich Czytelników,

którzy wykonali tę pracę

i dobrnęli aż do tego miejsca

w ramach podziękowania za wytrwałą lekturę:

autentycznie zasłyszany tekst,

który doprowadził Z3rra do łez:



Mama do Syna: "Czytałeś tę książkę?"

Syn do Mamy: "Pierwszą stronę ruszyłem trochę".


(Oczywiście, lepiej nie czytać wcale niż czytać głupoty, a rzeczy szkodliwe powinny płonąć na stosach, ale powyższy cytat traktowany jako przekrój osiągnięć czytelniczych współczesnego młodzieńca znamienny)



W innej części miasta operował M.D. J.C. Doktor Jan Chryzostom, w przeciwieństwie do swojego świętego już patrona, darem elokwencji nie grzeszył nadmiernie. Zamiast słów przemawiały czyny. Namierzonych już uprzednio "błyskawicznych" najpierw spiorunował wzrokiem. Poszedł za ciosem i spiorunował ich ciosem. I dobił znalezioną opodal cegłą. An exclamation point!



Grupa, której się dostało, zamierzała się właśnie na pokamedulskie domki na Bielanach. Nasprejować swoje nienawistne znaki oraz hasła. Na trwałe zaznaczyć swoją obecność w przestrzeni miasta. Zasygnalizować nawiedzającym kościół, że jesteśmy, walczymy i nie spoczniemy. I niczego nie zmieniał fakt, że miejscowy pseudokatolicki pseudoksiądz poduszczony przez swoich pseudokatolickich przełożonych wygłosił na cześć popularnego mordercy w białym kitlu taki pean, o jakim niektórzy wierni katolicy mogliby tylko pomarzyć. Tak, tak – mordował nienarodzone dzieci – to prawda; ale w wywiadzie powiedział, że "człowiek jest od początku" tj. od połączenia męskiej i żeńskiej komórki rozrodczej. To miałoby "profesura" usprawiedliwiać! Ależ w świetle dokonywanych przezeń zbrodni i publicznych wystąpień w ich obronie obciąża go to jeszcze bardziej. Bo wiedział, co czyni, i w imię czego. Nie mówiąc już o tym, za ile.



J.C. (i nie jego jednego) od dawna oburzało to, co działo się za murami POkamedulskiej (z naciskiem na "po") świątyni. I miał na myśli nawet nie przede wszystkim odprawiane tam nowoobrzędowe gusła. W osławionych podziemiach, nieledwie na grobach zakonników, odbywały się koncerty, koncerty, koncerty... Zagranicznym słowem: eventy. Gdyby pochowani tam mnisi nagle zmartwychwstali, zbieleliby z oburzenia i przerażenia, co też się wokół ich zwłok wyprawia. A tak bielały w grobach tylko ich kości...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Sedecjasz przewrócił kolejną z blokujących mu przejazd hulajnóg. Hulaj dusza – bliźniego nie ma! Kończę moją bezpedałową przejażdżkę – zostawiam, gdzie popadnie. Gdzie wypadnie. Czy to na środku chodnika, czy ścieżki rowerowej. To jest właśnie to "miasto dla wszystkich" w działaniu. "Dla wszystkich" – a w szczególności dla tych, którzy po chamsku rozpychają się łokciami i hulajnogami.


Sedecjasz celowo wymierzył tak, aby elektryczny pojazd zsunął się po nasypie drogi szybkiego ruchu. Nawet dżipies (Nie boję się, gdy ciemno jest, bo mam latarkę i GPS...) tu nie pomoże. Zlokalizują co prawda hulajnogę – ale celem wydobycia zawalidrogi z niezbytdostępności ktoś będzie musiał ruszyć tyłek i zadać sobie niemały trud. Może pokusi się o to obsługa całego tego zrzuconego na miasto majdanu, ale przeciętny użytkownik? Komu będzie się chciało tytłać w błocie i żużlu? Każda publiczna hulajnoga więcej w dole – trochę więcej wolnego miejsca na górze.


Tak jakby w mieście w ogóle na obfitość miejsca można było narzekać. Te olbrzymie sfinansowane z pieniędzy "publicznych" graffiti na blokach, stanowiące rozpaczliwą próbę udawania, że miasto jest czym innym niż jest. "Budżet obywatelski". Ciesz się, że cię okradamy; obejrzyj sobie na przystanku komunikacji "publicznej" zdjęcie tej śpiącej na mrówkowcu syrenki, za którą słono zapłaciłeś. Pomazane z oficjalnym błogosławieństwem oficjeli bloczyska – żeby nam się wydawało, że jest tak kolorowo.


Sedecjasz był pedałożercą. Opony, a zatem również łańcuch i pedały jego bicykla pożerały kolejne kilometry. Mijał kolejne i kolejne i kolejne i kolejne i kolejne i kolejne i kolejne i kolejne bloki, osiedla... Powódź imigrantów. Zarobkowych, słoikowych. Przyjeżdżają do miast, zabudowują każdy skrawek wzdłuż, wszerz i w górę. A czy na wsiach w związku z tym robi się luźniej?



Après nous le déluge! («Po nas choćby kłopot») – ale jak to osiągnąć?



Co doprowadzi do końca najeźdźczej powodzi? Albo raczej: jak do niej doprowadzić? Albo jeszcze inaczej: jak wywołać powódź, która zmiecie z ulic chamstwo, plugastwo i psiarstwo? Nie zlikwiduje go może całkowicie [świat po grzechu pierworodnym nigdy nie był już taki sam (jak przed)], ale znacznie ograniczy, zmusi do ustąpienia, ukrycia się gdzieś w bocznych zaułkach, ograniczy wpływ, usunie z widoku.



Jak osiągnąć te cele w społeczeństwie cholernych donosicieli, dla których wyrazem obywatelskiej postawy lub zwykłej szatańskiej złośliwości jest anonimowy telefon do straży wiejskiej ze skargą na sąsiada, który w czasie niezapowiedzianego i niekończącego się remontu okołoblocznych ulic, mając pod opieką starszą schorowaną osobę, żonę w ciąży i gromadkę dzieci naruszył na długości dziesięciu centymetrów nietykalność "trawnika", obkupanego przez okoliczne psiostwo tak, że jako trawnika nie rozpoznałaby go nawet rodzona matka (gdyby ją kiedykolwiek posiadał)? Trzeba mieć naprawdę nieźle we łbie, żeby po dwudziestej drugiej dzwonić do funkcjonariuszy i skarżyć się na taaaaakieeeeego sąsiada. Polska 2020 niemal w pigułce.



Jak pozbyć się z naszych, NASZYCH – (w założeniu?) LUDZKICH miast czeredy psów i psiarzy? Przecież to-to już tu jest w ilościach przemysłowych. Naruszyć status quo, tj. status tego chamstwa i prostactwa jako udzielnych władców chodników, parków, skwerów i podwórek oznaczałoby właściwie rewolucję.



Gdzie miejsce na katolicką omertę czy też powściągliwość w najlepszym stylu świętego Tomasza Morusa? Kiedy czas na bardziej oficjalną, zakrojoną na szeroką skalę akcję przeciw nienormalności?


Prediktor jeździł na akcje bez komórki, bez dżipiesa. Mapę miasta miał w głowie. Wraz z dokonywanymi na bieżąco aktualizacjami, bo przed podjęciem działania zazwyczaj prowadził rozpoznanie terenu. Warto znać topografię miasta.


Warto znać wroga. Na twarzaku pewne istotne z wywiadowczego punktu widzenia wiadomości są powszechnie podawane – zgodnie z prawdą. I to w przypadku konkretnych celów znacznie ułatwia sprawę.


Kolejna sprawa: zlokalizowanie i spisanie "tęczowych" lokali – te durnie ze wspieraniem zboczenia obnoszą się publicznie. "Wiemy już, gdzie mieszkacie – dowiemy się, kim jesteście. Przyjdzie czas, że was odwiedzimy".


Na razie Bastiat się kłaniał, czyli wybijaliśmy im te poobtęczawiane szyby. Jeśli do durnej tłuszczy przemawia tylko argument siły, używamy siły.


Kto ma to wszystko robić? Czyżby cała nadzieja w kibolach-prolach? Stadionowy hulaka jako zbawca Polski i Polaka?


Czy pokładać nadzieję w usiłujących straszyć "błyskawicznych" Strasznikach kontrRewolucyi, którzy gremialnie utożsamiają się z przeżartą herezją i skandalami obyczajowymi (w takiej kolejności) strukturą deklarującą jedność z okupującym Stolicę Piotrową uzurpatorem, który jawnie głosi, że Pan Bóg aktem Swojej pozytywnej woli chce istnienia wielości religii? Na kij być w takim razie katolikiem?


Czy wśród bronienia świątyń zawierających relikwie niewątpliwych katolickich świętych warto bronić kościołów wiernych Novus Ordo?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Psie obrazki (bez wyjątku autentyczne)



Pies przykościelny



Właśnie pan przeparadował z psem przed samym wejściem do kościoła. Jeszcze na smyczy. (Jeszcze, bo następnym razem przyjdzie już bez. Przecież święty Franciszek też kochał zwierzęta). Spóźniony odprowadził córkę na celebrę z okazji "białego tygodnia". Rzucił jeszcze:

– Jakby mama była w środku, to niech wyjdzie.

W domyśle: "Ty zostań". Nie wszedł – poniekąd chwała mu za to. Ale jaka była jego motywacja?



Święty Franciszek pereł przed zwierzęta też nie rzucał.



Nie dawajcie psom świętego, ani miećcie pereł waszych przed wieprze,

by ich snadź nie podeptali nogami swemi, i obróciwszy się,

aby was nie roztargali.

~ Mt 7, 6



Pies w Panteonie (wielkich i nietykalnych)


Pies wszędzie (, gdzie mu pozwolą). W sklepie, aptece, Panteonie; na placu zabaw, na stole. W lodówce też?


Do Panteonu baba na moich oczach faktycznie z psem wlazła. Tak naturalnie, jak turystka ("Lepsi turyści niż naturyści"). Na smyczy – trzeba jej to oddać. Ale wlazła.


W sumie: może nienajgłupiej pomyślane. W tych spsiałych spoganiałych czasach chciała wprowadzić pupila do miejsca, w którym starożytni oddawali cześć wszystkim swoim bożkom – do których grona swego canisa z pewnością zaliczała.



Pies przyławkowy*



Przyłazi do sklepu. Psa wlecze ze sobą (albo to pies wlecze ją za sobą). Zostawia bydlę przy ławce przed wejściem. Nie liczy się z tym, że: 1) na ławce siedzi człowiek z dziećmi; 2) na ławce za chwilę zechce usiąść inny człowiek z dziećmi (widzi to bez wątpienia); 3) nadto przymocowuje ("przywiązuje") psa do ławki w ten sposób, że wilczur zaraz się uwolni (co faktycznie się dzieje). Precz! Paszli won (babsko i pies)!

_______

* Z przyporęczowymi sprawa ma się analogicznie. Włazi durny/a właściciel/ka do sklepu, zostawia zwierzę przy poręczy wjazdu dla wózków inwalidzkich lub dziecięcych i radź sobie teraz, inwalido albo rodzicu z wózkiem; znajdź rozwiązanie zagadki: jak tu bydlę ominąć? A dureń jest w sklepie i bawi się tam doprawdy setnie.



Truth is stranger and funnier than fiction.



Do babska, które pcha się ze swoją zwierzyną prosto na nas. Lezie jak w pysk strzelił lewą stroną chodnika:

– Zwyczajowo chodzimy prawą stroną.

– To zależy, gdzie on [pies] mnie poprowadzi.

(# kontrola właściciela nad psem)



Do psa obcego, spotkanego na drodze:

"Ej, maluszku!"



Do psa wiezionego w dziecięcym wózku (na widok dziewczynki w takimże wózku):

– O, patrz, twoja koleżanka idzie!



Psie gówno (nawet sprzątnięte z "publicznego" trawnika) śmierdzi



Pies liże, co popadnie, co mu przypadnie do gustu


W autobusie. Piesio na rączynach paniusi. Karmiony (ludzi obowiązuje w transporcie "publicznym" zakaz żarcia), lizane poręcze. Obwąchane siedzenia. Siedzenia obsiadłe przez psy. Kupa wtarta w siedzenie. Nadeptane kupą po całym pojeździe. Właścicielka nie reaguje. Właściciel tym bardziej. Ochoczo zagrzewają zwierzę do kontynuowania działalności.


Psi patrol


Chodzi, oczywiście, o psiule puszczone luzem i przodem przez właścicieli. Rekonesansik taki. Wychynie taki zza węgła – właściciel nie liczy się z tym, że zaraz za rogiem może znajdować się ktoś, kto sobie kontaktu z jego bestią nie życzy. Aha, dla bezpieczeństwa właściciela, który przecież ma poczucie obowiązku w stosunku do swojego zwierzęcia – bo przecież nie bliźniego, jeszcze czego?! – montuje mu się na obroży łyskającą lampkę. "Wiem, gdzie mój ukochany". I że też takie puszczone luzem i nie zważające na nic dziadostwo tak rzadko wpada pod jadące wąską uliczką auto, którego przecież wybiegając na jezdnię zza węgła nie widzi – a pruje prosto bez zastanowienia.


Nie mówiąc już o tym, że:


Pies na ławce. Wspina się, łapska, nożyska na siedzeniu. Utytłał się kłaczor w brudzie, a potem człowiek ma po zwierzu zajmować miejsce. To samo dotyczy każdego "publicznego" siedzenia. W autobusie czy metrze też. Fu! Takie to piękne pachnące świeżością psiego stolca i moczu społeczeństwo. Wyfiokowane po trampki do garnituru. O tempora...


Jesteśmy daleko w lesie...


...niewiele nam to pomoże. Na plagę leśnych psiarzy. Do samego lasu nic, rzecz jasna, nie mamy. Las jest piękny.


Z lasem zresztą ciekawa historia.



Był las. Był nagły azyl. Las Kabacki był podobno przez jakiś czas chroniony od psów. Nie – nie ze względu na ludzi (czego się zachciewa!); ale ze względu na prawa zamieszkujących las zwierząt (żeby ich nie płoszyć). Z braku laku i rozsądku dobre i to. (Jak ważne jest, aby nie tylko przyjmować właściwe stanowisko, ale z właściwych powodów. Liczy się nie tylko sama postawa, ale motywacja – ale to na marginesie w nawiasie). Podobno przez jakiś czas zakaz wstępu do (bądź co bądź) rezerwatu egzekwowano.



Psi patrol kasował niewczesnych gości oraz ich zwierzynę na setki peelenów. Da się zrobić – trzeba tylko chcieć. Łatwy zarobek przy okazji. Przecież tym łazęgom nie będzie się chciało szukać alternatywnego wejścia do lasu. Wystarczy postawić patrol przy każdym oficjalnym wejściu – i już normalny gość będzie mógł odetchnąć odrobiną swobody. Choćby kapką. Choćby tylko na chwilę.



Ale azyl był. Teraz zaś bydło przywozi samochodami swoje bydło – i pakuje się z nimi do lasu nie bacząc na znaki kategorycznie wstępu z psami zakazujące. I żaden psi patrol nie reaguje (spróbowałby!).



Leśniczego zaś w lesie ("publicznym", państwowym) (opierającego się najazdowi psiego motłochu) nie uświadczysz – to rozumie się bez słów.


A ludzie ze słuchawkami na uszach w lesie czują, że muszą biegać z dziećmi w wózkach, z psami też, może nawet bardziej – a jakże!. Forma, stary, forma! "Mam na wszystko wywalone" – wchodzę mimo zakazu, puszczam wolno, co się da, bo się da. Ot, las publiczny jak dom publiczny.


Pies, czyli kot



Las? To raczej park. A park to raczej publiczna sikalnia. Z chwilą pojawienia się na jego terenie/obrzeżach/w zasięgu wzroku "pi(e)suarów", wiemy już z pełną jasnością: na tym obszarze cywilizacja białego człowieka poniosła druzgocącą porażkę. Psy oraz ich oszalæli z pseudomiłości do nich właściciele opanowali teren.



Najdawniej chodziło o prawa Boże. Potem liczyły się głównie prawa człowieka. Teraz mamy prawa zwierząt. Następne w kolejce są prawa bakterii, wirusów i innych świństw. Tylko w takim razie czemu się tak tego kurona czepiamy?



Jeszcze sześć lat temu...



...z uśmiechem lekko złośliwego niedowierzania patrzyliśmy na las ogrodzony płotem. Prywatny. Swój. Dziś uważamy to za jedyne sprawiedliwe i praktyczne rozwiązanie ułatwiające unikanie ciągłych utarczek z psiolubnymi debilami (z przeproszeniem debili prawdziwych).



Niech sowa zamyka las. Nasz, prywatny. Czem prędzej.



Jeszcze pięć lat temu...



...psia kupa w piaskownicy na placu zabaw dla dzieci byłaby raczej nie do pomyślenia. Dziś to norma. To znaczy: nie~norma. Ale jako nowa norma(lność) nam sprzedawana. Nie podoba ci się (dziecko, rodzicu) – to sobie pójdź! My tu z naszymi pupilami wchodzimy i basta!



Co nowocześniejsze firmy wznoszące bloki (czarny – biały, czarny – biały = duet doskonały) wyposażają ich obejście w specjalny plac zabaw – dla psów. Na plac dla dzieci miejsca nie starczyło. Aha, i o ile place zabaw dla dzieci są zazwyczaj ogradzane → żeby dziecko czasem nie wyszło za barierę i nie psuło zabawy hasającym chwilowo na zewnątrz zębatym i pazurzatym czworonogom; o tyle te nowodeweloperskie są otwarte – tak żeby pies mógł wybiec i się wybiegać, gdzie oczy i nos poniosą – nie będziemy go przecie ograniczać!



Lepiej żyć w dziczy czy wśród (jaśnie ociemniałej umysłowo) dziczy? Z dwojga zdecydowanie wybieram dzicz; dziką, własną, ogrodzoną.



Mało~miasteczkowo


Sąsiad wrócił samochodem i zatrzymał się przed bramą. Otworzył z pilota – klawa robota! Spomiędzy otwierających się wierzei natychmiast wysmyrgnęły dwa psiaki. Przebiegły sprintem na drugą stronę ulicy, wysikały się jak na rozkaz pod bramę sąsiada sąsiada. Wróciły. Podwoje automatycznie zamknęły się. Fajno!


Średnio~miastowo


Pies zostawiony sam w domu na dłuuuuuuugie godziny szczeka. Nie-u-stan-nie. Bez przer-wy. Działa na nerwy. W stopniu najwyższym. Starsze sąsiadki okupujących psie mieszkanie boją się zwrócić im uwagę – bo to chamy i prostaki. Nie da się z nimi normalnie porozmawiać. Obrzucają wyzwiskami, nie chcą słuchać. "Zostawię psa samego w domu – i co mi zrobisz?". Ten poziom. Czy znalazłby się ktoś, kto postawi to towarzystwo do pionu? Tymczasem nie zwracamy uwagi właścicielom i udajemy, że nie zwracamy uwagi na szczekacza (lub szczekaczkę). Cham rządzi.


Wielko~miejsko



Na ulicy Bitwy pod Pskowem Wincenty właśnie odbywał swój nieregularny (dla zmylenia przeciwnika) patrol. Generalnie za elektrycznymi rowerami niezbyt przepadał. Czy silnik wspomagający nie przeczy samej idei roweru? To już właściwie moto-rower. Na tak zwanym Zachodzie już trzy czwarte nowo sprzedawanych bicykli to ebajki. Dać ludziom możliwość "ułatwienia sobie" – większość skorzysta.


Za wspomaganiem kierownicy w samochodzie Wincenty również mógłby nie przepadać. Też ułatwienie. Jednak w imię skuteczności na akcje wyciągał ze swojej rowerowej stajni elektryka. Zwykle pomagało. No, trochę utrudniło wtedy, kiedy silnik zawiódł i musiał targać dwadzieścia pięć kilo ramy z osprzętem siłą własnych mięśni. Ale cóż – ryzyko było wliczone w koszty.


"Moc nie moja"; "mocą nie moją" – oto tabuny bliźnich szczyciły się posiadaniem takich czy innych sprzętów (głównie aut) z silniejszym od ciebie silnikiem. Masz lepszy samochód? Wyprzedzisz kierowcę nawet o niebo lepszego od ciebie – bo przewaga sprzętowa. Zawodowe wyścigi? To nie konfrontacja umiejętności ludzkich w zakresie prowadzenia pojazdów – to starcie armii inżynierów. A śmieszy nawet poza torem wyścigowym, kiedy w sytuacji wielkomiejskoulicznej stojący na czerwonym kierowcy prężą się i napinają za sterami swoich bolidów, aby – gdy tylko mignie żółte światło – wcisnąć gaz do dechy i pognębić przeciwnika. Nie czynią tego jednak mocą swoją – tj. własnych mięśni, ścięgien itp. – robią to wszystko za pośrednictwem maszyny, machiny, auta.


Z rowerami jest trochę inaczej. Marny jeździec na najlepszym welocypedzie przegra z wyśmienitym rowerzystą, choćby ten dysponował jedynie kupą złomu. Ale któż w dzisiejszym świecie zawracałby sobie głowę taką "rycerskością"? Równością w pojedynku?


Każdy dziś (przynajmniej teoretycznie) robi, co chce. Ma innych gdzieś. Gdzie konkretnie? W tyle.


Taki Jan Lenon na przykład: dekady temu zgodził się na warunek towarzyszki życia in spe, że dzieci nie będzie. I nie ma. Zanim nastąpił wielki dzień przekazania sobie obrączek, obiecali sobie, że dzieci nie będzie. I słowa sobie dotrzymali. W ich miejsce jest za to pokaźna kolekcja samochodów, o których J.L. prowadzi osobny program. Fajnie? Fajnie! Jego potomstwo to auta, których ma cały garaż. Ale (o zgrozo?) do więcej niż jednego i tak naraz nie wsiądzie. Człowiecze, na co ci zatem tyle rupiecia? Więcej niż jednego garnituru też naraz nie włożysz. Podobnie: więcej niż pary butów. "Ale mam wybór, mam możliwość wyboru". "Wszyscy cierpią, ale niektórzy cierpią w luksusie". Filozofie czasów współczesnych.



Ustępstwa


Może mało kto to zauważył, ale wśród piktogramów na jednym z wielkopowierzchniowych sklepiszcz znajduje się i taki, który podpisano dla pewności: "Zwierzęta wyłącznie na smyczy". A zatem domyślnie z psem wolno do środka wejść... Mało kto to pewnie dotychczas zauważył, bo pakowaliby się tam hurtowo, a nie pojedynczo, jak na załączonym obrazku.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Pies, rzecz jasna, członkiem rodziny jest. Dostaje ludzkie imię. Siada z nami przy stole albo na stole.


Nie ma nic gorszego nad psiarza durnego



Pies sąsiada drze mordę o różnych porach dnia i nocy. A ujada! A obszczekuje wychodzących z klatki. A szczerzy kły w kierunku dzieci sąsiadów. Jak pies z sąsiadem. Robi, co chce. Superdog. Uberczłowiek, bo przecie ze zwierzakiem liczymy się bardziej niż z bliźnim. No i z takimi bydlętami niektórzy mieszkają drzwi w drzwi. I jakoś muszą to znosić. Znoszą. Choć tego nie znoszą. Choć cierpliwość jakby zaczynała się już kończyć...


Psina-macanina


Paniusia swojego Pikusia na bazar przynosi. Na rękach go nosi. Ten towar tarmosi. A nawet jeśli nie tarmosi własnozębnie lub nie ociera się brudnymi kudłami, to paniusia siłą rzeczy najpierw głaszcze Psikusia, który szlajał się nie wiadomo (albo gorzej: wiadomo) gdzie, a potem tymi samymi kończynami buszuje w warzywach, owocach, czym tam jeszcze. A wybiera, a dobiera! Pies też się do nich dobiera. Jak przystało na teriera. 61/62


Przyrost nienaturalny psów; przyrost nienaturalny i nienormalny psich przywilejów


Irlandia (był niegdyś taki katolicki kraj) zgłupiała wprost proporcjonalnie do liczby trzymanych w miejskich mieszkaniach czworonogów. My głupiejemy równie szybko, jeśli nie szybciej.


Jeszcze cztery lata temu psiury baraszkujące luzem po placu zabaw (teoretycznie) dla dzieci, nieco dziwiłiby. Dziś już nie. Głupota galopująca na czterech kundlich nogach i udzielająca się populacji.


Opus minimum Vol. II: Zezwierzęcenie


Czy ktoś byłby w stanie wskazać takie w mieście takie miejsce, które jest od psiej plagi wolne?


Chyba tylko ogród zoologiczny! A to ci dopiero paradoks! Tam psiula (raczej) na pewno nie wpuszczą. Ze względu na inne zwierzęta, oczywiście. Prawa zwierząt > prawa ludzi (> o prawach Bożych już nie wspominając).


Strefy wolne od zwierzyny domowo-miastowej: parki "publiczne"? Gdzież tam! Już nawet w Łazienkach się pojawiają. Na razie nieco dyskretniej niż tam, gdzie hasają całkiem jawnie. Jeszcze na smyczy, na rękach, nie masowo. Kwestia czasu...


A na placach zabaw zaczynamy obserwować nowe obrazki (coś jednak novi sub sole): oto pies na huśtawce wsadzony tam przez właścicielkę, bawi się na sprzętach przeznaczonych teoretycznie dla dzieci – obślinia, łazi łapami unurzanymi wcześniej w łajnie, sierści się sierściuch jeden... No, q... – chciałoby się tu szpetnie zakląć. Nikomu już właściwie nie przychodzi do głowy, że psa jako takiego z jego głupim właścicielem pakującym się na teren placu zabaw należałoby bez sądu, bez wyroku, na cztery wiatry, w kosmos. Ale mało im jeszcze. Niezabawem staniemy się zapewne świadkami scen wypraszania z placów zabaw dzieci – żeby nie zawadzały hasającym beztrosko pieskom.


Krok po kroku jakby mimowolnie, ale konsekwentnie hołota przejmuje miasta.


I jeszcze jeden aspekt obecnej przykrej sytuacji:

Codzienne utarczki z debilami (Z ponownym przeproszeniem autentycznych debili)


To są właśnie ci durni psi sąsiedzi, z którymi w jakiś sposób jesteśmy zmuszeni obcować dzień w dzień. To jest wyjście z (nie do końca) własnych czterech blokowych ścian i natknięcie się podczas spaceru z niemal stuprocentową pewnością (tak się tego namnożyło) na bydlaka z bydlakiem. To jest to nieustanne pytanie: Wypuści dziś psa luzem przed klatkę, "żeby się wybiegał" czy nie? Zaprzątanie sobie myśli głupotami głuptaków niezwyczajnych cielistonogich.


W sumie należało by zacząć dzień tak jak czynił to ostatnio dzień w dzień Prediktor: biegać po miejscach nawiedzanych przez zwierzolubów z obnażonym nożem. "Ja nie dźgam, tylko latam" – tak jak pies tylko biega z zębiskami, ale nie gryzie. (Jak dobrze pamiętamy, profesora Wilczura od pogryzienia nie uchroniło nawet nazwisko). Prediktor zwijał się zanim nadjeżdżały wezwane przez usłużnych donosicieli służby. Ale uwagę na problem zwracał.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Trzymanie w terrariach pająków i karmienie ich żywymi świerszczami (zakupionym specjalnie w tym celu) to już jest superekstraokej. To już jest humanitarne, humanistyczne, a nawet animalistyczne. Dlaczego zatem atak na żywego zagrażającego mi zwierza oraz jego właściciela bywa zaliczany do innej kategorii?


Chodzi o jasne przesłanie dla psiej hałastry. Praktycznie opanowaliście przestrzeń publiczną, każdą jej piędź. Nawet jeśli jakiś ciołek bez złej woli, ale z głupoty zachowuje się jak zachowuje (niepokonalnie błędne sumienie) – puszczając psa samopas – to znaczące, że dziwi go, iż da się myśleć inaczej, czyli normalnie. Tak się do swojej nienormalności przyzwyczaił.


Argument siłowy-zastraszający działa zdumiewająco często. Przemoc użyta w dobrej sprawie jest jak najbardziej uzasadniona i nieustannie rozwiązuje problemy.


A przecież z tymi zwierzętami trzeba będzie coś zrobić. Zmniejszyć to pogłowie, wyeliminować. Zrzucić gdzieś, spalić, sprzedać, wywieźć. Skoro szambo do Wisły można walić programowo, to może...?


Jakoś ten okres przejściowy od teraz – miasto opanowane przez psiarzy i psy – do wtedy – miasto wolne od psiarzy i psów, miasto, którym można spokojniej się przejść – trzeba będzie przejść.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


"Ależ święty Franciszek!"; "Ależ święty Roch!"; "Ależ święty Hieronim!" – odezwie się zaraz mądraliński, który kanonizowanymi sypie jak z rękawa, gdy są mu akurat potrzebni do prowadzenia kłamliwej propagandy. Gdy zaś mówią coś dlań niewygodnego, mądraliński milknie albo obrzuca świętych kalumniami. Ale dla porządku i na to wam, łgarze, odpowiemy: Jak wszyscy, a szczególnie wy!, będziemy tak święci, że Pan Bóg już tu na ziemi udzieli nam tej łaski, że cielę i lew i owca pospołu mieszkać będą, a dziecię małe pędzić je będzie, to inaczej pogadamy. Do tego momentu: won i wara!


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Gdy "elity" świrują, czyli PEŁEN WERSAL, a nawet WERSAL PEŁEN (ODCHODÓW)


Na załączonym obrazku znajdź wśród "eleganckiego towarzystwa" puszczone luzem psiule


Francuzi srali po kątach Wersalu. Psy, trzymane w komnatach robiły toż samo. Ale – elyta. Co wolno elycie...


Dziś wszyscy stali się elytą. Więc Wersal się rozprzestrzenia.


Wariactwo na przestrzeni wieków


Być może wymaga rozważenia temat ludzi stosunku do psów na przestrzeni wieków.


Pies w domu. Buda w domu. W sztuce. W literaturze (polskiej i innej). Dwór na wsi. Pies we dworze. Fora ze dwora na dwór!


"Drzwi nie były zamknięte. Weszła do obszernej sieni i tu powitało ją zajadłe szczekanie małego, pokracznego pieska. Ono z kolei wywołało z dalszych pokoi jakąś starszą panią, która obrzuciła Łucję zdumionym wzrokiem". Czy Kusego i Sokoła też zapraszano na pokoje? Sprofanowane przez protestantów kościoły w Niderlandach – Emanuel de Witte się kłania. I te de, i te pe.


Być może wymaga rozważenia temat ludzi stosunku do psów na przestrzeni wieków. A być może nie.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


A przewożenie zwierząt w (już nawet nie niehumanitarnych, ale) nieanimalnych warunkach? A trzymanie bydląt wielkości cielaka na czterdziestu metrach w bloku?


A hotel, spa i fryzjer dla psów? Wynik tego, że w dziedzinie "usług zwierzęcych" rynek jest nieco mniej ograniczony niż w przypadku "usług ludzkich"? Jeśli nawet po części tak, to w większej mierze wynik niewłaściwej hierarchii ważności spraw przyjętej przez tak wielu rodaków.


W przypadku konfliktu na linii homo sapiens – głupi psi właściciel przechodnie (jeśli którykolwiek z tych pasywniaków w ogóle jakoś zareaguje) w pierwszej kolejności ujmą za psiakiem-głuptakiem. Bez-myślność społeczna w działaniu.



Im gorzej, tym lepiej?


"W tym okresie, kiedy już kiepsko było w ogóle z dochodzeniem do jedzenia, nawet już pieski ukochane dostały kulkę w łeb".


Może i bez głodu dałoby się taką metodą rozpanoszonych nieco opanować?


I nie popuszczać bydłu ani trochę, bo się zaraz na nowo rozbestwi.



Dlatego: żadnych wyjątków. Cała Polska w czarnej strefie. Czarne psie punkty. Całkowity zakaz posiadania psów w przestrzeni publicznej. Ewentualnie podział tej przestrzeni na strefy – psią i bezpsią. Ale to się zaraz skończy drobnymi przekroczeniami ze strony psiarzy, potem nieco większymi... Więc całkowity zakaz. Bez pardonu.


Dzieci z matką w ciąży na plaży "publicznej" nie muszą już co chwilę oglądać się na to, czy usłużny współużytkownik plaży nie puszcza luzem psa. Czy go w ogóle w jakikolwiek sposób kontroluje. Koniec z burdelem publicznym. Koniec z byciem na łasce i niełasce psiokretynów. Nie czuj(e)my się już jak zwierzyna łowna wśród szarogęszącej się watahy kundlolubów oraz ich ulubieńców.



Bez wyjątków – nawet dla rozpaczających paniuś, które będą biadoliły nad tym, jakie to straszne, że ich biedactwa-dzieci pozbawi się zwierzęcych pupilków.


Bez wyjątków – nawet dla niewidomych. Jak zaczniemy tolerować taki wyjątek, zaraz wszyscy oślepną. Teoretycznie. Formalnie. Dokumentnie. Żeby uzyskać papier pozwalający na posiadanie psa.


Niepełnosprawni (excusez-moi: "sprawni inaczej") dziś. Każdy silny – zwarty – gotowy. A potem nikt nie szanuje słabszych i nie pomaga im ("bo przecież słabszych nie ma; to kultywowanie nierówności") – bo wszyscy są najsilniejsi i najpiękniejsi i radzą sobie SAMI. Ewentualnie z pomocą psa. Ale człowiekowi od nich wara! Jeszcze by się kultura pomagania słabszym wytworzyła; jeszcze przypomnianoby sobie prawdziwe znaczenie słów takich jak "miłość" czy "miłosierdzie".


"Zakazany owoc smakuje najlepiej, więc zakazuje się zakazywać posiadania psów, bo to nic nie da" etc. Skoro tak, zdepenalizujmy gwałt i kradzież, bo i tak będzie do nich dochodziło. Dochodzi do niektórych prawda o kondycji świata po grzechu pierworodnym.


Dlatego: żadnych wyjątków. Wyjątek przeczy bowiem regule.



Nie wymiękać. Zakaz totalny. No, ewentualnie jakiś okrutnie trudny, w praktyce niemożliwy do zdania egzamin na posiadacza psa w mieście/przestrzeni publicznej. Sama chęć mania psa w mieście potencjalnego właściciela dyskwalifikuje. I po sprawie. Sprawa załatwiona.


BedzieSZczekał na pozwolenie na psa do sądnego dnia.


Nie podoba się? To sprywatyzujmy każdą piędź ziemi i zobaczymy, kto tak miłuje bycie narażonym na niechciany kontakt z psem. Spróbujecie? [Spróbuj(e)my].


Opus minimum Vol. III: Odzwierzęcenie


Gdzieś te wyeliminowane z miasta zwierzaki trzeba upchnąć, jakoś problem załatwić. Jak?


Samuel Konkin Trzeci proponował wyjście od ideału: I have a dream. Not of a perfect society maybe. But of a society striving for perfection.


Wyjdźmy więc od ideału: brak przestrzeni publicznej. Nie ma już publicznych chodników i jezdni; nie ma publicznych jezior, rzek i plaż nad morzem; nie ma i domów publicznych, przestrzeń publiczna wyparowała → wszystko ma swojego konkretnego, znanego z imienia i nazwiska właściciela lub właścicieli. Prywatni właściciele ośmielają się i umawiają z podobnymi sobie, że "na naszym terenie obowiązuje zakaz psów". Na nasze terytoria zwierząt nie wpuszczamy. Czemu mam zresztą, do takiej owakiej, płacić za obsrane publiczne chodniki? Czemu mam dokładać się do ich sprzątania? Jakże miałbym (współ)fundować zabawki na plac (teoretycznie) dla dzieci, skoro zabawiać się będą na nich kundliska? Z jakiej paki miałbym dokładać się do piesuarów – świadectwa total(itar)nego upadku kultury na danym terenie?


Wdepnąłem w kupę. Chamstwo się panoszy i pozwala psom srać, gdzie los padnie. Czy to chamstwo nie powinno własnoręcznie wyczyścić mi obuwia? Zapłacić za szkody węchowe? za stracony czas? za nerwy? za smród?



Teren publiczny – czyli też mój! więc won! Aha, ale "demokracja", "prawa zwierząt", może też czasem "prawa człowieka". Nie da się. Przynajmniej drogą formalno-urzędową.



Albo inaczej: oddajcie mi moją własność (razem z odszkodowaniem: na przykład kawałek Łazienek albo innego lasu) i uznajmy, że (zgodnie zresztą z prawdą) nie mamy wobec siebie żadnych formalnych zobowiązań. I wtedy wy na terenie wciąż publicznym będziecie się nawzajem wciąż obesrywać, szczuć i obszczekiwać psami; a my – nie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Na określenie naszego społeczeństwa, a raczej społeczeństwa zamieszkującego terytorium historycznie polskie, nie używa się już terminu "katolickie" – nie usiłuje ono być katolickie nawet z nazwy, nie uprawia już hipokryzji polegającej na przybieraniu barw autentycznie uznawanych za prawdziwe i wartościowe (choć nie całkiem w nie wierzy i niekoniecznie nimi żyje) – wszystko to poszło na śmietnik: określenie "katolicki" to raczej obelga niż powód do dumy; wstydliwość poszła na przemiał (w artykule z zakresu historii autor uznał przydomek Bolesława Wstydliwego za świadczący o nim negatywnie); coraz więcej ludzi nie chrzci dzieci już nawet pro forma (może to i lepiej? w wypadku potępienia taki nieochrzczony będzie cierpiał w Piekle mniejsze męki); obraz całkowitej degrengolady; ludzie ze spraw najważniejszych nie rozumieją literalnie NIC. Zaczyna się od tego, że rozumieć nie chcą. Po co mieliby jednak w ogóle chcieć rozumieć, skoro picie, ruch i radio mają na wyciągnięcie ręki, a raczej pilota czy też bezprzewodowej myszki?


Powiecie, Drodzy Czytelnicy: a spójrz Pan, Panie Koniecpolski, na takich Chłopów Reymonta. Czy ci chłopi to były wzory pobożności i moralności? I co – dawniej było lepiej?


Bohaterowie Chłopów mimo wszystko (mimo cała niemoralność, jakiej się poszczególni z nich dopuszczają) pamiętają o właściwej hierarchii spraw – wiedzą, co jest dobre, a co złe – mimo że niekoniecznie postępują w myśl myśli Pana Boga. Postępowanie podług standardów światowych, ale sumienie ukształtowane po średniowiecznemu. Nie zapoznali Prawdy. Grzeszą, ale pozostają w Kościele. Nie wyrzekają się nadziei. Wiedzą, gdzie jest Droga.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Mamy tendencję do otaczania się ludźmi podobnie myślącymi (lub podobnie bezmyślnymi), więc może nam się wydawać, że takie cechy człowieka jak otwartość na dzieci, przywoływanie w rozmowach Wiary jak chleba powszedniego etc. to rzeczy naturalne. To mówi nam nasze doświadczenie osobiste, rodzinne, przyjacielskie.


A tu taka niespodzianka, że ogarnięcie wzrokiem całej Polski daje nam obraz zgoła inny: większość tubylców ma kota na punkcie psów, rybek albo internetów, a dzieci traktuje jako zagrożenie. To jest społeczeństwo, które (jeszcze) gremialnie obchodzi w jakiejś formie Boże Narodzenie, ale "prawo do aborcji" albo i zapłodnienia in vitro co najmniej toleruje. Durnie, którzy są tak inteligentni w przypadku liczenia PLNów oszczędzonych w ramach takiej czy innej transakcji gospodarczej (a jednocześnie na tyle durni, by brać bankstersko-rządowe operacje na żywej gotówce za dobrą monetę), a niezdolni połączyć kilku prostych faktów w dziedzinach decydujących o naszym być albo nie być w Niebie.


Trudno nie przypuszczać, że świadomym współpracownikom szatana na tym właśnie zależy. Społeczeństwo silne Wiarą i świadomością katolicką? Dream on! Prawie każdego da się odpowiednią dozą suflowanej regularnie propagandy przerobić na wzorowego obywatela Nowego Wspaniałego Świata.


A najlepiej zrobić to tak, aby przerabiany nie miał świadomości, co się na nim dokonuje. Tak jak pewnie najłatwiej wciągnąć do piekła kogoś, kto jest święcie przeświadczony o jego nieistnieniu.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


A propos Bożego Narodzenia:


Wszystko mRuGaŁo już od początków listopada. Całe miasto rOzEdRgAnE migającymi światełkami i dekoracjami. Wszystko musi się rUsZaĆ (por. https://rediwiwo.blogspot.com/2020/05/poscineczki-4-sekrety-sasiadow.html). Musi! Move!

Move! People on the move. Constant move. Non stop move.

Move!

Move!

What are you waiting for?


Sedecjasz dołączył do rOzEdRgAnIa. Włączył w trybie pulsującym czerwoną lampkę pod siodełkiem speca. Nie żeby pożądał podążania za logiką miasta i filozofią miejskiego postępowania, ale z żywej chęci uniknięcia kolizji z którymkolwiek z mijanych przez jego rower cięższych pojazdów. Niech mnie zobaczą! I to działało. Podobnie jak kamizelka odblaskowa, której pozbywał się tylko w trybie ucieczki (runaway mode) z miejsca wymierzenia sprawiedliwości.


Swoją drogą, ciekawa sprawa: pulsujące regularnie światło faktycznie bardziej się wyróżnia, ale w samochodach tej metody się nie stosuje. Auta nie migają czerwonymi światłami non stop. Czyżby rowerzyści funkcjonowali na zasadach specjalnych?


Mrygające lampki raz po raz zaglądały w odsłonięte okna sąsiadów. Okna – po protestancku – bez firanek. Wszystko jak na talerzu. Jeszcze przy zapalonym świetle? No problemo. Pani kroi w kuchni. Pan rozbiera się w salonie. Łazienka uchylona. "Nie mam nic do ukrycia". Ale drzwi do toalety jeszcze za sobą zamykasz?


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Tacy wszyscy mądrzy – w sprawach ekonomicznych przynajmniej [jak wiadomo, "gospodarka jest najważniejsza"; no, chyba że zdrowie – doczesne, to jasne] – a tu raz po raz pojawiają się takie kwiatki jak to: w Polsce czasów współczesnych coraz częściej dają nam miarę utrzęsioną – to znaczy z okrągłej masy coś sobie utrzęśli i uszczknęli: opakowanie przyprawy nie waży już deka, ale 9,9 grama. Ma, oczywista, sprawiać wrażenie opakowania dziesięciogramowego; żeruje na przeświadczeniu nabywców, iż opakowanie takiej wielkości waży jak zwykle (jak zawsze) pełne 10 gramów. Małe oszustewka. Niby prawda, bo na opakowaniu uczciwie podają autentyczną masę. Ale w ramach ukrytego przed nim założenia chcemy przekonać klienta, że kupuje produkt o typowej, "okrągłej" masie. Liars, liars...



Polska przełomu lat 2020/2021. Wpadamy jak śliwki w kompost.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Perpetua też lubiła myśleć o rzeczach niewidzialnych.



Idzie ulicą, a z nią historie ludzkie. Idzie człowiek ulicą – czy i ilu porodów, poronień, czy też mordów na bezbronnych nienarodzonych stał się uczestnikiem? Widzimy mężczyznę w eleganckim garniturze; widzimy kobietę w pięknej sukni; widzimy, że everybody happy. A gdyby tak zobaczyć prawdziwe oblicze każdego? Gdyby tak każdy chodził z wyświetlanymi wszem wobec danymi statystycznymi dotyczącymi bardzo małych ludzi, inny mielibyśmy zapewne jego obraz. Ileż tragedii, ileż radości, ileż grzechu. A nad tym wszystkim God['s z apostrofem!] in His heaven...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Jeśli wszedłeś między drony...


Wszyscy się nagrali. Piotrowi temat nagrała Armia Doga. Zaczęło się od zaangażowania w tak powszechne dziś filmotwórstwo. Piotr, jako specjalista od elektroniki, potworzył rozmaite kamerki, zamontował je na dronach i puszczał w obieg, a raczej w przestrzeń nad zbloczonym, zabloczonym, zBLOKowanym, zaBLOKowanym miastem. Krajobraz się skończył. Jak okiem sięgnąć, wszystko zasłonięte: słońce, inne gwiazdy, nawet chmur w centrum nie uświadczysz – gmach na wieżowcu i biurowcem pogania. Jak okiem dronowej kamery sięgnąć... O, to co innego! Górny może więcej. A nakręcić i sponiewierać w Sieci tępaków – można, trzeba, warto.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


To Rafałowicz wybrał poniższe na motto jednej z najpiękniejszych powieści w języku polskim ~ w czasach, gdy był jeszcze pisarzem poważnym:


"Pierwsi rycerze nie wzięli się z racji swojego urodzenia,

wszyscy bowiem pochodzimy od jednej matki i jednego ojca.

Wszelako gdy zło i nieprawość rozpanoszyły się na świecie,

słabi ustanowili ponad sobą obrońców".



Pif Paf Patrol. Dawniej nazywało się to z angielska Paw Patrol, ale co mądrzejsi dopatrywali się tu związków z niesłusznie oskarżanym o pychę, a wspaniale symbolizującym zmartwychwstanie i życie wieczne kolorowoogoniastym ptakiem. Więc zmieniliśmy.



Miasto.


Gdzie można się w mieście schronić? Gdzie azyl? Może własne cztery ściany? Ależ nawet te rzekomo własne cztery ściany nie są wcale własne. "Mój" sufit to jednocześnie czyjaś podłoga; "moja" podłoga to czyjś sufit ("Mój nie jest ten kawałek podłogi..."). "Moje ściany" – ech... Well, you live in the city, enter the city, have any contact whatsoever with the city and at least for the time of your being there "You Belong To The City" regardless of you wanting it or not...



Prawdę pisał Chesterton, pytając, jak to możliwe, by ktokolwiek chciał żyć w nasadzonych na siebie i stłoczonych obok siebie pudełkach na zapałki (miejskich blokach), które udają prawdziwy dom?



Prawdę pisał Jerzy Juhanowicz o nazwach iście więziennych...



To jest miasto. 'Cause we live here. 'Cause we belong to the city... (The city does no longer belong to us → we're afraid to say).



Miasto – potwór, w którym możesz się na parterze w jednym Maku nażreć, a potem pójść do drugiego Maka, na piętro, i tam zżarte żarcie pod okiem profesjonalisty profesjonalnie spalić. Nażreć się na parterze, spalić na piętrze.



Miasto – potwór, który pożera cię milisekunda po milisekundzie.

Miasto – potwór, który pożera cię milisekunda po milisekundzie.

Miasto – potwór, który pożera cię milisekunda po milisekundzie.



Our Shangri-La?


A więc co? Co robić? Budować własną – nawet nie barkę czy areczkę Noego – ale wyspę? Wyspę normalności w oceanie nieprawości i niemrawości? Odgrodzić się od świata duchowo i, na miarę możliwości, we wszelkich innych zakresach (towarzyskim, gospodarczym etc.) od wszystkiego, co ma choćby pozór zła?



Bez~litośni: bez litości


Inténde ad visitándas omnes gentes:

* non misereáris ómnibus, qui operántur iniquitátem.

Converténtur ad vésperam: et famem patiéntur ut canes,

* et circuíbunt civitátem.


Udaj się na nawiedzenie wszech narodów:

* nie miéj litości nad wszystkimi, którzy broją nieprawość.

Nawrócą się ku wieczorowi: i będą mrzeć głód, jako psi,

* i będą chodzić około miasta.

~ Ps 58



Wszystko swoje – to nie paranoje. To fakty. Twarde



W mieście wychodzisz z (nie całkiem) własnych czterech ścian i konfrontujesz się z nie swoim.



Ergo: wszystko mieć swoje. Wszystko organizować samemu. Wszystkiego doglądać samemu.



Uczy nas tego nawet obserwacja z zakresu psychologii dziecięcej (i dorosłej przy okazji). Lepiej, aby każda zabawka miała swojego właściciela, który nauczy się dzielić, wymieniać, pożyczać, niż gdyby w zakresie zabawek panowała wspólnota własności (przez analogię do zabawek "publicznych"), a przy każdej próbie zmiany status quo ("Mamo, teraz ja będę się tym bawić") wybuchałaby ostra awantura.



Tylko swojego Kościoła nie da się założyć. Dzięki Bogu wcale nie potrzeba. Kościół jako jedyny nie zawiódł, nie zawodzi i zawieść nie może.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Muro tuo inexpugnábili circumcínge nos, Dómine,

et armis tuæ poténtiæ prótege nos semper.



Murem Twoim niezniszczalnym otocz nas, Panie,

a ramiona Twoje potężne niech strzegą nas zawsze.





Jak z dziećmi. Jak z pogubionymi dziećmi.



Nieoceniony i wciąż, zdaje się, niedoceniony Chesterton pisał o świecie respektującym Wiarę i zasady moralne tak: na szczycie przepaścistej góry jest sympatyczna trawka otoczona wysokim murem. Wewnątrz ogrodzenia dzieci bawią się bezpiecznie i swobodnie. To świat wolności duchowej i cielesnej – chronionej szacunkiem dla Bożych przykazań. Jest tarcza. Jest mur. Jest obrona. Inny obrazek: ten sam szczyt urwistej góry, ale muru nie ma. Wszystkie dzieci trwożliwie zgromadziły się blisko środka i nie śmią zrobić kroku w żadną stronę. To świat pozbawiony hamulców moralnych. Boi się, drży, tonie w beznadziei (mimo zewnętrznych pozorów i mimo powtarzania, jak bardzo ta kipiąca drwiną z Boga do~wolność jest wspaniała).



Tak to musiało mniej więcej wyglądać w roku 1939. Na wierzchu: rewelacja, żyć – nie umierać; Polska potęgą jest i basta! A naprawdę zaraz miało się okazać, jaką karę (między innymi za mordowanie nienarodzonych dzieci) wymierzy naszej nieszczęsnej krainie Pan Bóg i że wobec szatańskich sił, które się przeciw nam sprzysięgły, nic nie będziemy w stanie wskórać.



A osiemdziesiąt z okładem lat później? W kioskach czasopisma na każdy temat. Totalna specjalizacja: gazeta o pielęgnacji dolnego zawiasu tylnych drzwi samochodu po stronie kierowcy; magazyn wyłącznie o kwiecie paproci; seria tygodników poświęconych horoskopom dla szamana. Wszyscy piękni, otwarci – bogowie! Półki sklepowe uginają się od towarów, które naganiają nam wszędzie, gdzie to możliwe. Wiemy, że wiemy wiele, bo przecie jest z nami Pan Internet. Jako społeczność zamieszkująca granice między Odrą a Bugiem daliśmy się też stolerancić. Przybysze z Dzikiego Wschodu na ulicach widokiem codziennym, powszechnym. Czegóż chcieć więcej (oprócz pieniędzy)?



A jednak jakiś nie~pokój czuć. Królują totalniactwo, "tolerancja" oraz totalizator. Wielka trójka czasów dzisiejszych.



Totalniactwo, bo chcą nas inwigilować i jakże często na to pozwalamy. Dla naszego dobra, oczywiście: "Dla Twojego [kurczę blade, jestem z tobą, anonimowy zautomatyzowany głosie z infolinii po imieniu?] bezpieczeństwa rozmowa jest nagrywania. Jeśli nie zgadzasz się na jej rejestrowanie, zakończ połączenie". Pełna wolność – o tak! Można przecież nie czekać na połączenie z konsultantem...



"Tolerancja", która nosi wszelkie znamiona akceptacji najbardziej wyuzdanych i wykolejonych idei zdeprawowanej ludzkości.



Totalizator, bo rzesze liczą (zamiast na ciężką pracę – głównie nad sobą) na łut szczęścia, który pozwoli wybić się na jaką-taką zamożność. Nie – nie niezależność. Chodzi o to, by "wejść na kolejny level". Nawet kosztem unurzania się w długach.



A może liczą na to, że cały system zawali się w taki sposób, że zaciągniętych kredytów nie trzeba będzie oddawać? Czy szykowane nam przewartościowanie ma mieć charakter czysto ekonomiczny?



Na razie "budujemy" (tzn. nasi wrogowie wydają na ten cel kradzione nam w podatkach pieniądze) centralny port, szpital "narodowy"... Cały ogłupiony na własne życzenie naród buduje już nie tylko swoją stolicę, ale swój socjalizm na skalę krajową.



Jesteśmy w przededniu końca (pewnego rodzaju) świata.



A Polska? A Polska się (przynajmniej w pewnym sensie) skończyła



Koniec pewnego etapu. Rok 1989. Chwila podreżyserowanego entuzjazmu. A potem? Trzydzieści lat w plecy. I co mamy teraz, Grzegorze Dyndały (i inne)?



Skupienie na przyjemnościach cielesnych. Kraj zepsuty niemal do cna. Tylko że mało kto o tym wie. Mało kto o tym myśli. Mało kto myśli w ogóle. Mamy się gremialnie opamiętać ewentualnie po kolejnym obudzeniu z ręką w nocniku albo przynoszącym najświeższe, a jakże istotne nowiny dzienniku.


Polska 2020. Masówka. Wszyscy dostają z rozdzielnika to samo. Do szkoły wszyscy idą na punkt ósmą (albo i nie idą, bo odgórny nakaz zmienia tryb nauki rzeszom poddanych mu osób). Wpływ na miliony.



A "nasza ostatnia nadzieja", czyli kąfederaści?



Pisali niegdyś prace naukowe o aplikacji libertarianizmu i wygłaszali na cześć wolnościowizmu peany, ale najwyraźniej od pewnej chwili lektury i pisania mają już trochę mądrzejsze – stają się etatowymi politykierami, a światłe idee wsadzają sobie tam, gdzie światło nie dociera.



I kończy się potem jak zwykle: "Otwórzcie na nowo szkoły!" [państwowe], "Obiecujemy zdrowe szpitale!" [państwowe]; "Silna policja!" [państwowa] etc. – czyli postulaty stricte etatystyczne...



Jeden tam jest tylko porządny człowiek, ów pan doktor...



PSIA SMUTA Vol. XXX



Temat powraca jak trafiony bumerangiem pies (ooo! tego oręża jeszcze nie było!). Albo jak bumerang po trafieniu psa.



Nalepka na aucie: "Dwa serca – jedno bicie" okraszona sylwetkami człowieka i czworonoga. Powinno chyba stać: "Dwa mózgi – jeden nieczynny".



Psy jako substytuty dzieci. Wiadomo skądinąd, że powiadają, iż istnieją kłamstwa, wierutne kłamstwa i dane statystyczne, ale powszechna niechęć do przekazywania życia znajduje swoje przełożenie w liczbach. Psiejemy z dnia na dzień. Wolelibyśmy już dziecinnieć.


Pies na smyczy prowadzi panią. Waha się, w którą stronę skręcić. Właścicielka traci cierpliwość: "No, zdecyduj!".


Że też akurat tego zakichanego kundla, który ranek w ranek, popołudnie w popołudnie i wieczór w wieczór lata przez ulicę puszczony luzem przez roztargnioną trzpiotkę spod numeru 52, nigdy nie trafi wyjeżdżający zza zakrętu samochód? Aż by się o to prosiło. Nie widać, kto się zbliża zza węgła, bo gęste krzaki. Pies leci na oślep. Przecina jezdnię... I – na razie – żyje.



Przytulanie psów jak dzieci. Fuuu!



Ja, pan, i pies mój pan. Ustąp pierwszeństwa mi. Idzie się! Lata się luzem! O psie mowa, a pies tuż...



Na psa wyrok



A gdyby tak wywołać wśród psów (a jeszcze lepiej ich nieodpowiedzialnych właścicieli) zarazę? Czy próba fizycznej eliminacji problemu przyniosłaby na dłuższą metę raczej szkody czy pożytki?



Czy jakąkolwiek przyszłość ma próba wyperswadowania czegokolwiek nieodpowiedzialnym psiarzom po dobroci?



Może jednak zamknąć się – na swoich metrach, arach i hektarach – i z w miarę bezpiecznego wewnątrz obserwować rozwój sytuacji? Mam tylko spłachetek ziemi, ale przynajmniej na swoim terenie rządzę i ustalam zasady ja.



Gdyby nawet społeczeństwo powszechnie przejęło się ideami wolnościowymi i uszanowało wolę każdego z właścicieli każdego z kawałków terytorium składających się na Polskę – a psy nadal traktowanoby jak ludzi (zwierzę też człowiek; lub też raczej: człowiek też zwierzę) albo lepiej – sytuacja pozostawałaby głęboko chora. A jedyny plus byłby taki, że uznano by moje prawo do czynienia z moim, co chcę. Na moim terenie ja dyktowałbym warunki.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



I śmieszno, i skutecznie



Jak można by poradzić sobie dziś, w krainie absurdu, z wybranymi sytuacjami życia codziennego?



Petronela z Zerrem wpadli na pomysł następujący...: Tzw. "miasto" (tzn. władze cywilne "stolicy polskiej") wspierają finansowo i propagandowo rozmaite inicjatywy uderzające w życie i godność człowieka. Nasi bohaterowie zadali sobie zatem pytanie: jak uszczuplić kiesę Gamonia Trzaskalskiego – fizycznie ograniczyć ilość środków, jakie będzie mógł przeznaczyć na szerzenie zgorszenia? Ano tak, ano tak: zwierzęta, jak wiadomo, są istotami specjalnej troski i za przejazd komunizacją miejską nie płacą (dodatkowo, bo, wiadomo, na deficytowe państwowe/miastowe składają się w podatkach wszyscy). Petronela z Z3rrem postanowili więc występować jako duet człowiek/pies. Gdy tylko w metrze, autobusie czy tramwaju objawiał się kontroler, Z3rro przyjmował pozycję na czworaka i zaczynał skamleć. "Co to ma znaczyć?" – zdumienie kontrolera bywało bezbrzeżne, a głupawy wyraz jego twarzy podbiłby miliony witryn i zrobił w Sieci furorę. "On uważa się za psa" – informowała półgłosem Petronela. "Pani chyba żartuje?". "Nie, ja jak najbardziej serio. Skoro facet może udawać kobietę i wpisują mu to do dowodu, a nawet zmieniają PESEL...". W razie dalszych wątpliwości kanara uspokajała: "On nie gryzie"...



Ciekawe zresztą – zastanawiała się teraz na głos. – Do hoteli nominalnie dla ludzi psy się przyjmuje. A czy do hotelu dla psów przyjęliby człowieka?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Nam strzelać nie kazano...



...zrobiliśmy to z własnej inicjatywy.

Przy dźwiękach Oh Mercy Dylana, eliminowaliśmy zagrożenie po zagrożeniu. No mercy. Względnie mercy killing.



Baba z wózkiem z psem wolnobiegającym. Duży czarnuch. Zero kontroli. A jeszcze w razie postępowania litościwego, jakiejś próby dialogu, narażanie się na zarzut prześladowania psu ducha winnej kobieciny z dziatkiem w wózku. Dlatego no mercy. Względnie mercy killing.



Prediktor z upodobaniem stosował też metodę, którą rokrocznie przypominali mu napotykani w sylwestrowy wieczór psiarze:

Znowu będą tak strasznie strzelać. Psy się boją...



Nasz (nie)znajomy prowadził kanonadę co dzień. Ty szczekasz tak, że słyszę? Ja walę petardami tak, że ogłuchniesz – ty i twój właściciel, albo może raczej: ty i twoja własność.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Pewnego RAZu...


Obrazka nędzy i rozpaczy dopełniał ćwierkaczowy obrazek, w komentarzu do którego wspomniany już (a walący na wiorstę spełnianym dopiero teraz marzeniem o celebryctwie) Aleksander Rafałowicz pochwalił się, że napisał najlepszą, najzwięźlejszą, no, słowem: najwybitniejszą pod najszczerzej najlazurowszym niebem książkę na (za)dany temat. Do domu przyszła paczka najpełniejsza jej rąbiących jeszcze świeżością egzemplarzy. "Wszyscy domownicy się cieszą". I – trzask – fotografia. A na niej obok kupki (arcy)dzieł: mopsinek. Rozkoszna psina. Domownik, znaczy. Kto wie, czy nie kapitan całej tej łajby pod banderą "nowoczesnej endecji"? Tak czy inaczej warunek minimalny przynależności do kasty wybranych i nagłaśnianych Rafałowicz już wypełnił: uznał wyszczekanego gównołaza za członka rodziny. Istne High life / Bon ton / Savoir vivre / Pardon. Aha, i nie zapomnijmy o Bon appetit! (Szczególnie jeśli piesiunio na czterech łapach przytacha z dworu/pola do "rodzinnego" domu wyjątkowo cuchnącą kupę i zaszczyci nią sofę albo dywan. Albo jeśli po prostu zdefekuje tam – bez udziału kuporobnych psów trzecich).


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Nie wspominamy już o wspomnianym już duszożercy Powiatowym, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w ramach zawartego z Diabłem paktu sprzedał duszę swą nieśmiertelną w zamian za niezmiennie młodzieniaszkowaty wygląd i długie życie na ziemi.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Któż gotów jest światu nie ustępować? Ani w imię świętego Spokoju ("Zapłacę te 200, których się urząd ode mnie domaga, i dadzą mi św. spokój") ani w jakiekolwiek inne. Kto będzie prowadził walkę do upadłego w imię zasad?



Kto? Kto? kto? I tak przecież w większości jesteśmy najemnikami na usługach tych, którzy nas niewolą. To oni nas zatrudniają, to oni płacą nam pensje. Są w jakiś sposób panami naszych losów.


A zatem pytam: czy poddajemy się światu i stajemy się takimi, jak oni? W imię wygody, niewyróżniania się? A może dajemy się zamknąć (albo dobrowolnie zamykamy się) w nowowspaniałoświatowym rezerwacie? Choć tak naprawdę to nie my jesteśmy dzikusami, mimo że Dzikusami nas zwą.

You know what I mean?

We sincerely do hope so.



Czy jedyna metoda na swego rodzaju ucieczkę ze świata to zarobić/zarabiać na konszachtach ze światem, a potem za zdobyte tą metodą pieniądze budować swoje miejsce na ziemi? (Pachnie trochę metodą Romana Kluski).



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Każdy wodzem, każdy królem, każdy, każdy władcą sam



Każdy pan. Taki sobie panek. Taki SobiePanek pędzi samochodem. Można go po logo rozpoznać. Pędzi na złamanie karku swojego i współużytkowników drogi, bo za pożyczone auto płaci nie tylko od kilometra, ale i od minuty (ba! czy nie sekundy?). Z drogi śledzie, panek jedzie! O hulajnogach już wspomnieliśmy. Rowerowcy też atakują. Jadąc chodnikiem podzwaniają na pieszych! Zwalić takiego z bajka i nauczyć moresu! A psy przyczepiane pod halą targową do rurek miejsca parkingowego dla rowerów... Każdy na każdego (nie banda łysego).



I w tym wszystkim radź sobie pan, panie senior(ze). Udogodnienia takie, panie dzieju, żeby nikt czasem nie czuł się w potrzebie poproszenia bliźniego o pomoc albo milczącego dania mu szansy za uczynek zasługujący. Każdy jest panem, władcą, pięknym, sprawnym itd. Każdy wszystko może sam. Może rozbijać się na wózkach uprawiając inwalidzkie rugby. Może samemu pokonać każdą miejską przeszkodę. Każde wyzwanie. I tak w kółko. Sky's the limit? (Heaven's the goal!)

Tylko że jakoś człowieka w zasięgu wzroku nie uświadczysz...



Demokracja w pełnym działaniu. Wszyscy stali się najważniejszym człowiekiem w osadzie. Bijemy sobie oklaski!



Łatwość dostępu do każdego "publicznego" miejsca. Każdy dureń może z łatwością dojechać w każde (dostępne mu) miejsce i się tam PANoszyć. Pan Wielki. Mr. B.I.G.



Tam, gdzie mogę, i wtedy, kiedy mogę, pognębię bliźniego. Niech zna mores. Głośną muzyką. Inną szczekaczką. Czymkolwiek. Jak w PRLu. Ekspedientka w sklepie dowali klientowi tam, gdzie może dowalić, w zakresie udzielanych mu towarów. Mój własny odcinek destrukcji bliźniego. Wyżywacze się na innych.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Gdyby wszystkie Dębskie, Marzenny i Żołędne zaangażowały swoje siły po stronie Bożej, Stwórca mógłby im znacznie pobłogosławić i dać nam za ich pośrednictwem rozwiązanie niepokona(l)nych na razie problemów medycznych – z pożytkiem dla życia wiecznego dzieci i dorosłych. A tymczasem...



To jest

Prawdziwy dramat:

Że w kwestii prawa do życia każdego niewinnego człowieka na dowolnym jego etapie tzw. środowisko ginekologów gremialnie broni przepisów ludobójczych. To są ci, którzy powinni wiedzieć (i chyba bez wyjątku wiedzą) najlepiej i najdogłębniej, kto jest kim i to od samego początku.



To jest

Prawdziwy paradoks:

Żyjemy w świecie, w którym tak wielu osobom nie jest dane cieszyć się fizycznym rodzicielstwem. Chcieliby podzielić się z (potencjalnymi) dziećmi życiem, ale z jakichś powodów nie mogą. Niemniej jednak nie porywają się na Pana Boga, twierdząc, że istnieje coś takiego jak "prawo do dziecka". Znoszą swe cierpienie. Modlą się. Adoptują dzieci. Nie próbują dostosować prawa moralnego do swoich zachcianek.



A jednocześnie... A jednocześnie to świat, w którym tak wiele osób mogących zostać rodzicami wyrzeka się tego, nienawidzi rodzicielstwa, broni się przed nim rękami, nogami i spiralami. Mogliby, ale nie chcą.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Rajmund Żołędny przesądom raczej nie hołdował. No, chyba że chodziło o sytuację, gdy zapomniał czegoś, wychodząc z domu. Jeśli koniecznie tego potrzebował i wracał, nie mógł ot tak wejść, wziąć i wyjść z powrotem. Należało chwilę odczekać, najlepiej usiąść. Inaczej – nieszczęście murowane.



Ale tego, że z samego rana zostanie zbombardowany żołędziami – i to przez ukochany dąb – nie przewidział i nie wziął za omen. A może należało...?



Nie dalej jak miesiąc temu, nie dawniej niż miesiąc temu ktoś namazał mu na drzwiach jego własnego prywatnego domu wielkimi czerwonymi literami: ZAMIAST SIĘ WYPOWIADAĆ, IDŹ SIĘ WYSPOWIADAĆ. Not nice.



Stało się to zanim zainstalowano Żołędnemu ochronę. Opierał się temu, ale ostatecznie dał się przekonać. Choć z tyłu głowy pokutowało pytanie: "Po co to wszystko?". Ze strony "starej wiary" niczego się nie obawiał. Oni byli hałaśliwi, ale niegroźni. Więc – po co? Może ze względu na AK... Marzenna bała się ich panicznie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Między fałszywą bracią?



Z kim współdziałać w świecie, w którym krzyki wirtualnych Gerardów z Riwiery mieszają się z rozbiegunkowaną i ponoć realną internetową działalnością milionów osób, które pozwoliły sobie wmówić, że mają światu coś sensownego do powiedzenia?


Dariusz Dzierżyński i jemu podobni programowo potępiali przemoc jako taką ("Potępiamy każdy przejaw przemocy") – również stosowaną w obronie dobra, czyli w ataku na zło. W "obronie życia" zaś nie wahali się występować ramię w ramię z aktywnym sodomitą (i zamieszczać linków do jego ociekających zboczeniem stron) albo publicznie odmawiać różaniec pod patronatem niewiasty, która dopiero co opuściła swojego męża i rozpoczęła wspólne życie z "partnerem". Chwilę wcześniej anonsując ustami prezesa (wreszcie się prezesura udała!), że odbudowa normalności w Polsce polega na budowaniu zdrowych rodzin.



Tak, to jest wojna. Ale w tej wojnie trzeba uważnie patrzeć, kogo dobieramy sobie na sojuszników. Jedyną długofalowo solidną podstawę współdziałania może stanowić jedność religijna – wierność religii prawdziwej. A jeśli ktoś jest gotów "występować przeciw światu" wespół z niedźwiedziem-wesołkiem – i to bez łańcucha...



I ukrywa przed odbiorcami albo w ogóle nie rozumie, w jakim przede wszystkim celu trzeba dołożyć wszelkich starań, by każdy rodził się żywy...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



"We must remember that if all the manifestly good men were on one side and all the manifestly bad men on the other, there would be no danger of anyone, least of all the elect, being deceived by lying wonders. It is the good men, good once, we must hope good still, who are to do the work of Anti-Christ and so sadly to crucify the Lord afresh…. Bear in mind this feature of the last days, that this deceitfulness arises from good men being on the wrong side."
(Fr. Frederick Faber, Sermon for Pentecost Sunday, 1861; qtd. in Fr. Denis Fahey, The Mystical Body of Christ in the Modern World)



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Człowiek tak silny – a tak kruchy. Pokonuje wszystko – bariery, strach, siebie. People are amazing, nieprawdaż? A może raczej zdumiewająco często bywają zdumiewająco głupi i pozbawieni wyobraźni?



Śmierć, kalectwo, odwrócenie sytuacji o sto osiemdziesiąt stopni przychadzają niespodziewanie. Komu bije dzwon, komu Szumi wierzba?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Czy odrzekamy się anarchii i wszystkich spraw jej, czyli oświadczenie


Oświadczamy niniejszym, że wszystko, co dotychczas kiedykolwiek napisaliśmy i opublikowaliśmy, poddajemy pod osąd Kościoła. Jeśli coś jest z Magisterium sprzeczne, wycofujemy się z tego.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Biegam, krzyczę: Gdzie Hilary?



"Panowie, jestem katolikiem. O ile to możliwe, co dzień uczestniczę we Mszy. [Wyjmuje z kieszeni różaniec]. To jest różaniec. O ile to możliwe, co dzień klękam i go odmawiam. Jeśli odrzucicie moją kandydaturę ze względu na moje wyznanie, podziękuję Bogu, że oszczędził mi wstydu reprezentowania was".

~ Hilary Belloc

fragment przemówienia wyborczego

w Salford (protestancka Anglia) w 1906 r.



Belloc został wybrany. Po czterech latach obecności w parlamencie dobrowolnie zrezygnował z ubiegania się o kolejną kadencję, twierdząc, że skuteczniej zawalczy z systemem, znajdując się poza nim. Dał tym samym wyraźny sygnał, aby unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła. Idąc za przykładem Belloca, możemy twierdzić, że każdy szanujący się katolik powinien być nie tylko antysystemowy, ale pozasystemowy.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Wherefore, so long as justice be respected, the people are not hindered from choosing for themselves that form of government which suits best either their own disposition, or the institutions and customs of their ancestors.


~ Leon XIII, Diuturnum 7



In the Encyclical on political government which We have already quoted, they could have read this: 'Justice being preserved, it is not forbidden to the people to choose for themselves the form of government which best corresponds with their character or with the institutions and customs handed down by their forefathers.'


~ Pius X, Notre Charge Apostolique


A jednak się kręci?...


A zatem (co od początku rozumiało się właściwie samo przez się) nie ma zgody na anarchię (definiowaną w powszechnym rozumieniu) jako przyzwolenie na chuligańskie rozróby pod sztandarami nienawiści do Boga i Jego Kościoła; nie ma również zgody na anarchię w takim ujęciu libertariańskim, które przyzwala na publiczny kult Szatana czy też obnoszenie się z dewiacjami seksualnymi. Ale katolickie Santander mogłoby chyba liczyć na to, że zostanie przez Kościół powitane z radością.



Postulaty Manifestu katolickiej anarchii w znacznej części pozostają w mocy.



Dodalibyśmy może tytułem uzupełnienia, że jakiś ośrodek władzy, jakaś hierarchia, jakaś dominująca na danym terenie grupa i egzekwowany przez nią monopol na stosowanie przemocy → zaistnieją zawsze. Pytanie tylko, czy będzie to bezduszna urzędnicza machina państwa rewolucyjnego, czy też przekształcony z KPP (Katolickiego Państwa Podziemnego) organizm zbrojnie broniący ortodoksji i zwący się PPK (Polskim Państwem Katolickim).



Czy zgodne z katolickim pojęciem o państwie byłoby rozwiązanie następujące:



Stosujemy powszechnie rozwiązania wolnorynkowe, a państwo karze głównie za herezje

?



Jak w koncepcji Gabriela Syme'a: prawdziwie niebezpieczny jest niekoniecznie złodziej, który kradnie tylko po to, by tym lepiej samemu chronić nabytą tym sposobem własność, ale filozof przeczący samej idei własności. I to tych państwo (czy jak zwał grupę dysponującą monopolem na przemoc na danym terytorium) powinno zwalczać w pierwszej kolejności. Nie na darmo w pięknych czasach średniowiecza wroga duszy uznawano za niebezpieczniejszego od wroga ciała.



Ceterum censeo nigdy dość powtarzania za Norwidem: "gdyby, od czasu do czasu, zamiast całej ekonomii politycznej, umiano sobie zdać sprawę, gdzie i jak, i o ile przez całą pracę ludu jakiego przeprowadzona jest linia tego pokarmu, co trwa ku żywotowi, i ten naprzód popierano i utrzymywano... byłoby ubóstwo, a nigdy nędzy".



Wiara święta, durniu! I moralność, durniu! (To dla tych, którzy sądzą, że "Gospodarka przede wszystkim". Not economy, stupid!).


W szewskiej pasji / Szewska pasja


Ołtarze ich wywróćcie, i bałwany pokruszcie,

i gaje wyrąbajcie, i ryciny popalcie.

~ Pwt 7, 5


Jonasz Kiljański zwany Pasjonatem, kawaler, purysta, troszczył się również o czystość języka. Szewskiej pasji dostawał raz po raz. Jego trudno ukrywaną wściekłość budziła w głównej mierze świadomość obowiązywania w przepisach prawa oraz wypranych polskich mózgach pojęcia "obrazy uczuć religijnych". Jakich uczuć? Jakich religijnych? Zapis o "obrazie uczuć religijnych" oznacza w praktyce, że wolno stawiać w widocznym miejscu pomnik Szatana – bo nie wolno obrażać "uczuć religijnych" satanisty. Muezzin może publicznie nawoływać do swoich modłów – bo nie wolno obrażać "uczuć religijnych" muzułmańca. Ateista może bezkarnie niszczyć krzyże i elewacje budynków kościelnych – bo nie wolno obrażać "uczuć religijnych" bezbożnika. A wiadomo, że opinie, poglądy i "przekonania religijne" każdego są na wagę złota i nikogo nie wolno dyskryminować. Niechże się każdy wyszumi, pokaże, światu zaprezentuje.


Jonasz Kiljański zwany Pasjonatem, kawaler, purysta, karał za obrazę Prawdy. Obrażał przy tym "uczucia religijne" – i owszem, dumny był z tego. Fałsz nie ma żadnych praw. Tylko Prawda ma prawa. Cóż to jest prawda? – spyta zapewne większość osób przyznających się do narodowości polskiej, a jeszcze n [kilkanaście? (raczej chyba) kilkadziesiąt?] lat temu katolickiej.


Wrogowie Prawdy za szczególny cel swoich ataków wybrali Tę, przez Którą przyjdzie ostateczne zwycięstwo. Puszczająca oko Matka Boża Częstochowska, Madonna w masce z symbolem ubermenschen & uberfrauen i co tam jeszcze.


Zniszczyć – tak jak święty Benedykt spalił pogańską świątynię na Monte Cassino; tak jak święty Bonifacy ściął "święty" germański dąb; tak jak...


Jonasz Kiljański zwany Pasjonatem, kawaler, purysta, trudził się czasem komponowaniem anonimów z wyciętych z gazet literek – zdarzały mu się literówki; na przykład wtedy, gdy (w liczbie mnogiej) groził, że "podpalimy całą tą [sic! intended] waszą redakcję".


I to też zrobiliśmy. Wzięliśmy całą tę fabrykę kłamstwa, papieru i elektronicznych łgarstw w wysokie obroty, a uciekających z płonącego budynku poprawiliśmy obcasem. Niejednym. Na "wolność słowa" nie zważając.



Zresztą: furda "wolność słowa"! Co to pojęcie ma w ogóle znaczyć? Grzegorz XVI zwał je "szaleństwem". Bo i czy wolno i godzi się zezwalać na upublicznianie kłamstw o rzeczach najświętszych?



Ale nawet ta praktykowana dziś "do~wolność słowa" jest w tej swojej tak pieczołowicie hołubionej "do~wolności" jakaś kulawa. Cenzury na Mysiej już nie ma, lecz jakoś tak wszyscy poczuli się w obowiązku auto-się-cenzurować.



Któż, któż ośmieli się zaśpiewać publicznie w kościele taką strofę kolędy:



Nuż wy, przeklęci Żydzi,

Mowcie, co się wam widzi,

Zowiecie Jezusa synem cieśle,

W czym się barzo mylicie,

Przeuczyliście się.



?



A taki fragment wielkanocnej sekwencji:



Słuszniej wierzyć Marii świętej białej głowie,

Niż temu co plotą fałszywi Żydowie.



?



Tych passusów nie uświadczysz w (zdawałoby się) najbardziej tradycyjnych z tradycyjnych śpiewników czy książeczek do nabożeństwa. Nie wypada. Nietolerancja. I jakże tu zadzierać z narodem wygranym?



Wiadomo: zagraniczne media i łaszący się do nich rodzimi tfurcy zaraz rzuciliby się do kamer, mikrofonów, laptopów i nadali na cały świat kolejne mądrości o tym, jaki to w Polsce panuje antysemityzm.



Ale spróbować zmienić ten trynd; przekonać wykonawców pieśni i hymnów nabożnych, aby wykonywali oryginał, niczego nie przekręcając... Pobożne życzenia! Już tego próbowano. Dzień po wyłożeniu, jak się sprawy mają, wszyscy jak jeden mąż wykonali znaną sobie doskonale wersję zniekształconą. Tak mocno wbili nam ją już do głowy. I to niekoniecznie, jak to sugerował Kisiel, łopatą. Codzienne, cotygodniowe, rokroczne powtarzanie tego samego wypaczonego tekstu robi swoje.



"Dom nasz i majętność całą,


I Twoje wioski z miastami" – tak, Twoje. Czy Sodomie i Gomorze (również współczesnym) Pan Bóg błogosławi(ł)?



"Jezus malusinki leży nagusinki" – czasy niby takie wyzwolone, wyuzdane – a tu trzeba przerabiać nagość na "wśród stajenki"...



Ergo: niewolność słowa



Nie ma czegoś takiego jak obraza uczuć religijnych satanisty czy innego muzułmanina. Jest religia panująca, religia prawdziwa.


Nie ma miejsca na pomnik szatana. Nie ma zgody na pomnik szatana – choćby na terenie skądinąd prywatnym, a na pewno na taki pomnik, który byłby widoczny dla postronnych.



A dziś? Dziś nie ma to jak pomnik szatana w środku miasta. Pomnik "nieistniejącego". W przeciwieństwie do rodzimowierców, którzy zamiast w Swarożyca etc. – wierzą w "witalność", "siłę przyrody" itp. wyrażonka – i ani przez myśl im nie przejdzie uśmiechnąć się do swoich fantazji, Diabeł musiał się z niewierzących w jego istnienie zaśmiewać do rozpuku. A, to się zdziwią!



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


W bezbożnej polityce, Polityce, POLITYCE, a nawet Polityce rządzi w ostatecznym rozrachunku tępa brutalna siła. Liczy się li tylko przewaga militarna.


W tak zwanej polityce zagranicznej... Każdy zawarty sojusz, każda uroczyście podpisana umowa, każde solenne zobowiązanie – każde liczenie się z Dekalogiem – zostają złamane; żadne słowo nie jest święte, gdy idzie o zysk terytorialny, gospodarczy, finansowy. Wystarczy, że jedna ze stron politycznej gry dostrzeże swą szansę w – niesprawiedliwym, bo niesprawiedliwym – ale stłamszeniu drugiej i voila! Ostateczny krach systemu demokracji, monarchii etc. Wszystkie przysięgi, sztandary idą do kibla, pod buty, w kąt. Z tym, do czego się pisemnie zobowiązaliśmy, przestajemy się liczyć, uznajemy to za niebyłe – i co nam zrobicie? Miażdżymy obranego sobie przeciwnika – ot, cała filozofia.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Państwowa policja, państwowe służby specjalne, państwowe wojsko zawsze służą albo aktualnej władzy albo... sobie samym. Politycy się zmieniają, służby trwają. Szczególnie, jeśli trzymają w dokumentacji taki ordnung jak niemieckie; wyśledzą losy każdego, kim się interesują, do nastu pokoleń wstecz. "Firma" trwa.



Czy da się budować takie katolickie państwo, które nie da sobie w kaszę dmuchać – ale bez służb specjalnych – bez zatrudniania i skłaniania ludzi do kłamstw, manipulacji, zdrad etc.? Wymagałoby to wielkiej i konsekwentnej odpowiedzialności oraz czujności ze strony członków takiej społeczności – ale może nie jest niemożliwe?



Katolickie państwo jawne pod patronatem Gabriela Garcii Moreno? Czemu nie?



Bez wyjątków. Bez fałszywych dogmatów



Absurdy "przestrzeni publicznej" znikają z chwilą, gdy znika "przestrzeń publiczna". Koncepcja przestrzeni publicznej zasługuje na taki szacunek jak proceder uprawiany przez publiczną kobietę. Oczywiście, zaraz rozlegną się głosy, że prywatyzacja każdej piędzi ziemi to skandal, bo "dostęp do drogi publicznej", "dojazd do posesji", "ogólny chaos" i tak dalej. Aaa, że zaraz jakiś pieniacz zacznie złośliwie blokować innym możliwość przemieszczania się. A jak jest dziś?



Dziś jeden cham swoim chamstwem psuje cały "teren publiczny" – i co mu zrobimy?



Enklawy pseudonormalności w mieście – enklawy, do których udajemy się wyizolowanym z zewnętrzności autem, żeby nam się do środka miejska rzeczywistość nie wpakowała. Zamiast własnego lasu na własnej ziemi i lasu na własnej ziemi sąsiada i umówienia się z nim, że możemy ze swoich lasów wzajemnie korzystać – mamy jeden wielki las państwowy, w którym każdy prostak robi sobie, co chce, a (nie)odpowiednie służby swą biernością do praktykowania prymitywizmu zachęcają.


Sprywatyzować "parki narodowe" – a tak! I całą resztę.


Bezpsie przejście


Nie mam ochoty narażać się na kontakt z psami? Droga bez psów. Prywatni właściciele kolejnych działek umawiają się ze sobą określając reguły dostępu do kawałka ziemi sąsiada. Nawet jeśli na tym kawałku znajdzie się pokaźny odcinek wybudowanej już Autobahn.


There ain't no such thing as a free lunch – mawiają. To prawda, ale w przeciwieństwie do tego, czego chcieliby niektórzy, nie w tym znaczeniu, że zawsze i za wszystko trzeba komuś uiścić opłatę – bo ktoś może przecież ofiarować coś drugiemu z serca ochotnego – ale w tym, że, aby coś powstało, ktoś musi zaaangażować siły, wykonać pracę, włożyć wysiłek. (Poza wypadkiem cudów) lancze z nieba nie spadają. [Insert cheap joke here:] Lancie też nie.



Inne ZALETY PRYWATY


Gabinet ginekologiczny. Nie trzeba tak walczyć o duperele, o które wciąż muszą starać się lekarze w placówkach państwowych. Dostęp do pracowniczej toalety. Papier do drukarki. Niedziałający monitor.


To prawda, że w "sektorze prywatnym" problemy też bywają. Ale nie te. I nie opłacane przez wszystkich, czy tego chcą, czy nie.


I w tym momencie powracamy do zagadnienia pod tytułem: "Nie opłaca się leczyć «ciężkich przypadków»". Sam pan jesteś ciężki przypadek!


Czyli Pan Bóg tak działanie lekarzy wymyślił, że bez niesprawiedliwej przemocy i kradzieży się nie da, tak?


Przykład zagranicznych losów ustawodawstwa eutanazyjnego ujawnia nam ciekawą prawidłowość: najpierw wyrzuca się do kosza przykazanie pierwsze. Potem wyrzuca się do kosza siódme (pod pretekstem, że "nie każdego będzie stać" – i tak nie będzie [go stać, mimo państwowy przymus i składka "zdrowotna"]; i tak nie każdego byłoby stać, bo żyjemy w świecie po grzechu pierwrodnym – nigdy dość przypominania). Wreszcie wyrzuca się na śmietnik i piąte, między innymi dlatego, że utrzymanie niektórych ciężko chorych jest bardzo kosztowne.


Ale pieniądze przeznaczone na usługi medyczne skądś się biorą. There ain't no such thing as a free lunch – jak mawiają. Można ewentualnie udawać, że wszystko gra, zaciągając kredyty na koszt przyszłych pokoleń – albo przestać wreszcie udawać i przejść na system całkiem prywatny, nie zapominając o jałmużnie i usilnie namawiając do aktów miłosierdzia wobec chorych.


Komu starczy wiary, nadziei i odwagi, by wyrwać się z zaklętego kręgu?


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Zebrane do kupy (Psiarzowe/Psie dodatki)


A psiule?



Niech zagryzą się na śmierć na swoim prywatnym terenie. Niepublicznym. Ale od naszego terenu WARA! Jak na plakacie.



A dopóki jeszcze nie osiągnęliśmy stanu pełnej prywatyzacji?... Na razie...



Jak zło się zwalcza? Odpowiedź raczę dać. Na razie...



Pies szczeka na dzieci? Ginie... Nie nauczyli...


"Obiekt chroniony/patrolowany przez Armię Doga".


"JAK TRWOGA, TO DO dOGA" – hasło sprejowane.


Boleśnie przekonał się o tych nowych porządkach krajowych Berek Żydkowicz, ów osławiony kąfederasta, który, podobnie jak jego partyjni kolesie, miał w głowie, na głowie i na ustach głównie jeden i ten sam temat: ekonomia i podatki. Wy potworne durnie, gdzie miejsce na first things?


Aha, właśnie – to ten właśnie wspomniany Żydkowicz zapozował ze swoim ukokardkowanym pisiulem i po(d)pisem o "naszych pupilach". Nasi pupile, my ass. Wszystkie psy nasze są... A jak boleśnie się o dogoarmistach przekonał? Oo, bardzo.


Był pies. Nie ma psa! The dog is gone. The dog is gone forever. (There ain't such a thing as dogs' heaven).


O dwóch takich, co zabili kundla


Urządził sobie rajd przez Kampinos. Razem z pupilkiem. Traf, czy też palec Boży chciał, żeby tego samego dnia patrolował ów teren Z3rro. Zero tolerancji. Najniebezpieczniejsze zwierzę w Kampinosie to pies. Not any more. Z3rro urządza pupilkowi ground zero. Potem szpula w puszczę. I na parking. Umyślny podjeżdża autem, bicykl ląduje w bagażniku i heja bumbela. Mission accomplished. For the day.



Żydkowicz publikuje swoje zapłakane zdjęcie i dzieli się nim z użydkownikami indernetu. Skutek odwrotny od zamierzonego: zamiast fali żalu biadania nad safandułowatością Berka, z którego zawsze taki cwaniak, a tak się dał swemu psu załatwić.



Zatruwanie psiarzom życia



Strzedz musiał się też dzień w dzień, bo umyślni życzliwi umyślnie usiłowali częstować jego pupila niekoniecznie nieszkodliwymi preparatami. Za jedną kupę na trawniku, za jedno oszczekane dziecko – wet za wet. Veto i chowajcie się razem z waszymi zezwłokami do bud, w jakie zamieniliście wasze domiszcza.



A na razie?... Na razie...



Nękanie nasze codzienne



Zmusiliśmy wroga do działania na naszą rzecz. Zmusiliśmy psiarnię do dzialania.



Stali przy wejściu do lasu wypatrując nas, a przy okazji niejako siłą rzeczy zniechęcali psiarzy do wstępu swoją obecnością albo nawet walili mandaty. (W świecie, który zszedł ma psy, niektórzy funkcjonariusze patrzyli na wstępujących do lasu psiarzy z pobłażliwością. Nie chcieli ich wkurzać, a sami psy też mają). Ale zasadniczo zamiast ścigać zdeterminowanych nas, którzy zrowerowani ("społeczeństwo zmaterializowane") wkraczaliśmy do lasu w miejscu dowolnym, zajęli się psiarzami – żeby jakoś uzasadnić swoje sterczenie na posterunku przy wnijściu do ostępu. A psiarzom tych kilku kroków lub posunięć pedałów dalej (które robiliśmy my) robić się nie chciało, więc skupili się na razie na wzmożonym obsrywaniu terenów pozaleśnych.

Do czasu... Na razie...



Ale las był wolny. Chwila oddechu. I nie tylko ja tak myślę.



Skończyły się wyprawy autem na spacer z psem do lasu. Za łatwo mieli. Wszędzie dojechali tymi swoimi zakichanymi samochodami. Wygoda w polu i zagrodzie i w lesie. Kwadrans autkiem i już czworonożniak rześko i raźnie bieży po lasku. Do czasu. Urządzaliśmy im Psi mOrder. Już tak łacno nie ryzykowali.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Kto to robił? Kto to robi? Kto ma to wszystko robić?

Gdzie odważni kawalerowie? Gdzie nieżonaci, a niekoniecznie straceńcy? Żonaci też mogą być, ale cavaliers (naj)lepsi. Najmniej do stracenia mają.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Usłyszał kiedyś:

Dziękuję.


Polecam się – modlitwie – odparł.



Metoda anonimowa. Żeby mnie nie rozpoznali. Nawet ci, którym pomagałem. Promować SIĘ nie zamierzałem. A bywali mi dozgonnie, a nawet pozgonnie wdzięczni.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Znowu o psiarzach do znudzenia – powiecie, Państwo Drodzy Czytelnicy. Ty mi tu ciągle o tych psiarzach. "Ciągle to samo kazanie – ksiądz się powtarza". A czy ktoś usłyszał i, co ważniejsze, wyrył sobie w sercu i usłuchał tego, co kapłan od lat usiłuje wbić mu do głowy? Na początek niech zapamięta i spróbuje skorzystać z drogowskazu – potem zastosuje świadomie.



Powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać i powtarzać. Do znudzenia. Jeśli nie pozostało nam nic innego...



Bo inaczej czekają nas jak dotychczas codzienne i rocznicowe – w tym obowiązkowo w noc Kupały – psie i psiarzowe występy.

Nużące jak wylewające się z krwią flaki. Bo kto normalny za normę uznałby wychodzenie na dwór z pałką i oglądanie się raz po raz, czy zwierzyna łowno-agresywna nie znajduje się w naszym polu widzenia?

I albo to się zmieni, albo będziemy – jak dotychczas – spędzać upajające zapachem i widokiem wakacje w Zakupanem czy nad Moczem Bałtyckim.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Myślał: uszanują kobietę w ciąży. Nie uszanowali. Jeszcze obrzucili stekiem wyzwisk. W odpowiedzi nie uszanował żadnego z praw, do których prawo sobie rościli. Jak za Kazimierza Wielkiego: za nazwanie człowieka (a kobiety w szczególności) grubszym słowem, taka sama kara jak za morderstwo. Tzn....



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Chce się czasem przed niekiedy aż nadto kolorową i przykrą rzeczywistością uciekać w świat pseudorealny.


Życzy pan to? tamto? Prosię uprzejmie.


Moda na eksces? Jaką to nową głupotę wymyślą? Ale to ciekawe... Myślałem, że granice ograniczeń umysłowych już dawno osiągnięto, ale jednak nie. Wiem już, co się święci, a co nie; znam wszystkie układy i czego się spodziewać, wiem najdokładniej. Oglądam. Nie muszę, ale chcę.


A ja dla odmiany nie chcem i nie muszem. Nie potrzebujem. Wyłączam. Prewencyjnie nie włączam.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Po co płodzić, rodzić i wychowywać dzieci w takim świecie?


Poczucie bezsensu istnienia może się nam obecnie mocno dawać we znaki.


A tymczasem ktoś powinnien się chyba przygotowywać na to dobre, które nadejdzie. Nawet jeśli miałoby nadejść dopiero w rezultacie ostatecznego nadejścia Chrystusa.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Aha, oprócz tego, że własny dom, to obowiązkowo i duży teren wokół. I bezwględnie solidny płot. Good fences make good neighbours – jako rzecze Robert Frost. Naszym (dościgłym, miejmy nadzieję) wzorem niech będzie zdrowy dwór polski.


Zamiast uczestniczyć w ruchu przeprowadzania się na wieś po to, aby "robić [tam] miacho" i dziwować się, że jednak na prowincji nie wszystko dzieje się tak samo jako w metropolii, postarać się o wytworzenie zalążków małych wielkich ojczyzn lokalnych.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Jesteśmy skazani na działanie półtajne/półjawne – na razie...



Kiedy w ramach organizowania ordnungu posadowieni na miękkich fotelach tłustocieleśni funkcjonariusze państwowi wysyłają na ulice innych funkcjonariuszy państwowych – zamaskowanych, napakowanych, czarnoubranych – i ci w ramach pokazowej akcji "robią porządek" z jakąś chuliganerią, tłuszcza wiwatuje. "No, nareszcie"; "tak trzeba było od dawna"; "ktoś wreszcie robi porządek" (tego, że z tobą, durniu jeden z drugim, w razie potrzeby też "zrobią" w sekundę dziesięć "porządek", nie raczysz dostrzegać). A więc (jest) tak: sankcjonowani przez państwo rewolucyjne zamaskowańcy "robią porządek"; publika wiwatuje. "Ciekawe, co zrobił?" (Por. http://luke7777777.blogspot.com/2008/05/tumaczenie-per-bylund-nazwa-nie-czyn.html).



A gdyby tak porządek robili nasi? Katolicy?



Chesterton pisał (contra Rudyardum Kipling) o tym, że im bardziej butni i uzbrojeni stają się funkcjonariusze państwowi, w tym bardziej tchórzliwych i bezbronnych przedzierzgają się cywile. Aby uniknąć tego niebezpieczeństwa, najlepiej może tedy, by to sami cywile stali się egzekutorami prawa? Normalni ludzie robią porządek – o-to-to. A że zamaskowani? Któż teraz taki(m) nie jest?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Władzę bowiem ktoś zawsze "ma". W zakresie monopolu na przemoc na danym terytorium ktoś zawsze dzierży pałeczkę, a nawet pałę. Hierarchia (również w zakresie egzekwowania rozmaitych zachowań siłą) tworzy się. Siłą rzeczy. Taki jest ich naturalny porządek. Nawet jeśli w ramach tworzenia się tego porządku wskutek niewiary i grzesznego życia członków danej społeczności do władzy zostają wyniesieni złoczyńcy.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Mam dziewięć miesięcy i...



Błogosławiony człowiek, którego ty, Panie, wyćwiczysz:

* a nauczysz go zakonu swego.

Abyś mu ulżył ode złych dni:

* aż wykopają dół grzesznikowi.

~ Ps 93, 12–13



Tymczasem kopano grób kolejnemu niemowlęciu. I nasz przedstawiciel przy tym był.



Perpetua lubiła ścisłość. Zmarły – wbrew temu, co napisano na tabliczce przy krzyżu – nie żył wcale dwóch dni. Żył – umownie, bo do pewnego stopnia umownie, jako że o momencie początku nowego człowieka na pewno wie tylko Jeden – dziewięć miesięcy i dwa dni. Nie zdążył zostać ochrzczony. Obecni położne, lekarze, nikt inny – albo nie chcieli, albo nie wiedzieli jak. Był dramat.



Podobno żydzi i muzułmanie też miewali w zwyczaju dodawać te dziewięć miesięcy do wieku dziecka – co nie przeszkadzało im przyzwalać za niepożądanych nienarodzonych mordowanie. Na tym polu (podobnie jak w dziedzinie nierozerwalności małżeństwa) wyłącznie Kościół rzymskokatolicki i jemu wierni trzymali straż. Nikt więcej.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Tworzenie i niszczenie, czyli CathoAnarchist (Katharchrist) Cookbook



CO WOLNO W IMIĘ RELIGII PRAWDZIWEJ?


Inkwizytoria albo Inkwizytornia. Tak się zwali w uznaniu dla szacownej instytucji. Dawniej męczył ich katar. Z katarem sobie poradzili.


To wbrew pozorom nie był pomodernistyczny film, ani komiks, ani książka, ani very graphic novel. W grach komputerowych chodziło o to, aby "zanurzyć się" w zaprogramowanej dla nas przygodzie: "immerse yourself in the experience". Lecz nie o przeżycia tu chodzi, ale o to, w imię czego walczymy. RELIGION IS OUR EXCUSE & CAUSE.



To był REAL 24/7.



Walka z duszożercami. I my nie znaliśmy litości. Szarpaliśmy, szarpaliśmy, aż się czegoś konkretnego doszarpywaliśmy. Potem dokonywaliśmy egzekucji. Długów. Wobec Pana Boga i ludzkości.


LUDZIE DEMOLKI (imię: Demolka) I BUDOWY



Alojzy DeMolka adoptował. I pomagał adoptować innym. Pomagał nienarodzonym, rodzicom i opiekunom nienarodzonych, oraz już narodzonym oraz rodzicom i opiekunom już narodzonych pod hasłem "przyjmiemy każde dziecko". A w ogóle to chciałby się móc ze swoją działalnością uniepotrzebnić. Żył jednak w świecie po grzechu pierworodnym. Robił, co mógł.



Oprócz tego wszystkiego pamiętał, aby pamiętać o tym, że strzelać należy w głowę, bo coraz częściej noszą kamizelki kuloodporne.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Partia Integra / Integralni zamieszała na scenie przez piętnaście minut. To i tak długo. Medialna sława przeciętnie trwa minut pięć. Pojawiła się, ogłosiła, że chce w społeczeństwie demokratycznym i w trybie domokratycznym realizować postulaty katolickie, po czym sprawa przycichła, bo, jak na kraj ateistyczno-modernistyczny przystało, w Polsce postulatami katolickimi daleko się nie zajedzie; można się co najwyżej przejechać.



Xiądz Katorga też usiłował działać kanałami oficjalnymi. Naprodukował się, namęczył, po czym wszystko mu zbanowali, zlikwidowali i ocenzurowali. Wszystko w Sieci, oczywiście. To dobro, którego dokonał własnymi gołymi rękami oraz gorącym sercem i zimnym umysłem, bez większego rozgłosu; wszyscy ci ludzie, którym pomógł wyjść na ludzi – oni istnieli, oni trwali, oni byli. Gdyby ktoś się o to pokusił, można by ich wskazać palcem z imienia i nazwiska.



Potem przyszła pora na żeńców...



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Lecz jeźli uczynisz co złego, bój się;

bo nie bez przyczyny miecz nosi,

albowiem jest sługą Bożym:

mścicielem ku gniewu temu,

który złość czyni.

~ Rz 12, 4



I istnienie państwa w sensie powyższym – jako aparatu wymuszania pewnych konkretnych zachowań – jest moralnie uzasadnione, logiczne i dobre. Po prostu: z niektórymi nie da się postępować inaczej niż z dziećmi. Klaps – wbrew temu, co głoszą obowiązujące powszechnie bajędy psychologiczno-pedagogiczne – bywa bardzo potrzebny, wychowawczy i procentujący.



Karze, którą aparat przemocy wymierza winnemu – dla naprawienia krzywdy poniesionej przez skrzywdzonego i dla naprawienia krzywdziciela – może towarzyszyć modlitwa za złoczyńcę, najwyższa troska o jego dobro duchowe, zapewnienie mu asysty księdza. Ideał inkwizycji. Nieidealna, ale dążąca ku ideałowi inkwizycja.



Żeńcy nie od parady nosili miecze. To znaczy nie miecze w sensie dosłownym, bo miłości do Tradycji nie rozumieli jako wyrzeczenia się nowoczesnych środków przymusu bezpośredniego i ograniczenia do nauki fechtunku. I mimo na pół tajnego charakteru działania zaczęli tworzyć zręby czegoś, co można by nazwać państwem katolickim. W sferze gospodarczej wolność i swoboda – czynimy sobie ziemię poddaną, rośniemy w siłę i żyjemy coraz dostatniej. W sferze moralności – rygor, dyscyplina, surowość. Tak było zawsze – w najbardziej światłych epokach rozwoju ludzkości podług myśli Bożej.



Narzucić rozwiązania katolickie – o to nam chodzi.

Siłą. Bez przyjemności. (Bo wolałoby się, aby ludzie po dobroci otworzyli umysły i zrozumieli, że tego się od nich oczekuje dla ich własnego pożytku wiecznego i doczesnego). Ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



A tymczasem... A tymczasem ktoś, z kim moglibyśmy nawiązać współpracę, i kto wyglądał na rozsądnego, poszedł na Srajk Kobietonów. Jako gość/uczestnik/zaproszony mówca. Przemówił.



"Nie przyszedłem pani nawracać"


Choć zaczął od "Niech będzie pochwalony" – kto? – "Jezus Chrystus" – dodał, to, w przeciwieństwie do św. Franciszka, który natychmiast po dotarciu przed oblicze sułtana wezwał go do nawrócenia na prawdziwą religię – SePitol zaczął mówić o zagadnieniach od Wiary odległych. AutoKomentując potem swój występ powiedział o tym, że organizatorka sabatu, w którym wziął udział, to bardzo sensowna kobieta, mówi mądre rzeczy ("tak jak i ja", niektóre te same), dosyć lubimy się, choć to stosunkowo nowa znajomość, fajna jest w sumie okej i superekstra. Maszerujmy więc ramię w ramię ku tęczy świata nowego, albo: ku słońcu nowego porządku światowego.


Wypowiedzenie przez SePitola chrześcijańskiego pozdrowienia w tym właśnie kontekście sytuacyjnym podchodzić może pod używanie Imienia Bożego nadaremno...


Ave, szatanie» – ale powspółpracujmy". "Ja rozumiem, że hitleryzm, stalinizm, maoizm, że występują tu pod znakiem swastyki, czerwonej gwiazdy, fartuszka i kielni, ale to sympatyczni, rozsądni ludzie. Więc się spotkajmy, a potem wspólnie [by użyć słów, które Mrożek włożył w usta dwóch osiłków o twarzach niezdradzających zbytniej inteligencji, natomiast dzierżących w łapach grube pały] «chodźmy gdzieś i zróbmy coś»".


Deklarowanym celem "błyskawicznych" i motorem ich działania jest dążenie do utrzymania zezwolenia na mordowanie pewnej grupy niewinnych ludzi. I SePitol o tym wie.


Górolu, czy ci nie żal, że tak się pomyliłeś? Masz swoje pięć minut sławy. Widzisz doczesne, cielesne, ekonomiczne skutki swojego działania. etc. Ale będą za tobą, górolu, do grobowej deski, szły te spiżowe, wykute w łączach internetowych słowa: "Ani słowa w obronie dzieci nienarodzonych". I twój wspólny z postulatorami bezkarnych morderstw publiczny występ. I mam nadzieję, że stojąc u bram Nieba będziesz miał się jak świętemu Piotrowi wytłumaczyć...


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Mogę działalności πsuarów nienawidzić – ale to nie znaczy, że mam być głupi i dać się wtłoczyć w pseudologikę pseudowyboru: albo πsuary, albo postrzelone feminazistki. Wybierając wspólny z feminazistkami występ, SePitol właśnie dał się w taką kłamliwą dychotomię wtłoczyć. I nas też usiłuje.


Wielkie podzielenie (Poland @ war with itself) | "Nie dzieli nas nic", czyli o budowaniu murów



"Wojna polsko-polska" – "byle do niej nie dopuścić". "Nie dajmy się podzielić". To hasła "ugłaskiwaczy", którzy zdają się zapominać, że między nami, Polakami (tzn. osobami przyznającymi się do narodowości polskiej), W SPRAWACH NAJWAŻNIEJSZYCH JUŻ ZAZNACZAJĄ SIĘ GŁĘBOKIE PODZIAŁY. I to poniekąd bardzo dobrze. Trudno uznać za zły i niepożądany rezultat całej sprowokowanej przez Kaczamamę sytuacji fakt, że (choć to doba koronaświrusa) maski opadły. Wiemy już mniej więcej, kto w kwestii prawa każdego niewinnego człowieka do życia (sprawie nie najważniejszej, choć szalenie istotnej) reprezentuje stanowisko Boże, człowiecze, katolickie. Możemy się policzyć. Jest nas może, moooże dziesięć procent. I podział niekoniecznie idzie tu po linii "podający się za katolików vs. inni".



Kto napisał w necie prawdę? Ta wychodząca z zasad logiki ateistka, która uznała zdroworosądkowy argument medyczny, nie pozwalający odmawiać człowieczeństwa i prawa do życia niewinnemu komukolwiek (a szczególnie komuś, kto jest jeszcze bardzo mały, choćby był "groźny", "chory" lub "był skutkiem czynu zabronionego").



Kto zrozumiał, o co w całym sporze zasadniczo chodzi? Jedna feminazistka, która skonstatowała – pełna oburzenia – że "wam chodzi tylko o chrzest. Żeby dziecko się urodziło i można było je ochrzcić". Tak jest, taka jest nasza główna motywacja. I szkoda, że te słowa prawdy nie padły z ust, o ile dobrze pamiętamy, NIKOGO INNEGO. Nikt inny jakby tego nie zauważył.



Clou problemów dostrzegły (słownie i dosłownie:) dwie osoby. I to wcale nie katoliczki.



Wynika to chyba w wielkiej mierze z faktu, że ci, których chcielibyśmy uważać za "naszych", zastanawiają się przede wszystkim nad tym, jakie w danej sprawie należy zająć stanowisko z punktu widzenia strategii, taktyki, polityki, "skuteczności" – a nie z punktu widzenia wiary katolickiej. Kościół nie zawahał się "stracić" Anglii dla wierności jednej, "drobnej" (zdawałoby się) sprawie nierozerwalności małżeństwa. Czy stać nas na podobną postawę?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



"I nie było już niczego"



"Cała Polska" śmiała się ze swetra Ikononowicza, gdy ten z powagą godną lepszej sprawy deklarował, że za jego rządów "nie będzie niczego". Ale kiedy politycy w nieco innym niż swetrowe odzieniu faktycznie prowadzą swoim postępowaniem do tego, aby w Polsce nie było literalnie NICZEGO, to to są poważni i poważani mężowie stanu. Chyba nadzwyczajnego. Albo zagrożenia.



Z Liddera, gdy powiedział, że kalifowie w Chlewkach, też się "cała Polska" śmiała. Dopóki nie okazało się, że coś jest na rzeczy.



Lidder zginął ostatecznie chyba niekoniecznie za Prawdę, ale małe partykularne interesiki, który mogły komuś zaszkodzić. Kulturalnie się zabił jak wielu innych.



Ginęli w większości za prawdy, prawdki i półprawdki. Za Prawdę ginął mało kto. Musiałby kto naprawdę zaleźć wiadomym siłom za skórę, żeby postanowiły wykończyć człowieka fizycznie [przy okazji gnojąc(,) jak tylko się da]. Lepiej takiego niewygodnego przemilczeć lub wyśmiać, spowodować, aby Prawda nikogo nie obchodziła. Dużo skuteczniejsze niż ryzykowanie przysparzaniem światu nowych męczenników.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Panie premierze, kiedy będzie lepiej? Lepiej już było!

Panie premierze, jak żyć?


Jak żyć? Jak żyć

W świecie, w którym słowa straciły sens


W którym funkcjonuje (dla odróżnienia jej od "rzeczywistości wirtualnej") termin taki jak "rzeczywistość realna"? Czym się "rzeczywistość realna" różni od 'rzeczywistości po prostu'? W świecie, w którym ktoś taki jak 'katolik' istnieje na równi z 'katolikiem integralnym'. W którym "zdradzić" nie oznacza już nawet [sic!] 'nie dochować wierności małżeńskiej', ale (co, zdaje się, wśród nastolatków popularne) 'grzeszyć nierządem z kimś innym niż w zeszłym tygodniu'.


W świecie, w którym wszystko – dosłownie wszystko – napakowane jest zabawnymi triviami – drobnostkami, które starają się spenetrować nasz mózg, zawładnąć znaczeniami słów, których używamy, ukształtować nasz słownik – w którym filmy konstruuje się z szatańską wersją horroris vacui: wszędzie wtrynić coś "znaczącego", "śmiesznego"; najlepiej żeby widz analizował "dzieło" klatka po klatce; są specjalne strony internetowe poświęcone takiej wnikliwej analizie zabawnych błędów, mistrzowskich posunięć, technicznych majstersztyków stosowanych w twórczości złej, brudnej, niemoralnej. Wciągnijmy ptaszka, niech mu się zdaje, że to są wszystko zdrowe zwyczaje. A tymczasem dzień w dzień tapla się w bagnie.


Niegdyś Andrzej Krzysztofowicz powiedział, że 99% filmów mogłoby nie powstać i nie byłaby to żadna strata. Wtedy sądziłem, że znacznie przesadził. Cóż to – ledwie jeden na sto wytworów z kategorii dziesiątej muzy nadaje się? Dziś stoję na stanowisku, że znacznie niedoszacował. Stawiałbym na to, że filmowe produkcje niemoralne, tj. zachwalające zło, a drwiące z dobra, wulgarne, pornograficzne, szkodliwe stanowią 99,999999999% całego "dorobku" światowego kina.


W świecie, w którym całe sztaby opracowują treść jednego billboardu; w którym spece od reklamy zarabiają ciężkie miliony za wymyślanie naprawdę niekiedy wymyślnych kampanii (cf. Tomasz Szasz o militaryzowaniu języka medycznego) reklamowych, które służą pomysłowemu opchnięciu większej ilości towaru, przy okazji rzucając dowcipem prymitywnym lub błahym.


Nam też zdarza bawić się słowem, tylko mamy nadzieję, że w dobrej sprawie...


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Panie wicepremierze, jak żyć?, czyli:

Igraszki z Jarkiem


Fakt, że kobietony wyszły na ulice z poduszczenia i z – jeśli godzi się użyć takiego określenia – błogosławieństwem zwanego Kaczamamą Jarkosława, który prowadzi cyniczną polityczną grę – nie zmienia faktu, że ktoś na te ulice wyszedł: konkretne dusze nieśmiertelne i śmiertelne ciała, którym (p)omyłkowo przyznawano nad duszami pierwszeństwo.


Któż by się takiego rozwoju zdolności manipulatorskich Jarkosława spodziewał trzydzieści lat temu? Od nocnej zmiany do dobrej zmiany. Że to nieledwie sumienie narodu ("w klubie PiSi nie ma żadnych agentów eSBi i może dlatego był tak nielubiany") objawi się jako cyniczny gracz, który lekkim gestem bierze na swoje sumienie krew setek i tysięcy dzieci zamordowanych? A może Dżei Ei Kei ["You're no JFK" (którego, swoją drogą, też naśladować nie zalecamy)] takim perfidnym graczem był cały czas, a w ostatnim czasie tylko objawił to światu w pełnej krasie? "W klubie PiSi nie ma żadnych agentów eSBi". "Marna pociecha – jak to skomentowano – że w klubie esbeków nie było, skoro znaleźli się tam agenci Szatana..."


Przebrała się miarka miłości do (ew. litości dla) Jarka

(Dla niektórych wcale nie...)


...bo przyjmują taką zasadę: "Skoro robi to Jarkosław, to to jest dobre". Idą w zaparte. Przypomina się pewien komentarz liturgiczny: "Arcybiskup Lefebvre mówił słowa konsekracji tak, że wierni mogli to słyszeć, mimo że przepisy mówią inaczej. Ale ktoś taki jak arcybiskup na pewno wiedział, co robi". I idzie w zaparte.


Co wy sobie ro(b)icie?


Przemieszanie z poplątaniem.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


To, że Mr. JAK spowodował, że ci, którzy idą za nim na ślepo, muszą siłą rzeczy wyrzec się zasad katolickich – to jedno; że zdołał przekabacić na stronę bezrozumną lwią część swoich krytyków – to drugie i może boleśniejsze.


Co sobie ro(b)imy


Wyrazem tego, jak bardzo Jarkosław załatwił niemal wszystkich, jest komentarz poniższy:


"Dopiero po odzyskaniu wolności przez naród będzie możliwy zakaz aborcji. Chociaż moim zdaniem zakaz jest mało istotny. Wysokie podatki, niesprawiedliwość i bieda to główne powody aborcji i tak było zawsze. Dodać do tego można zabieranie władzy rodzicom nad potomstwem. Możemy sobie uchwalić w prawie, że jesteśmy narodem świętych, ale bez zmiany systemu aborcja stałaby się jeszcze bardziej masowa. Spójrzmy na Włochy, gdzie histeryczne działania prolajferów Białej Armii doprowadziły do całkowitej klęski. P**** [wygwiazdkowanie od Red. WiWo] walczy z wywłaszczeniem, które jest groźniejsze niż całe LGBT i aborcja. Walka nie polega na mówieniu jak Kaja Godek (która przyczynia się swoim postępowaniem do pełnej legalizacji aborcji), tylko na skutecznym działaniu. Jeśli wróg chce, żebyś mówił, wtedy milczysz – czekając aż będzie czas. Możemy wyciągać wnioski z porażek innych, a ponieważ jesteśmy ostatnim krajem do podbicia, to mamy dużo przykładów, czego nie robić. Pozbawienie własności to kompletna klęska nieodwracalna" – tyle na początek Drogi Adwersarz.


POZBAWIENIE SUMIENIA – TO JEST KLĘSKA, proszę Pana Adwersarza.


Pomysł, żeby decyzję o tym, czy targnę się na życie spłodzonego przeze mnie dziecka uzależniać od mojego SUBIEKTYWNEGO poczucia, czy akurat jestem w sprzyjającej sytuacji finansowej – i żeby w ogóle prowadzić rozważania o targnięciu się na życie kogoś, z kim życiem już się podzieliłem – należy do gatunku absurdów piętrowych. Nie przeczę, że większość tzw. społeczeństwa katolickiego stanowiska katolickiego w kwestii prawa każdego niewinnego człowieka do życia nie podziela. Tym silniejszy argument za tym, aby z tymi bezmózgami/nieszczęśnikami nie dyskutować, tylko im wolę Bożą w tym zakresie po prostu narzucić przemocą. Jeśli są za głupi i zbyt nikczemni, by przyjąć to rozumem i sercem.



A czy Ty osobiście podjąłbyś w ogóle ROZWAŻANIE, czy spłodzone przez siebie dziecko zabić, czy nie – gdybyś znalazł się w sytuacji brutalnego ucisku podatkowego ze strony funkcjonariuszy państwowych? W sytuacji, w której nikt i niczyja własność nie mogą być pewne dnia ani godziny? (A taka jest dziś nasza, Polaków, sytuacja). Jeśli tak, to wymordujmy wszystkie dzieci jak leci i po kłopocie.

Na kij chronić własność, skoro w świetle "prawa" można bezkarnie zamordować kogoś, kto mógłby z tej własności skorzystać?


I niech nikt nam tu nie wyjeżdża z twierdzeniami, że lekceważymy kwestię ekonomiczną. Rzut oka na historię WiWowych publikacji jasno pokazuje, że sprawę gospodarki traktujemy poważnie. Choć patrzymy na nią raczej od strony moralnej niż "pragmatycznej". Zawsze bardziej interesowało nas, jaka prawda, jakie przykazanie, jaka ustanowiona przez Stwórcę norma stoi za daną regulacją życia gospodarczego, niż to, komu przywalić podatek 15%, a komu 45%.


Zresztą, cała ekonomia jest względem norm moralnych bezsprzecznie wtórna, a że durna publika tego nie pojmuje...


"To było trzeba działać, a owego nie opuszczać" (Mt 23, 23).



Jeśli Pan Bóg miałby w jakiś sposób oszczędzić nasz kraj w chwili nadchodzącego ucisku, jakiego jeszcze nie było, to raczej dlatego, że (przynajmniej na poziomie deklaracji i na poziomie regulacji prawnych) postawilibyśmy sprawę jasno: "żadnych morderstw – bez wyjątków" niż dlatego, że przesunęlibyśmy tę sprawę na plan dalszy w imię złudnej "skuteczności".



Ułuda skuteczności. Gdyby było tak, jak pisze nasz D.A. i otwartość na każdego nowego człowieka oraz szacunek dla jego praw były wprost skorelowane z zamożnością społeczeństwa, to do najmniejszej liczby morderstw na nienarodzonych dochodziłoby w krajach najbogatszych. A wszyscy wiemy, że tak nie jest. Stany Zjednoczone. "Europa" (geograficznie jeszcze Europa, ale moralnie i kulturowo nawet nie podAzja) Zachodnia. I tak dalej.



"[Z]abieranie władzy rodzicom nad potomstwem"... Rozumiemy, że wyrazem normalizacji sfery życia rodzinnego jest utrzymywanie status quo, w którym rodzice, a jakże, mają władzę potomstwu niesprawiedliwie życie odebrać? Trzeba mordowania "przynajmniej na razie" nie zakazywać i ewentualnie "czekać na lepszy moment"? Który nastąpi kiedy? Jakie są kryteria? Kiedy przeciętny dochód na głowę Polaka będzie wynosił XXX PLNów? Trzydzieści uncji złota? Wtedy i dopiero wtedy przypomnimy sobie, że istnieje coś takiego jak piąte przykazanie?



To jest wojna. Ta wojna toczy się cały czas, niezależnie od manipulacji Jarkosława. Możemy wybrać albo hańbę, albo wojnę. Jeśli wybierzemy wojnę, Pan Bóg cały czas błogosławi wierniejszym batalionom. Jeśli wybierzemy hańbę i ułudę pokoju [i, oczywista, "rozwoju gospodarczego", bo "gospodarka (oprócz zdrowia, rzecz jasna – w świecie doczesnym, rzecz jasna) jest najważniejsza"], wybierzemy hańbę, a wojnę będziemy mieli i tak. Tylko że podejdziemy do niej z pozycji przegranych zgniłych kompromisowców i tchórzy.



"Możemy sobie uchwalić w prawie, że jesteśmy narodem świętych"...


Tego sobie nie uchwalimy, bo jak świat światem po grzechu pierworodnym do wystąpień przeciw prawu Bożemu dochodzić będzie. Pytanie tylko, czy państwo ma być do grzechu podnietą, czy jednak w jego czynieniu przeszkodą?


Społeczeństwo średniowieczne nie dlatego było od dzisiejszego zdrowsze, że wszyscy jak jeden mąż postępowali w tamtych czasach cnotliwie, ale dlatego, że głoszone publicznie i uznane za obowiązujące normy były oparte o moralność katolicką.



Ideału na ziemi nie osiągniemy, ale dostaliśmy zadanie do ideału dążyć.


"...ale bez zmiany systemu aborcja stałaby się jeszcze bardziej masowa".



Skąd taka pewność?

Pewne natomiast, że powyższego argumentu chwytają się jak brzytwy zwolennicy (niepenalizacji) mordowania nienarodzonych. Niepenalizacji – bo, oczywiście, każdy kocha dzieci i "wszystkie dzieci nasze są", ale są "specyficzne sytuacje" oraz "dramaty" i wtedy mordować można.



Gdyby miało być tak, że obowiązujące prawo nie wpływa na zachowania poddanych mu osób, nie kształtuje ich, to należałoby w ogóle zlikwidować kodeks karny. Znieść kary za morderstwo nie tylko nienarodzonego, ale za morderstwo człowieka widzialnego gołym okiem. Przecie mimo kary i tak znajdą się zawsze osoby gotowe targnąć się niesprawiedliwie na życie bliźniego. Przestańmy delegalizować kradzież – zawsze i tak znajdą się jacyś złodzieje. Tak jest: znieśmy cały kodeks karny, bo w świecie po grzechu pierworodnym przestępstwa były, są i będą.



A tymczasem...



"[...] przełożeni nie są na postrach dobremu uczynkowi, ale złemu. A chcesz się nie bać urzędu, czyń, co jest dobrego, a będziesz miał chwałę od niego.

Albowiem jest sługą Bożym tobie ku dobremu. Lecz jeźli uczynisz co złego, bój się; bo nie bez przyczyny miecz nosi, albowiem jest sługą Bożym: mścicielem ku gniewu temu, który złość czyni.

Przetóż z potrzeby bądźcie poddani, nie tylko dla gniewu, ale téż dla sumnienia".

~ Rz 13, 3–5


Nie lekceważąc więc wezwania i dążenia do "zmiany sumień", nie ograniczajmy się; nie ograniczajmy naszych oczekiwań względem regulacji prawnych, które współkształtują sumienia. Również sumienia niektórych prymitywów, do których przemawia(ła dotychczas) wyłącznie tępa siła. I strach, i trudność osiągnięcia czegoś albo brak środków finansowych. Niech łamanie prawa Bożego wiąże się z ryzykiem również w wymiarze kodeksu karnego.



Skutki czynu zabronionego

Infamia i banicja


"Aborcje i tak będą" – brzmi papugowany argument przeciw penalizacji tej zbrodni. Nie stroni od niego również nasz Drogi Adwersarz, który nie ustaje:


"[Temat prawa człowieka nienarodzonego do życia] [j]est drugorzędny wobec nadchodzącego niewolnictwa, rozbitych rodzin, samobójstw, śmierci uleczalnie (!) chorych dzieci i dorosłych w karetkach, a w efekcie fizycznego unicestwienia naszego narodu. Temat aborcji stłumił protesty w obronie dzieci wyrzucanych ze szpitali, bo jest COVID (w tym noworodków nieochrzczonych, które umierają bez opieki lekarza), protest matek, które urodziły i zabrano im dzieci i pozbawiono kontaktu z nimi, bo COVID, stłumił protest rolników, przedsiębiorców i myśliwych i szykujący się protest lekarzy. Teraz ci, co mogli dojść do władzy i wprowadzić m.in. zakaz aborcji, ale też setki ważniejszych zmian niż temat aborcji, bronią kościołów i są przedstawiani jako wspólnicy obecnej władzy i będą rozliczani za jej przestępstwa. Ważniejsze od zmiany prawa była zmiana sumień ludzi, a tutaj mamy absolutną klęskę i prolajferzy się do tej klęski przyczynili. Przecież żeby wywołać poronienie wystarczy [...] [fragment opuszczamy; D.A. podaje tutaj kilka "chałupniczych" metod mordowania nienarodzonych dzieci] albo pojechać do Niemiec, jeśli ma się pieniądze. To rozbite rodziny, zamordyzm, nędza, wysokie podatki i niewolnictwo/wyzysk są odwiecznymi przyczynami aborcji, a nie prawo lub jego brak, ale prolajferzy tego nie rozumieją".



"Aborcja i tak będzie". Ale nie u nas. Na pewno nie będzie odbywała się z błogosławieństwem, za pozwoleniem, z przymknięciem oka i mrugnięciem okiem [wicie! rozumicie! (jak jest)] katolickich władz publicznych. A jak mordujesz za granicą, to W*P*E*D*L*Ć! Nie chcemy tu morderców i wspólnikow morderców. Banicja. Won!



Nie wzywamy do braku roztropności, ale do tego, by powstrzymać się od rezygnacji z publicznego głoszenia zasad moralnych (i pilnowania ich właściwej hierarchii – patrz zdanie D.A.: "zakaz aborcji, ale też setki ważniejszych zmian") w imię mglistych i podejrzanych "skuteczności" oraz "pragmatyzmu".



Trzeba kształtować sumienia na różne sposoby – również za pomocą kodeksu karnego i surowego egzekwowania zakazu morderstw.



"To było trzeba działać, a owego nie opuszczać." (Mt 23, 23) – powtórzymy.


[Addendum: "ci, co mogli dojść do władzy i wprowadzić m.in. zakaz aborcji, ale też setki ważniejszych zmian niż temat aborcji, bronią kościołów i są przedstawiani jako wspólnicy obecnej władzy i będą rozliczani za jej przestępstwa" – nasz D.A. pije tu zapewne do zachowania kąfederastów oraz sprzymierzonych i ich sympatyków, którzy najpierw (niektórzy) wiwatowali pod siedzibą Trybunału Konstytucyjnego, potem pomiarkowali się, że może się taki wizerunek ugrupowania niekorzystnie odbić w sondażach, więc nabrali wody w usta (niektórzy), potem opowiedzieli się publicznie (niektórzy) za dopuszczalnością mordowania nienarodzonych w wybranych przypadkach, potem poszli (niektórzy) "bronić kościołów" – tj. budynków przejętych przez antykatolickich (wbrew nazwie, którą się posługują) uzurpatorów, wykorzystywanych obecnie na cele kultu przez uznających hierarchię Novus Ordo za prawowitą władzę Kościoła. I z tych tytułów niektórzy mogliby okrzyknąć ich wspólnikami πsuarów w niszczeniu Polski. Ot, polityka demokratyczna. Ot, myślenie "polityczne". W zamyśle naszego D.A. kąfederaści winni w sprawie dzieci nienarodzonych milczeć, zamydlić wyborcom oczy wizją "gospodarczego odrodzenia" (bo "gospodarka najważniejsza"), wyjechać na grzbietach zdeprawowanego, zmylonego i pomylonego w zakresie hierarchii ważności spraw narodu do władzy, po czym – siup! – wszyscy staniemy się piękni i bogaci i nikt nie będzie już niesprawiedliwie nastawał na niczyje życie. No (i) masz!].


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Kilka luźnych i rozluźnionych uwag w kontekście uwag D.A.:



"[Temat prawa człowieka nienarodzonego do życia] [j]est drugorzędny wobec [...] samobójstw" → aha, a nam się zdawało, że samobójca to jednak sam podejmuje decyzję o targnięciu się na własne życie, a nienarodzone dziecko takiego wyboru nie ma.



"[Temat prawa człowieka nienarodzonego do życia] [j]est drugorzędny wobec [...] fizycznego unicestwienia naszego narodu" → aha, a nam się zdawało, że morderstwa na nienarodzonych to też jest fizyczne unicestwianie narodu.



Że "temat aborcji" został w konkretnym momencie przez Kaczamamę wywołany i wykorzystany? – nasza w tym wina, że dopuściliśmy, aby inicjatywa "wywoływania tematu" została w rękach wrogów Wiary, wolności i własności; bo nie krzyczeliśmy o prawie każdego człowieka do życia nieustannie; bo pozwoliliśmy, aby temat "przyschnął"; bo powtarzaliśmy za Wrogiem oraz wrogami, że "ten temat nie jest taki ważny", że "jest drugorzędny" względem tego, względem czego drugorzędny nie jest. Nie działaliśmy w sprawie ochrony życia każdego niewinnego człowieka skutecznie. Ani na niwie "sumiennej" (zmiany sumień), ani legislacyjnej. Nostra culpa!


"Jeśli wróg chce, żebyś mówił, wtedy milczysz" – SePitol mordy nie zamknął, tylko dalejże nawijać. Im dalej w las, tym więcej. Aż znalazł się tak daleko w polu, że już krzyż na Giewoncie przestał stamtąd dostrzegać.


Czy którykolwiek z osutannionych i uornatowanych członków struktury Novus Ordo odmówił udzielenia Komunii Świętej (lub tego, co za nią uważa) tym cierpiącym najwyraźniej na wadę letalną mózgu, którzy publicznie opowiedzieli się za przepchnięciem ustawy o "wadzie letalnej" (Sam pan jesteś wada letalna. Rację miał WC, zwracając uwagę, że "życie każdego człowieka prowadzi niechybnie i bezpośrednio do śmierci, bez względu na zastosowane działania terapeutyczne". Zabij się sam, deisto, darwinisto i morświnisto, jakeś taki mądry!)?


Fizyczne unicestwianie narodu bierze się zasadniczo z poczucia bezsensu istnienia, z lekceważenia lub świadomego odrzucania nauki Kościoła w zakresie hierarchii celów małżeństwa (dla przypomnienia: pierwszym i najważniejszym jest zrodzenie i wychowanie potomstwa), słowem: z odrzucania Wiary słowem i czynem.


Nie pomagamy Sprawie, twierdząc, że zgodne z oczekiwaniami Pana Boga regulacje "publiczne", "społeczne", "państwowe" – jak zwał, tak zwał – nie mają żadnego pozytywnego wpływu na kształt i myślenie danej społeczności, narodu.


Kształt ustaw regulujących życie danych ludzi stanowi pewien publiczny wyraz ich wewnętrznych przekonań. Najlepiej byłoby, aby nastąpiło masowe nawrócenie, a wtedy prawo w naturalny sposób uległoby naprawie – odzwierciedliłoby dominujące w społeczeństwie katolickie przekonania (oj, pięknie byłoby!). Ale zachęta do skupienia się w pierwszej kolejności na zmianie sumień nie wyklucza używania ustaw i stojącej za nimi siły do ułatwiania procesu nawracania.


Sprzężenie zwrotne i zawrotne


Telewizja, media, wszystkie te internety wpływają na ludzi. A z drugiej strony: i TiWi, i inne merdia, i obraz sieci też – są takie jak ich użytkownicy; w dużym stopniu stanowią ich zwierciadlane odbicie. "Nienawidzicie nas" – powiada polityk, bohater klasycznej powieści wspominanego Rafałowicza – "bo jesteśmy tacy, jak wy".



Zwichrowany umysł


A prawdziwa tragedia to są zwichrowane umysły – ludzi obdarzonych zazwyczaj inteligencją i wiedzą ponadprzeciętną. "Lekarze za mordowaniem". Specjaliści z zakresu ginekologii, którzy jak mało kto zdają sobie jak Dębski sprawę, kiedy zaczyna się człowiek, a jednak stojący niemal bez wyrw murem za regulacjami zezwalającymi na bezkarne mordowanie pewnych kategorii ("pod", jak chcieliby ich zapewne nazywać)ludzi. W ich zbrodniczej postawie nie chodzi zapewne tylko o motyw finansowy. Niektórych opętała najwyraźniej diabelska ideologia "wolności wyboru" – "robię, czego ode mnie oczekują".



Na bezmózg rzuca się też raz po raz SePitolowi, który w nienajdawniejszym swym wystąpieniu plecie dyrdymały o tym, że nie trzeba i nie warto przeciwstawiać się aktom wandalizmu wymierzonym w budynki kościelne ani próbom przerywania celebr w środku. "Bo u nas to jeszcze nie jest tak, jak na Zachodzie, gdzie kościoły się podpala. Przed nami jeszcze daleka droga", więc odstąpmy. Przerwałem. Nie dooglądałem do końca. Skończyłem z tym. Skończyłem z nim. A tymczasem SePitol poszedł podlizywać się feminazistkom na wspólnym wiecu. Wyczuł nosem pasmo sukcesów, a zabezpieczył się (przynajmniej w swoim mniemaniu) przed kobietonami. Do jego domostwa smarować mu po ścianach i obrażać domowników nie przyjdą, bo się uwiarygodnił występując w porozumieniu z lokalną naczelną (przedstawicielką "srajku").



Cieleśni jesteście, a nie duchowi

I to jest prawdziwa porażka.


Zza kulis: Prawdziwe zwycięstwo Szatana


Tym, że w jarkosławowe manewry dały się wmanewrować jego przypupasy, zausznicy i poplecznicy, martwi bardzo, lecz dziwi umjarkowanie.

Tym, że włączyły się w kaczmamowy scenariusz półgłówki i ćwierćgłówki "srajkowe", martwi bardzo, lecz dziwi umjarkowanie.

Że na yarkowe manipulacje pozytywnie odpowiadają pełnogłówki – martwi niepomiernie i dziwi dość znacznie. Pełnogłówki dają się (r)obić w słonia w menażerii mając już perspektywę czasową, mogąc przyjrzeć się rozwojowi sytuacji z większego dystansu.


W sumieniach osób skądinąd prawych odnoszone są takie niezamierzone przez Jarkosława szatańskie zwycięstwa. Yareck bowiem to w gruncie rzeczy amator, który daje się diabłu ogrywać jak Jacek i klocek. I wcale tego nie zauważa. Przeciwnik jest skuteczny.


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


A zatem pytam Was, Czytelnicy najmilejsi: czy już czas, czy już pora, czy już jesteśmy gotowi, czy roztropne jest, czy Panu Bogu spodoba się zacząć już, teraz, dziś, wojnę na wszystkich frontach? Wojnę prowadzoną z pozycji katolickich. Deus nobiscum, nie zapominajmy. A rozpoczynajmy od samych siebie.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Historia o tym, jak się udało


Kiedy przed wsiądnięciem na rower wkładał odblaskową kamizelkę, mówili mu:

Kamizelkę wkładasz? Toś frajer!

Wolę być żywym frajerem niż martwym bohaterem – odpowiadał – a jeździć po ciemku lub po jezdni mu się zdarzało.


Ale dziś jechał bez kamizelki.


Psy szalały przy ulach. Były niby oddzielone od reszty trawnika siatką. Siatka – niewysoka, to prawda: jakieś trzydzieści-czterdzieści centrymetrów – miała zadanie głównie sygnalizacyjne: sygnalizować tłumokom, że skoro już i tak rozleźli się ze swoim tałatajstwem po całym parku, to może chociaż łaskawie ten spłachetek ziemi zostawią w spokoju i dadzą pszczołom nieco wytchnienia. Niedoczekanie. (Nie zadziałał tu nawet argument o ochronie praw pewnych zwierząt przed innymi zwierzętami). Wieżyczka strzelnicza i drut kolczasty mogłyby na to dziadostwo i babostwo nie wystarczyć.


Pies w aptece. Pies w biegunie. Na zapytanie obsługi, czy nie przeszkadza jej i czy to lege artis, aby zwierz przebywał w sklepie, reakcja: "Nie ma przecież naklejki z zakazem, nie?".


"Dwa serca – jedno bicie". I szablon do naklejania na samochodzie przedstawiający dogoarmistę, który bije zarówno głupiego psa, jak i jego głupszego właściciela. Zamiast "Nie kupuj – adoptuj" – "Nie kupuj – zamorduj". I sylwetka głupiego psa z obitą mordą.


To że dziś w Polsce pies cieszy się większym szacunkiem niż człowiek pełnoletni, a nawet dziecko, nie ulega wątpliwości. Poprzednie zdanie moglibyśmy uznać za ogólne i opisowe. Każdy przecież mimo wszystko bardziej uszanuje własne (w zdrowym tego słowa znaczeniu) dziecko niż czworonoga zjadającego własne kupy. Nieprawda!


Mama z wózkiem na spacerze. Obok wózka drugie dziecko. Obok drugiego dziecka pies prowadzony przez najwyraźniej psiapsiółkę mamy z wózkiem, bo panie żywo o czymś deliberują, uśmiechają się do siebie... Pies tymczasem, całkiem spore bydlę, usiłuje dobrać się do dziewczynki obok wózka. Ta wycofuje się, krzyczy, odpędza rękami – nic to! – żadna z pań nie zamierza psiaka utemperować. I tak to trwa – minutę, dwie, trzy... Panie ruszają dalej w drogę. Sytuacja nie ulega zmianie.


Usiłowano Sedecjasza wychować, tłumacząc, że uda się jego "fobię" wyleczyć: "Przestaniesz się ich bać i wszystko będzie dobrze". Przypominam: To nie ja boję się psa. To pies boi się mnie. To ja panuję nad sytuacją.


I tak to trzeba bronić dzieci przed ich własnymi nieodpowiedzialnymi rodzicami.


A tymczasem na razie wybrzmiały random shots. Wiadomość pojawiła się w wiadomościach lokalnych, ale większej furory nie zrobiła. Tak jak z tym zatruwaniem psiarzom życia. Jeden artykuł, drugi, ale niewykrycie sprawców, sprawa przycichła, "jest już dobrze". A my robiliśmy swoje. Po piątym z kolei ataku odpowiednie służby zaczęły szukać jakichś prawidłowości. Gdzie, kiedy i dlaczego, bo "kto?" – na to definitywnej odpowiedzi nie miały poznać już nigdy.


Sposób, w jaki potraktowano poszczególnych psiarzy, wywołał ostatecznie spore oburzenie, a to znalazło swój wyraz w publikacjach prasy lokalnej. Być może to prasa lokalna celowo wywołała owo poczucie sporego oburzenia. Sprzężenie zwrotne i zawrotne. Czasem opłaca się podjudzić opinię publiczną.


Kiedy ustalono już, że ataków dokonują głównie rowerzyści i to na nich służby skupiły swoją uwagę, my przesiedliśmy się do samochodów. Wzmożone kontrole drogowe – my na hulajnogi!


Nie ma na nas mocnych. Z wszystkich zrobią podejrzanych? Urządzą państwo policyjne w imię ochrony psów? Kto wie?...


Zabijać, ale powoli


I mimo że wielu przedstawia nas w czarnych anarchistycznych barwach – mimo wszystkie programy o tym, jak jeść bezę czy innego ptyśka – to my stanowimy ostatni bastion czynnie broniący kultury. Nawet jeśli robimy to pod tak niepopularnym wśród niektórych hasłem: Ś.p., czyli Śmierć psiarzom.


A propos jedzenia bezy: torby z żarciem zostawiane dzień w dzień przez kurierów pod drzwiami blokowych mieszkań. Kolejny wielki znak upadku. Wmawia nam się, że postęp to "żarcie na mieście". Im więcej lokalików, tym bardziej cywilizowany kraj. A kto jeszcze sam robi makaron? Komu chce się robić przetwory? Kto samodzielnie piecze chleb? Brak niemal zupełnie kultury przygotowywania i spożywania posiłków w domu; wszystko w biegu; wszystko na sprzedaż; totalna specjalizacja; jedzenie "jak domowe", ale nie – domowe.


Koniec dygresji. Czy inicjować bezpardonową walkę z durnymi psiarzami? Czy otwierać nowy ten front? W sytuacji, gdy samo fizyczne przetrwanie narodu jest postawione pod znakiem zapytania? Czy to nie rozdrabnianie się? Ale różnica w stosunku do bliźnich i zwierząt to wyraz całkowitej duchowej degrengolady – z powodu której jesteśmy cieleśnie zagrożeni. Więc może i z tego odcinka walki nie rezygnować zbyt łatwo?


Co teraz?


Po Hogę przyjdą najpierw. Bilet do Auschwitz dostanie za darmo.


Niektórzy twierdzą, że nie wolno samemu używać siły do rozwiązywania problemów doczesnych na skalę szerszą niż bezpośrednia ochrona siebie i najbliższych, a zamiast tego należy odwoływać się do władz państwa (rewolucyjnego – ale tego już nie mówią, bo skądinąd je mocno krytykują). Kiedy zatem uzasadniona byłyby rebelia, bunt, sprzeciw, veto, protest – z użyciem przemocy wobec funkcjonariuszy państwowych włącznie? Po całkowitym załamaniu jego struktur? One już są martwe. Utrzymuje się jeszcze cielesny szkielet na duchowo martwym organizmie. Nic dobrego z tego nie będzie. Może wypadałoby dobić trupa?


Każde państwo to jest draństwo?

Demokratyczne na pewno.



Ci pożyteczni idioci, którzy są traktowani jak bydło, a zwani z poważna "elektoratem". Są w jakimś sensie bydłem i nawet o tym nie wiedzą. [Słynne (i słuszne) uwagi Dona Roomsfielda o unknown unknowns. "Gdyby idiota widział, że jest idiotą, automatycznie przestałby być idiotą – stąd wniosek, że idioci rekrutują się wyłącznie spośród osób przekonanych, że idiotami nie są" (to Kisiel)]. Masy teoretycznie przejęły władzę. Dano tłuszczy pewną kontrolę nad pewnym obszarem rzeczywistości. "Wolność", na jaką pozwolono, ogranicza się zasadniczo do trzech punktów: popić, pogruchać (niezapomniane słowa niezapomnianego Jemioła: coito ergo sum), radia posłuchać. To jest właśnie to pseudoświatłe społeczeństwo, w którym ludzie na potęgę zaciągają kredyty u banksterów, ale drobniejsze długi indywidualne wobec np. znajomych muszą zostać spłacone przed Bożym Narodzeniem, bo zabobon. Gdyby zamiast zabobonami przejęli się Panem Bogiem... Ale gdzież tam marzyć o tem...


Państwo wyznaniowi



Czy jesteśmy już na tyle silni, by stworzyć oficjalny organizm; ogłosić to, co w sytuacji normalnej już i tak jest faktem, co funkcjonuje? Że to my stanowimy prawo na naszym terenie. Że to my egzekwujemy jego przestrzeganie. Że liczymy na to, iż Pan Bóg nam dopomoże i w zakresie potrzebnym do naszego zbawienia niedostatki dusz naszych oraz nieintencjonalne błędy w postępowaniu praktycznym uzupełni, naprawi – ze względu na naszą gorącą wiarę we wszystko, co przez Kościół nam do wierzenia podaje.



Najpierw nawrócenie – potem gospodarka. W pierwszej kolejności zwalczać chamstwo wobec kobiet – w drugiej naprawiać sytuację ekonomiczną. Wprzódy ukrócić wybryki psiarzy – później zająć się daninami. Najlepiej byłoby unormalnić wszystko naraz. Ale jeśli się nie da, zachować (przynajmniej na poziomie deklaracji) świadomość hierarchii spraw.



A wszystko to w imię Prawdy. Prawdy katolickiej, czyli prawdy po prostu. Bezprzymiotnikowej.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Cum whom?** contra mundum



W świecie, w którym kategorię prawdy zastąpiła "troska o uczucia", atakowaliśmy dniem i nocą. Nocami i dniami. Bez wytchnienia. Do utraty tchu.



Niektóre nasze ulubione daty: Wigilia Bożego Narodzenia, które część srajkujących kobietonów i mężczyznopodobnych też obchodziła! Tylko Pan Jezus ich nie obchodził, ale okazja, żeby się nażreć i łyknąć prezenty była, jak zawsze, w cenie. Świętych Młodzianków. Świętego Sylwestra.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Królestwo doczesne



"Gdy przeto berło zawakowało, włożyli jednomyślnie koronę na skronie Edwarda w dzień Wielkanocny roku 1042. Nowy król wstąpił na tron ojca, postanowiwszy rządzić według zasady: «Dobrobyt kraju zależy przede wszystkim od stanu moralności i wiary poddanych, a najprostszym sposobem uszczęśliwienia ludu jest troskliwość o kościół, nabożeństwo i ugruntowanie bojaźni Bożej». Gotów raczej opuścić kraj, aniżeli przelać krew, choćby jednego tylko człowieka, tak rządził, iż historya pisze o nim: «Z jego przybyciem stała się ziemia urodzajniejszą, powietrze zdrowszem, morze spokojniejszem». Łaskawy dla wszystkich, litościwy dla uciśnionych, szczodrobliwy dla ubogich, żył jak najskromniej, a dochodów swoich używał na zagojenie ran zadanych przez wojnę, budowanie kościołów, zakładanie szkół, klasztorów i dobroczynnych zakładów. Ustawy nadane przezeń ludowi są jeszcze dzisiaj prawomocne i dają chlubne świadectwo jego mądrości i łagodności".



(https://pl.wikisource.org/wiki/%C5%BBywot_%C5%9Bwi%C4%99tego_Edwarda,_Kr%C3%B3la_i_Wyznawcy)



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Oprócz tego, żeśmy ___________________,

tośmy jeszcze pokorni i wierni słudzy Boży...



Część nas zasadziła się na własny las. Ogrodzić się, wznieść dom, izolacja, budowanie barier, wpuszczamy tylko swoich, bardzo "nienowocześnie".



Część uznała, że chodzi nie tyle o partię katolicką na piekielnym demokratycznym firmamencie, ale o katolickiego króla dziedzicznego.



Wszyscy rozumieli, że warto podzielić się życiem z możliwie dużą liczbą dzieci. To jest przyszłość.

 

Cieszy, jeżeli da się zachęcić choć jednego z potomków (i/lub choć jedną z potomkiń) do kontynuowania dzieła rodzica na niwie zawodowej. Nauczyć "własne" dziecko. I z radością oraz dumą obserwować postępy na drodze rozwoju danych od Boga talentów.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Terror normalności, czyli: JAK PORADZIĆ SOBIE Z KATAREM?



Żaden polityk i żadna formacja polityczna nie odwołuje się konsekwentnie do Pana Boga i nauki Kościoła. Chodzi tylko o "ratowanie branż". "Branży" domów publicznych też?

Nasz Drogi Adwersarz powiedziałby zapewne – nieco w duchu Prusa – że nie "zwalczać", ale skupić się na tym, aby przybytki te kusiły jak najmniejszą liczbę klientów. Reszta zrobi się sama.



Otóż niekoniecznie. Volenti fit injuria niekiedy. Ale czy akurat w tym wypadku? Do rozwiązania sprawy albigensów użyto czegoś więcej niż łagodnych słów perswazji.



"To było trzeba działać, a owego nie opuszczać" (Mt 23, 23) – powtarzamy do znużenia.



A zatem po faktycznym przejęciu władzy, objęciu w swe władanie danego obszaru, przejęciu monopolu na stosowanie przemocy na danym terenie – oficjalnie wszem wobec bez ogródek zakazujemy działalności Storków, za mordowanie nienarodzonych karzemy jak za mordowanie narodzonych (nienarodzony też człowiek – może ten argument przemówi do psiarzy) – nie mówiąc już o tym, że szanujemy siódme przykazanie, więc nikomu uczciwemu nie utrudniamy działalności gospodarczej.



Kończymy z "pragmatyzmem, "kompromisem" i tym podobnymi układami z diabłem. A po opanowaniu sytuacji w kraju, zaczynamy rozglądać się za kierunkami zdrowej agresji zewnętrznej. Jak z katarami.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Czy państwo może/powinni karać kogokolwiek innego niż heretyków?



"The common criminal is a bad man, but at least he is, as it were, a conditional good man. He says that if only a certain obstacle be removed—say a wealthy uncle—he is then prepared to accept the universe and to praise God. He is a reformer, but not an anarchist. He wishes to cleanse the edifice, but not to destroy it. But the evil philosopher is not trying to alter things, but to annihilate them. Yes, the modern world has retained all those parts of police work which are really oppressive and ignominious, the harrying of the poor, the spying upon the unfortunate. It has given up its more dignified work, the punishment of powerful traitors in the State and powerful heresiarchs in the Church. The moderns say we must not punish heretics. My only doubt is whether we have a right to punish anybody else.”



Z miłości bliźniego...



Nie miéj w nienawiści brata twego w sercu twojem:

ale go jawnie karz, abyś nie miał grzechu dla niego.

~ Kpł 19, 17



Żeby nawet mu do głowy nie przyszło, aby pewne czyny uskuteczniać; skoro jest już w stanie o nich pomyśleć, to trzeba WZBUDZIĆ W NIM STRACH – aby to on w pierwszej kolejności go powstrzymał. Zrozumie potem – jak dziecko.



Okazjonalnie pojmują to nawet organa państwa rewolucyjnego:



"Gdy jednak władza państwowa nie wywiązuje się ze swego obowiązku [ochrony obywateli oraz ich mienia], obywatele odzyskują prawo do występowania przeciwko napastnikowi w obronie swoich dóbr. Tym samym wyręczają organy państwa i działają w obronie nie tylko własnej osoby, ale wręcz całego ładu społecznego. Podobne słowa padły na sali sądowej podczas procesu Władysława Hnatkowskiego. Ten emerytowany wojskowy zastrzelił na ulicy 22-letniego Roberta S., uciekającego ze skradzionym z samochodu radiem. Prokurator uznał ten czyn za zabójstwo i zażądał czterech lat pozbawienia wolności. Ryszard Berus, obrońca oskarżonego, twierdził natomiast, że działanie jego klienta «zmierzało do ochrony bliźniego w imię jego miłości i przeciwstawiania się przestępczości». Sąd Wojewódzki w Warszawie podzielił tę argumentację i – opierając się na przepisie o obronie koniecznej – wydał wyrok uniewinniający".



A zatem zadanie normalnego, katolickiego państwa to przede wszystkim unikać dawania bliźniemu okazji do grzechu.



Jeśli daje się to osiągać bardziej metodą straszenia, represji, zakazów niż przemawiania do rozsądku, sugestii, zachęceń – cóż, święty Jan Maria Vianney zwykł mawiać, że zdrowy strach przed piekłem zaprowadził do Raju więcej ludzi niż wszelkie rozważania o rozkoszach Nieba.



Państwo wyznaniowe, czy też raczej państwo wyznaniowi, czyli grupa konkretnych katolików zdeterminowanych i ufających Stwórcy na tyle, by przejąć monopol na stosowanie przemocy na danym terytorium, może wzbudzać w bliźnich żal mniej niż niedoskonały – sprowadzać ich na dobrą drogę, a przynajmniej powstrzymywać przed wstępowaniem na złą, wywołując w nich strach przed karą doczesną. Już nawet nie przed czeluściami piekła, ale czymś bardziej bezpośrednio dla większości namacalnym. Może dzięki takiemu oddziaływaniu tu, teraz, na ziemi potencjalny złoczyńca zrezygnuje z popełnienia grzechu i tym sposobem uniknie wieczności w płomieniu nieugaszonym.

Ale by do realizacji takiego pomysłu państwa wyznaniowych doprowadzić, trzeba Wiary i odważnego głoszenia jej... A Pan Jezus już dawno, dawno temu zadawał pytanie, czy ją na ziemi znajdzie.


Obyczajówka



Tu i teraz: dwie wypiercingowane lesbijki całują się w tłoczny dzień na stacji metra. Savonarola Task Force to nie była taka najgorsza koncepcja...



Ma-ła Pol-ska Ka-to-lic-ka! – na dobry początek

(POTEM CORAZ WIĘKSZA)



Dopóki istnieje coś takiego jak "przestrzeń publiczna", rozmaici szaleńcy i zamordyści będą mieli wolne pole do eksperymentów społecznych – z zamordystami usiłującymi dosłownie zmusić ludzi do zakrywania mord włącznie. I to nie psich bynajmniej. (What a pity!).



Czy odpuszczamy "przestrzeń publiczną" i konstatujemy: "niech się tam zatratują, pozagryzają, poobijają" – czy taka nieludzka jest natura miasta i nic na to nie poradzimy? – czy jednak uznajemy, że choć część normalności da się w metropolii odwojować?



Czy przekradamy się przez całe życie jak złodzieje – czy raz po raz stajemy z wrogiem do walki i wygrywamy?



Czy trzeba jak Roman Kluska zarobić na pewnym kompromisie ze światem i potem za zdobyte tą drogą pieniądze realizować marzenie normalne? Czy dałoby się uczynić marzenie jednocześnie celem i środkiem do celu?



Oręż niewidzialny



Modlitwa. A modlić modlą się raczej tak atakowani przez naszego Drogiego Adwersarza "prolajferzy" niż promordercy. Można się obawiać, iż D.A. do tego stopnia dał się ponieść pseudologice świata doczesnego i liczeniu wiernych papiestwu dywizji, że o orężu niewidzialnym raczył zapomnieć.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



They want to be treated with oil, soap and caresses.

But they should be beaten with fists.

In a duel, you don’t count or measure the blows,

you strike as you can.”

~ słowa przypisywane św. Piusowi X



W duchu zarysowanego wyżej podejścia realistycznego walczyliśmy wcale nie po tym, co zwano by "rycersku". Bandą na jednego. Wykorzystując wszelkie adekwatne środki.



Byliśmy skuteczni. Podniósł się jazgot. Szczekaczki: tak nie można!

Niech szczekają, a karawana tj. my jedziemy dalej. Rozjeżdżając po drodze kogo trzeba.

I przemawiając do nieszczęsnego narodu, społeczeństwa (jak zwał, tak zwał tę upodloną na własne życzenie zbieraninę osób z wpisanym w dowód obywatelstwem polskim) nie plakatami albo nie tylko plakatami. Społeczeństwo, w którym trzeba metodą "kampanii [znów język militarny] społecznych" wbijać do tępych głów prawdy oczywiste, to porażka. Plakaty "eucharystyczne". Plakaty przypominające, że nienarodzony to też człowiek i nie wolno go mordować. Oplakatujemy wam całe miasta. Tak jakbyśmy (choć akurat w tym przypadku głosimy prawdę) chcieli wykrzyczeć: "Nasz Goebbels jest lepszy niż wasz".


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


...jeden tam jest tylko porządny człowiek, ów pan doktor, a i ten, prawdę mówiąc, frajer (względnie: fajans albo fajka).


Wśród innych doktórów, teologów nie gardzących pornografią i angażujących do niej własną Marlenę oraz człekokształtnych bredzących o wadach letalnych doktor Nepomucen Mencel jawił się już na pierwsze rzuty oka jako ewenement. Jak Nepek znalazł się w Morświnie (Narcystyczna partia Morświn. To musiało się tak skończyć. Przesiadanie się z kolejnej kanapy na jeszcze następną. Ten sam wódz, inne nazwy. Aż wreszcie führer i nazwa stali się jednością), nie mamy bladego pojęcia. Sprawiał przecież wrażenie sensownego. Ale i on – taki bezemocjonalny (by nie rzec zimny), zdroworozsądkowy (chciałoby się rzec) analityk let down his guard. Stracił czujność. Stracił głowę. I to w sprawie nader poważnej.


O premierze Cyferplanu 07 huczało od dawna. Polski producent, polski projekt, polska gra podbija świat. I dr Mencel też się do chóru przyłączył. Skomentował pewne pozwy sądowe, z którymi będzie musiał zmierzyć się producent gierki. Wyjaśnił co, kto i dlaczego. Wyraził nadzieję, że producent wyjdzie z dość trudnej sytuacji obronną ręką i najbardziej rozpoznawany za granicą poza kopaczem piłki futbolowej "polski produkt eksportowy" odniesie zasłużony sukces. Powiedział to ten sam dr Mencel, który publicznie zadeklarował się jako katolik. No, to strzelił jak łysy kucykiem (żeby nie powiedzieć: kucem).


Nie ma to jak stracić czujność. Jest ona, zgodnie ze słowami Jeffersona (nie Airplane'a), ceną wolności. Mówił nawet o wiecznej. Nie tracić jej na mgnienie oka. Bo można przeoczyć jedną po drugiej "ścieżkę romansową", w ramach której nasz(a) bohater(ka) nawiązuje relacje intymne z przedstawiciel(k)ami płci niekoniecznie przeciwnej. Że Cyferplan w niepozostawiający wiele wyobraźni sposób przedstawia nierząd heteroseksualny, to, zdaje się, jeszcze nic. (Stępianie wrażliwości na grzech: "gdyby pokazywali tylko hetero, byłoby OK"...). Tu mamy do czynienia z wyższą szkołą jazdy: grzech sodomski jako składowa część "gry". Gracz pakuje się w to samo, w co Miron Białoszewski (link dla osób o mocnych nerwach i żołądku: http://kompromitacje.blogspot.com/2020/01/bialoszewski-wdaje-sie-w-karmana.html). W to grają twoje dzieci. Nawet jako (osobiście) heteroseksualiści w ramach gry mogą "spróbować" też ścieżki homoseksualnej – "przecież to tylko gra". (A czemuż by nie spróbować? Zapłaciłem za grę sporo; z(s)eksploruję wszystko, co się da; pójdę każdą drogą; wybadam każde po kolei rozwiązanie). Obalanie wszelkich granic. Coraz niżej. Piekła coraz bliżej.


Aż dziw, że nie ma w grze jako opcji stosunków o charakterze nekrofilskim ani zoofilnym. Przedstawiciele tych "opcji" mogą poczuć się dyskryminowani... A to w końcu przecież także uzasadnione i usprawiedliwione sposoby prowadzenia życia i się, nieprawdaż?


O dokonywanych na ekranie masowo mordach już nie mówimy; to normalne jak flaki z olejem.


Cyferplan uważany jest za wizytówkę Polski w świecie. Dołożyć nieswoją cegiełkę i nieswoje (więcej niż) trzy grosze postanowiły też nieszczęsne władze cywilne naszego biednego kraju. Oto firma, którą przy okazji poprzedniej "megagigaprodukcji" chwalono za to, że działa bez państwowego wsparcia, tym razem skwapliwie wyciągnęła ręce po nieswoje i z błogosławieństwem rządowych żyrantów zagarnęła 30 milionów PLN na "doskonalenie produktu".


A więc ja jako podatnik współfinansuję to dziadostwo. Jestem zmuszany, żeby współfinansować to dziadostwo. A znajdują się jeszcze tacy, którzy, uprzednio zmuszeni, żeby współfinansować to dziadostwo na etapie produkcji, wspierają je teraz dodatkowo – również kwotą niebagatelną – kupując gotową grę.


Wszyscy, w tym również pan, doktorze Mencel, w jakimś stopniu dołożyliśmy się do tego, żeby zaprezentować się światu w ten sposób; żeby zaprezentować milionom graczy jak jeden (wirtualny) facet wdaje się w drugiego. "To tylko opcja, nie trzeba w to wchodzić". Tak, tak, znamy to: "Niech niewolnictwo istnieje, tylko niech nikt nikomu nie każe być właścicielem niewolników".


A w/w ohydztwa to integralna, przewidziana i zaakceptowana przez producenta część gry.


Wszystko ma być dziś "narodowe" (stadion, kwarantanna...)... A tu mamy narodowy wstyd!


Mówią nam polscy "zawodowi patrioci" w języku angielskim, że "Red is bad". Do miłośników używania języka obcego w celu przekonania kogoś do idei polskich nie należymy, ale w przypadku producenta Cyferplanu 07 pozwolimy sobie na małe odstępstwo: Red is bad. Very bad, indeed.


Gdyby Nepomucen Mencel i jemu podobni skupili się bardziej na rzeczywistości duchowej, ekonomiczną przesuwając chwilowo na plan drugi, zrozumieliby, że Cyferplan szkodzi duszy niezmiernie. (O ciele gracza spoczywającego godzinami przed ekranem już nie wspominając). Ale cóż – łatwiej jest snuć prognozy dotyczące sukcesów demoralizującej do szczętu gierki popijając nał, now, czyli właśnie teraz w studio swojej internetowej telewizji wodę mineralną niż narażać się po raz kolejny na zarzut malkontenctwa.


Chciałbym liczyć na to, że dr Mencel pomylił się, czegoś nie dopatrzył, nie zdaje sobie sprawy, do jakiej sprawy przykłada rękę. Ale dlaczego się w takim razie, do ciężkiego licha, w sprawie Cyferplanu publicznie wypowiada? (Robocza odpowiedź: Bo może).


Chciałoby się wierzyć, że to wszystko (w)skutek niedopatrzenia poczciwego skądinąd Nepka. Ale, ale – młody poczciwiec zamieścił w Sieci klip sugerujący możliwość ubiegania się przezeń o pRezydenturę – klip z jednoznacznym odwołaniem do Cyferplanu; właściwie żywcem z gry ściągnięty, utrzymany w jej stylistyce i zatytułowany Mencel 2025. Więc pan doktór odwołuje się do jakiegoś wzoru, ideału, w każdym razie czegoś silnie wkorzenionego (przez wiadome siły) w świadomość społeczną, przynajmniej tzw. młodszego pokolenia. I wykorzystując to wkorzenienie w jakiś sposób grę akceptuje, zachwala, propaguje.


Gdzie indziej młody poczciwiec ubolewa nad tym, że nieletni czerpią dziś wzorce nie z kościołów, lecz z ekranów. Ale po co zatem cała ta Cyferplanowa propaganda? Panu Bogu świeczkę, a diabłu smartfona, laptopa, desktopa, tablet i deprawującą grę?...


Cyferplan wpływa zaś na sposób myślenia graczy (w szczególności mniej zaawansowanych wiekiem) znacznie silniej niż przemówienia czy polityczne analizy. Bo gra w grę ("Będę grał w grę") to jest, na ile to możliwe, "własne" przeżycie napakowane emocjami. Cyferplan utwierdza graczy w ich błędnych postawach i wyborach życiowych, a nieurobionych urabia.


Trzeba wziąć pod uwagę, że z punktu widzenia strategii politycznej z niektórymi graczami się nie zadziera. A gracze w Cyferplan reprezentują spore grono młodocianych wyborców. Gra to w demokracji rolę niebagatelną. A kąfederaści (do których dr N.M. się zalicza) z tego akurat sprawę sobie zdają: oni mówią do społeczeństwa omamionego emotikonami. Oni dali się wciągnąć w grę zwaną demokracją. Oni stawiają na "nowe pokolenie". Usiłują przekonywać do siebie wpatrzonych jak sroka w lap memaczy, budujących swój obraz świata w oparciu o obejrzane w przeciągu ostatniego kwadransa "śmieszne filmiki", Cyferplany oraz (celne niekiedy – co prawda, to prawda) memy. Meeeeeee! (Do kozy z nimi wszystkimi!).


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Odwołujemy się do cudzych bohaterów, usiłując nadążyć za gonitwą rozszalałego świata i przemówić do wziętych w jego macki nieszczęśników, bo nie mamy swoich bohaterów kultury popularnej. Maski z filmu Z jak zemsta (alternatywnie: O jak odpłata) znalazły swoje zastosowanie w życiu społecznym. Mają reprezentować bunt przeciw władzy, wolnościowizm itd. I w połączeniu w historyczną postacią Guya Fawkesa ma to może ręce i nogi. Jednak w czasach współczesnych maski nawiązujące do postaci o imieniu rozpoczynającym się na literę, której w polskim alfabecie nie ma, oraz ich noszenie stały się modne po emisji wspomnianego filmu, który – oparty o podobny w wymowie komiks – ma charakter wybitnie antyreligijny i podżega do rewolucji w imię do~wolności.


Naszą mimowolną sympatię może budzić odwołanie do bohatera sprzed wieków. Do historycznej postaci niedoszłego katolickiego zamachowca. Bo maska Guya Fawkesa. Ale według naszej najlepszej wiedzy Guy Fawkes nie walczył o "prawa LGBT"; nie walczył o prawa zboczeńców do dekretowania swojego zboczenia.


Gdzie jest katolicka odezwa na w/w dziadostwo? Gdzie film i gra o bohaterze do szpiku kości polskim?

Już nad tym myślimy, już o tym piszemy...


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


Nie dziwi, że w propagandę Cyferplanu ochoczo włączają się jawni słudzy diabła. Ale gdy do tego chóru chwalców dołącza ktoś, kto został przez Pana Boga obdarzony rozumem nieprzeciętnym i zdaje się należeć do "naszych", a przynajmniej nie należeć do "onych", to pozostaje nam łączyć się w bulu i nadziei, że przejrzy na oczy.


Cyferplany i podobne służą rozmiękczaniu mózgów i dusz (o portfelach nie wspominając) tych, którzy zachowali jeszcze w świadomości resztki Wiary. I tak łatwo bywa ich rozmiękczyć...


Kto jest tak naprawdę groźny dla inżynierów nowego wspaniałego świata? Czy te miliony otępieńczo wymachujące wirtualnymi gadżetami w demoralizującej grze? Czy jednak Army of God? Czy jednak w polskich warunkach i na polskie możliwości Fundacja Ad Arma? Tylko czy na takie konstruktywne i obliczone na dziesięciolecia działania nie jest już za późno? Czy nie należy po prostu błyskawicznie zbroić się na potęgę i w zastraszająco szybkim tempie szykować na (jeszcze) cięższe czasy? A może i to trzeba działać, a owego nie odpuszczać?



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *


...jeden tam jest tylko porządny człowiek, ów Nepek Mencel, a i on...


Ma się czasem takie wrażenie, że wśród bandy łobuzów natrafia się ktoś – ktoś; taki czysty, taki uczciwy, taki prostolinijny. Taki – inny. I jest taka nadzieja. I żywimy taką nadzieję. A potem jak boleśnie przejmuje nas, kiedy okaże się, że ta wielka nadzieja białych jest taka jak inni. Jedno mówi, drugie robi. Daje swoje prywatne (tj. już nie prywatne, bo dostępne wszem wobec we wszechobecnej niemal Sieci) zdjęcia do netu. Ba, prywatne: żonę i dzieci w nim umieszcza. Cały sznur zdjęć.


No i szlus! No i sznur! No i szur!



Z perspektywy


Za sto lat nikogo z nas na tym doczesnym świecie już nie będzie. Jacy będą nasi następcy? Jaki oręż da(je)my im do rąk?


* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Co jest tak ze światem

(niewiele)


Jak tu pomóc w powstaniu (bo tego się nie zadekretuje) narodu, społeczeństwa ~ indywidualnych bohaterów? Mój dwór moją twierdzą. Dwór mojego sąsiada jego twierdzą. W razie czego łączymy siły. Bo łączy nas Wiara i nie tylko.


Wszystko swoje. Podzielę się w razie potrzeby, ale moje. Zamiast jednego wielkiego zakładu na milion, milion prywatnych indywidualnych inicjatyw na skalę rodziny, sąsiedztwa. Prywatne nie tylko samochody, ale elektrownie, tartaki, studnie. Niezależność. Tak że aby zabić Polskę, trzeba by zabić każdego Polaka indywidualnie. Żeby do zagłady fizycznej narodu nie wystarczyło wyłączyć wody czy ogrzewania w milionowym mieście.



Może po prostu wyprowadzić się i przeczekać na wsi to uperfumowane i ogolone gładko barbarzyństwo?



Zwalczać je modlitwą, pracą i... dobrą lekturą. Ora, labora et lege!, o czym dziś się często zapomina.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Jeszcze siedemdziesiąt lat temu w Polsce młodzi ludzie przez nikogo nie przymuszani chodzili modlić się co dzień pod figurą na rozstajach dróg. Tak, nikt im nie kazał. A dziś ich dzieci, wnuki, prawnuki? ("Ta dzisiejsza młodzież" – słychać niekiedy narzekanie. Ale to jest młodzież mająca rodziców, dziadków etc. – czyżby nie wywarli oni żadnego wpływu na tych, na których zachowanie tak dziś pomstują?).



My chodzimy.



My mamy Wiarę. Bo wiemy, u Kogośmy na ordynansach, Komuśmy słudzy.



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



AK. Katolicja – tak ich prześmiewczo nazywali. Oficjalnie: Awangarda Kontrrewolucji. Nazwa niezbyt "medialna", ale działania stanowczo tak.



Powietrzem wstrząsnął huk kolejnej eksplozji. Ochroniarze albo dawno zdezerterowali albo leżeli pokotem w zalanej wodą łazience. They were already dead in the water.



Recepcja Żołędni Clinic w takim stanie, w jakim znano ją dotychczas, was no more.



Sedecjasz wyszedł ze zgliszcz z rękami podniesionymi w geście. I z podniesioną głową. Nasze było przed grobem zwycięstwo.

A styczeń był piękny tego roku...



Łazarz Koniecpolski



_______

[*] Absurd goni absurd. Trudno nadążyć. "Nasza rodzina powiększyła się" – obwieścił światu ukontentowany Kłusak po szczęśliwych narodzinach syna. Drogi Panie, Pańska rodzina powiększyła się z chwilą poczęcia dziecka – nawet jeśli było wtedy tak małe, że plotkarskie "portale" (dark portals), jutuby, fejsy itpb. [i tym podobny badziew] nie potrafiły go dostrzec. Skoro zdecydował się Pan sprzedać prywatność Swojej rodziny i Swoją, to niechże Pan przynajmniej nie dostarcza Wrogowi amunicji poprzez nieścisłe twierdzenia.



** Progress check.



P.S. Uderzanie w "swoich" albo "bliższych sobie"; wychodzi na to, że bywa łatwiejsze niż walenie we wroga. Z drugiej strony: kogoś bliższego bliżej znamy i nasze stanowiska są w pewien sposób "bliższe", więc może z większym zapałem chcielibyśmy przyczynić się do jego nawrócenia? A tymczasem bywa, że so close and therefore so far...



P.S. II. Po co nam takie dziwo jak WiWo?



Kiedy człowiek redaktor/autor podejmuje no, przyjmijmy, że jakiś trud napisania czegoś, to pamiętać winien, że nemo iudex in causa sua. Niemniej jednak trochę głupio się czujemy, widząc, co się wydaje i publikuje elektronicznie. I co się ludziom wydaje, że jest wydawania i czytania godne.



To nie jest pretensja do nikogo, a już na pewno nie do Pana Boga ani do tych Drogich Czytelników, którzy zdołali powyższe przeczytać. Ale nieco szkoda...



Przy tym wszystkim gugiel może jednym kliknięciem zdmuchnąć całą wieloletnią pisaninę. Może trochę szkoda by było...



A więc: po co nam takie dziwo jak WiWo – a już WiWoPoWiwo tym bardziej?

Czy ma jakąkolwiek rację bytu?

A jednak się trzyma. Gramy dalej swoje solo na pile.

Trzymamy się. We abide. We endure. Not just barely.



And one for the road:



Daphne's distortions could have been avoided, but for a fundamental of journalism today which feeds distortions. She could have shown me, and others who were her documentary's subjects, how her final editing decisions were going to look. We could have pointed out the distortions, surely then she would have agreed and corrected at least some of them. But journalists today don't even think it is ethical to show news subjects the finished stories about them, before publication! One arrogant journalist actually explained to me, "We're professionals. We don't need to correct our stories afterwards. We get it right the first time."


(http://www.saltshaker.us/AmericanIssues/Life/HBOdocumentary.htm)



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * *



Dyskusja na kanwie zagadnień poruszonych w tekście:


http://rediwiwo.blogspot.com/search/label/%C5%BCe%C5%84cy%203



* * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * ŻyT3J * * * 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz