Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (5)


  

ROZDZIAŁ 5
Ft. Lauderdale, Floryda • Połowa lat siedemdziesiątych • Dorastanie

Jako dziecko człowiek ma skłonność do lekceważenia spraw ważnych i koncentrowania się na błahostkach, takich jak owocowe oponki do mleka albo najnowsze tenisówki firmy Nike. Nasi rodzice nie byli w stanie nam ich dać, ale dali nam dużo miłości i to powinno było wystarczyć. Tak właśnie byłoby w normalnym społeczeństwie, w którym nauczyciele i wzorce osobowe pomagają wypełnić ewentualne braki w wychowaniu. Niestety, mieszkańcy Stanów Zjednoczonych końca dwudziestego wieku nie tworzyli społeczeństwa normalnego. Życie szkolne diametralnie różniło się od tego, z czym spotykałem w życiu domowym – jakkolwiek skromnym. W domu uczono mnie kochać; w szkole uczono mnie nienawidzić.

W trzecie klasie moją nauczycielką była pani Weaver, pełnej krwi Indianka z plemienia Nawahów z Arizony; nosiła ręcznie robioną biżuterię ze srebrna i turkusu. Mówiła nam o swoim „ludzie”, o tym, jak niegdyś panował on na rozległych obszarach i stosował zaawansowane formy rolnictwa. Ale potem przyszedł biały człowiek, ukradł jej plemieniu ziemię i zabił większość jego członków. Jej dumny niegdyś lud, zmuszony przenieść się do rezerwatu, przekształcił się w zbiorowisko żebraków i alkoholików – zachował tylko cień swej dawnej świetności.

Ci sami biali ludzie, którzy ukradli Nawahom ziemię – mówiła – wciąż znajdowali się u władzy. Ale w końcu zaczynały następować zmiany. Sprawowane przez białego człowieka rządy terroru dobiegały końca. Złym białym ludziom przeciwstawiali się dzielni przywódcy. Pokazywała nam zdjęcia tych dzielnych przywódców: na koszulce miała portret Muhammada Alego, bojowo nastawionego boksera; nad tablicą zaś umieściła fotografie przywódcy Ruchu Indian Amerykańskich, Russella Meansa, oraz lidera ruchu robotniczego, Cesara Chaveza. Wskazując na ich zdjęcia mówiła: „Bohaterowie”.

Pani Weaver przemawiała z absolutnym przekonaniem, jakby usiłowała zwerbować nas do jakiejś misji specjalnej. Moje młode chłopięce uszy nigdy wcześniej nie słyszały nikogo mówiącego w ten sposób; w skupieniu usiłowałem zrozumieć to, co mówiła nauczycielka. Wychylaliśmy się w naszych ławkach do przodu, chwytając każde słowo, a ona nieprzerwanie opowiadała o niesprawiedliwościach, jakich dopuścili się biali ludzie. Przynajmniej raz w tygodniu raczyła nas nowym pokazem indiańskich artefaktów, co pociągało za sobą kolejny wykład o złych białych ludziach.

Ze smutkiem słuchałem o tym, co spotkało lud pani Weaver – źle się z tym czułem. Chciałem dać tym białym ludziom w zęby. W domu spytałem tatę:
Kim są ci biali ludzie? Skąd pochodzą?
Tata nie zrozumiał moich pytań, więc opowiedziałem mu o pani Weaver, Nawahach oraz białych ludziach. Zmarszczył brwi i powoli pokręcił głową.
Mówiła o tobie – o nas – rzekł. – Biali ludzie to my.
Oszołomiony tym odkryciem zastygłem na chwilę w bezruchu i zacząłem się zastanawiać. Nie mając pewności, czy dobrze Tatę zrozumiałem, spróbowałem podrążyć temat od innej strony. Wiedziałem, że przodkowie Taty pochodzili z Niemiec, zaś Mamy – z Irlandii; spytałem więc, czy Irlandczycy i Niemcy to biali ludzie.
Tak – odpowiedział.
Pobiegłem do łazienki i spojrzałem w lustro. Nie było cienia wątpliwości: byłem biały.

Po tym wszystkim nie chciałem już chodzić do szkoły. Prelekcje pani Weaver na temat białych ludzi miały już inny wydźwięk. To, co z początku wyglądało na jej zdecydowane przekonania, teraz odczuwałem jako nienawiść. Nienawidziła mnie. Znienacka dotarło do mnie, że pani Weaver nie usiłuje zwerbować mnie do misji specjalnej – ona mnie beszta, tak jak Mama i Tata, gdy zrobiłem coś niewłaściwego. Czułem się winny zamordowania jej ludu i ukradzenia jego ziem. Nie chciałem już dłużej być biały. Zdecydowałem się więc zostać Indianinem – jak pani Weaver. Nie mogłem stać się Nawahem – przejrzałaby mnie od razu. Zostanę Apaczem.

Widziałem już kiedyś Apaczów. Niedługo wcześniej Tata kupił nam kolekcję książek z serii Time Life poświęconych Dzikiemu Zachodowi. Godzinami siedziałem i kartkowałem tom poświęcony Indianom; studiowałem owe słynne fotografie bandy Geronima wykonane w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Mój brat Dan miał zestaw do szycia skór. Ubłagałem Mamę, żeby kupiła mi złachaną hipisowską kurtkę z zamszu, którą zauważyłem w sklepie Armii Zbawienia. Używając kurtki w charakterze materiału do obróbki Dan pomógł mi wymodelować parę apaskich mokasynów, wraz z leginsami i całą resztą. Schwinn mojego brata został przerobiony na indiańskiego kucyka. Stałem się specjalistą w zakresie strzelania z refleksyjnego łuku wykonanego ze szklanych włókien. Używałem strzał o tępych grotach; byłem gotów na to, by sprawdzić mój nowy sprzęt na łowieckich terenach Apaczów w Ft. Lauderdale.

W pobliżu szkoły podstawowej rozkwitła na rozległych nieuprawianych polach ambrozja. Pewnej soboty pojechałem tam wczesnym rankiem na moim „indiańskim kucyku”. Udając, że poluję w sercu arizońskiej pustyni na pumy, czaiłem się z moim łukiem na stada gołębiaków. Ujrzawszy jak leci w ich stronę strzała, odfruwały jakieś dwieście jardów dalej i usadawiały się wśród wysokich chwastów. Podchodziłem ukradkiem bliżej i wypuszczałem kolejną strzałę.

Zacząłem polować na polu ambrozji w każdy weekend. Rzadko udawało mi się gołębiaka zabić. Ptaki były zbyt małe, a strzały za duże. Ale czułem się prawie jak Indianin. Prawie.

Ostatecznie moja faza indiańska dobiegła kresu. Absurdalnym wydawało się sądzić, że zdołam przemienić się w Apacza wyposażając w tanie mokasyny, rower Schwinna i zakrzywiony łuk. Musiałem stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością: jestem złym białym człowiekiem i nijak nie jestem w stanie tego zmienić.

* * *

Nasza rodzina mieszkała w południowozachodniej części Ft. Lauderdale na Gardenia Road, parę przecznic od autostrady numer 441. Nasze osiedle wybudowano jeszcze w latach pięćdziesiątych. Bloki miały płaskie dachy, podłogi z lastryko i okna, w których szyby otwierały się jak żaluzje – typowe dla budownictwa południowej Florydy. Nasza okolica zasadniczo wciąż wyglądała na spokojną mieścinę z telewizyjnego serialu, ale proces jej upadku bez cienia wątpliwości już trwał. Wzdłuż autostrady zaczęto otwierać sklepy z akcesoriami dla zażywających narkotyki oraz handlujące literaturą pornograficzną. Tuż koło naszego domu, przy następnej przecznicy, mieściła się siedziba lokalnej odnogi gangu motocyklowego – jej członkowie gnieździli się na ogrodzonym podwórku w nieszczególnego wyglądu chałupie mając do towarzystwa kilka bardzo agresywnych pitbuli. Kilka przecznic na zachód od naszego domu znajdowała się miejscowa podstawówka, Meadowbrook Elementary. Jako dzieci w drodze do szkoły zawsze mijaliśmy podwórko z tymi niebezpiecznymi psami.

Na początku lat siedemdziesiątych większość dzielnic w Ft. Lauderdale wciąż podlegała w samoistny sposób segregacji rasowej. Większość szkół takich jak Meadowbrook pozostawała pod wpływem społeczności lokalnych – pozostawały więc one rasowo jednolite długo po tym jak wyrok w sprawie Brown przeciwko kuratorium w Topece (1953) zdelegalizował przymusową segregację w szkołach państwowych. Lewicowi waszyngtońscy biurokraci zajmujący się edukacją nie byli z tej autosegregacji zadowoleni. Sądzili, że murzyni oraz inne mniejszości wciąż mieszkają na obszarach gospodarczo zacofanych, gdzie ich dzieci uczęszczają do podrzędnych szkół. Biurokraci dowodzili, że nawet po tym jak federalne fundusze przyniosły wszystkim szkołom państwowym równość w zakresie finansowania, Amerykanie wciąż żyli w dwóch osobnych krajach: jednym – ubogim i upośledzonym; drugim – bogatym i uprzywilejowanym. Odmienne warunki społeczno-ekonomiczne prowadzą do odmiennych następstw. Skoro rodzice podjęli decyzję o zamieszkaniu w okolicy rasowo jednorodnej i wysłaniu swoich dzieci do jednorodnych rasowo szkół, waszyngtońscy biurokraci będą musieli przejąć rolę rodziców. Zdecydują, do której szkoły dzieci zostaną wysłane. Celem utworzenia społeczeństwa prawdziwie egalitarnego pod groźbą pistoletu zmuszą czarnych i białych, aby się integrowali. Tak rozpoczął się eksperyment z zakresu inżynierii społecznej zwany przymusowym dowożeniem uczniów autobusami do „zdesegregowanych” szkół.

Biurokraci brali pewien procent dzieci z dzielnicy zamieszkałej w zdecydowanej większości przez czarnych i kazali wieźć je przez całe miasto do szkoły, w której większość uczniów była białych – analogicznie postępowano w przypadku białych dzielnic i czarnych szkół. W trakcie mojej edukacji na poziomie podstawowym uczęszczałem do okolicznej szkoły, do której zwożono czarne dzieci z Lauderhill. Każdego ranka przed wejście do szkoły zajeżdżały dwa pełne murzyńskich uczniów autobusy – pokonawszy uprzednio piętnastomilową trasę przez całe miasto. Jesienią 1977 roku, gdy zaczynałem szóstą klasę, przyszła pora na moją autobusową przejażdżkę. Bogaci biali lewicowi inżynierowie koncepcji przymusowego zwożenia dzieci do szkół chcieli, abyśmy wszyscy „w praktyce żyli tym, co oznacza życie prawdziwie amerykańskie”. Szczycili się, że dzięki nim „narodziła się nowa era wolności” i tak dalej. Mogli sobie pozwolić na luksus wygłaszania takich twierdzeń, bowiem w większości przypadków ich własne dzieci chodziły do szkół, które były prywatne i do których uczęszczali wyłącznie biali uczniowie. Ale dla tych ubogich białych dzieciaków, które zmuszano do „desegregacyjnych” jazd autobusem, cała ta koncepcja miała zupełnie inne od deklarowanego przez inżynierów oblicze.

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym po raz pierwszy zmuszono mnie do „desegregacyjnej” jazdy. Dzieciaki z sąsiedztwa zgromadziły się jeszcze przed świtem w ciemności i wsiadły do żółtego autobusu bez wystającej maski, który pojechał autostradą numer 441 na północ kierując się do Parkway Middle School. Ta usytuowana w Lauderhill szkoła była w przeważającej części czarna. Skręciliśmy między osiedla na wschód od autostrady 441 i zaczęliśmy mijać brudne, puste podwórka, ustawione na cegłach samochody bez kół, wychudłe psiska, miejskie piekło. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z losu, jaki przypadł nam w udziale, w autobusie zapanowała nagle śmiertelna cisza.

W Parkway moja szkolna edukacja dobiegła końca. Na porządku dziennym było tam brutalne zastraszanie białych uczniów. Z początku przybrało ono formę wyzwisk i popychania, ale sytuacja szybko uległa pogorszeniu. Nie ufałem już żadnym nauczycielom, ani przełożonym. Nie słuchałem już tego, co mówiono podczas lekcji, i nie przykładałem się do pracy na zajęciach. Szkołę traktowałem jak areszt, nauczycieli miałem za strażników więziennych. Skupiłem się na przetrwaniu, na tym, by przeżyć każdy kolejny dzień w jednym kawałku. Liczba uczniów czekających na moim przystanku na autobus topniała z każdym tygodniem – w miarę jak rodzice wypisywali swoje dzieci z Parkway i zapisywali do szkół prywatnych. Z nastaniem stycznia ci, którzy pozostali w Parkway, mieli jej już serdecznie dość.

Pamiętam dzień, w którym ostatecznie rozstrzygnęliśmy sprawy. Zaczął się tak, jak inne – zwyczajowymi groźbami i obrazą słowną. Gdy na przerwie między drugą a trzecią lekcją szedłem na kolejne zajęcia, ujrzałem przed sobą tłum uczniów. Tego rodzaju tłum mógł oznaczać w Parkway tylko jedno: bójkę. W środku tłumu ujrzałem coś, czego nigdy nie zapomnę: na ziemi leżała istota ludzka zwinięta w ciasną kulkę. Część zgromadzonych na zmianę kopała ją i biła pięściami. Inni zrywali z niej kolejne części ubrania. Tłum wył: „Zabić sukę! Zabić sukę!”. W powietrzu wisiała szara chmura kurzu. Ta scena momentalnie przywiodła mi na myśl watahę hien wykańczających bezradną gazelę. Podszedłem bliżej. Kątem oka spostrzegłem i rozpoznałem twarz bezradnej istoty: to była Maggie, jedna z dziewcząt dojeżdżających razem z nami autobusem. Przerażony zastygłem w bezruchu – nie byłem w stanie zainterweniować ani uciec; rozgrywająca się scena sparaliżowała mnie.

Na ratunek biednej dziewczynie przybyli dziekan Pearson oraz kilku nauczycieli. Okryli jej częściowo nagie ciało kurtką i wyprowadzili wśród kipiącego od szyderstw tłumu. Nikogo, jak zwykle, nie ukarano za tę brutalną napaść; w Parkway był to dzień jak co dzień.

W trakcie przerwy na lunch my, „przystankowcy”, siedzieliśmy patrząc na siebie wzajemnie – nic nie jedząc i nic nie mówiąc. Nie musieliśmy niczego mówić. Dokładnie wiedzieliśmy, co zrobić. Zgodnie wstaliśmy i wyszliśmy szkolnym korytarzem; minęliśmy przyczepy kempingowe, w których odbywały się zajęcia dla nadliczbowych uczniów; przeszliśmy przez boisko. Zostawiliśmy to zapomniane przez Boga miejsce za sobą. Musiało nas być z piętnaście osób. To było spontaniczne – na nic się nie umawialiśmy. Gdy tylko opuściliśmy szkolne getto, skierowaliśmy się autostradą numer 441 na południe – do domu.

Powiedziałem rodzicom prawdę: nigdy nie wrócę do Parkway, niezależnie od możliwych konsekwencji. Ku mojemu zaskoczeniu posłuchali i zgodzili się przenieść mnie do Rogers Traditional Middle School, w której ukończyłem szóstą klasę nie będąc bitym ani zastraszanym. Tamtego dnia w Parkway stało się coś ważnego. Rzuciłem niesprawiedliwości wyzwanie i poczułem wewnętrzną dumę. To był początek mojej prawdziwej edukacji.

* * *

Mimo tego, czego doświadczyłem w Parkway, okres, gdy mieszkaliśmy na Gardenia Road ma szczególne miejsce w mojej pamięci, bo to tam odkryłem najwspanialszy spośród wynalazków: baseball. Na końcu Gardenia Road znajdowało się coś, co można było określić tylko mianem wielkiego dołu w ziemi. Dół ów – dawniej żwirownię – przekształcono w park z boiskami i nazwano Southwest. Władze miasta Ft. Lauderdale zaordynowały zbudowanie tam kilku boisk do baseballa i jednego do futbolu amerykańskiego. W czasie ulewnych deszczów dół napełniał się na głębokość pół metra wodą; ale przez większość czasu było tam sucho. W parku spędzałem, praktycznie rzecz biorąc, większość swojego czasu.

Jesienią i zimą grałem w futbol; wiosną i latem – w baseball. Moja siostra Maura była cheerleaderką. Moim sportem był baseball, a grać umiałem naprawdę dobrze. Występowałem na pozycji miotacza. Trenerzy i sędziowie mówili, że nigdy jeszcze nie widzieli jedenastolatka, który rzucałby takie podkręcone piłki. Ojcowie zawodników z przeciwnych drużyn zostawali w parku do późna, żeby przyglądać się jak gram.

Co roku grałem z tymi samymi dziećmi, więc znałem ich mocne i słabe strony. Wiedziałem, które piłki będą w stanie odbić, a których – nie. Rzucanie piłką daje ci panowanie nad sytuacją. Panujesz nad tempem gry i to najczęściej pozwala ci wpłynąć w decydujący sposób na jej wynik. Uwielbiałem to. Aby doskonalić swoje umiejętności, kupiłem poświęconą grze miotacza książkę zawierającą rady Boba Fellera, członka Galerii Sław Baseballu. Z książki nauczyłem się, jak należy trzymać piłkę i jak wykorzystywać łączący jej powłokę ścieg, by rzucać „ślizgacze”, „proste” i zabójcze „podkręcone”.

Gdy wszedłem w swój rytm, nie popełniałem błędów. Piłka leciała tam, gdzie chciałem. Sędzia, łapacz i ja działaliśmy jak jedność – jakby nasze umysły zostały w niewidzialny sposób połączone. Pierwszy rzut: szybka piłka w sam środek, żeby od razu zyskać przewagę. Drugi rzut: piłka podkręcona. Przechodząc na tryb „podkręconej”, ciskałem piłkę prosto w biodro pałkarza. Widać było jak robi coraz większe oczy w oczekiwaniu aż piłka go uderzy, lecz dokładnie w momencie, gdy wykonywał nagły ruch, by wycofać się ze swojego stanowiska, piłka skręcała i trafiała prosto w ręce łapacza. „Sss-trajk!” – krzyczał przeciągle sędzia i na znak udanego rzutu wyciągał w bok zaciśniętą pięść. Sędzia robił się coraz bardziej ożywiony w miarę odsyłania przeze mnie kolejnych pałkarzy na ławkę rezerwowych. Gdy wypracowałem już sobie przewagę, miotałem piłką po rogach bazy domowej z użyciem „prostych” i „pozornie szybkich” – a potem wracałem do „podkręconych”.

Pierwszy raz w życiu miałem do czynienia ze sztuką.


[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Obserwator (The Lay Pulpit) „Sekciarstwo – i jego konsekwencje”

 
Jeden z komentatorów artykułu opublikowanego niedawno na stronie Pistrina Liturgica zacytował następujący fragment z biuletynu informacyjnego Seminarium Trójcy Przenajświętszej Wielkiego Dona [bpa Donalda Sanborna]:

W niedziele i święta obowiązuje zakaz przebierania się na terenie seminarium. Mężczyznom nie wolno zdejmować krawatów na parkingu. Należy przybywać na teren seminarium w najlepszym ubraniu niedzielnym i opuszczać teren seminarium w najlepszym ubraniu niedzielnym. Proszę zwrócić uwagę na zmianę w regułach dotyczących ubioru: Wysokość obcasów w damskich butach nie może od teraz przekraczać dwóch cali, a to celem nienaruszania zasady zachowania skromności w Domu Bożym”. Tak, dobrze słyszeliście: na parkingu mężczyźni nie mogą nawet zdjąć krawata, a obcasy – których dopuszczalna wysokość wynosiła dotychczas trzy cale – obecnie mogą mieć ich co najwyżej dwa.

Ale czekajcie! Aby nie pozostać w tyle za Obłąkanym Donstworem, Dannie Dolan [bp Daniel Dolan] (znany też jako „Wyrocznia z West Chester”) wydał z siebie ostatnio następujące zarządzenie: uczestnictwo we Mszy una cum to grzech śmiertelny. Tak, chłopcy i dziewczęta, uczestnictwo we Mszy una cum nie jest już „po prostu zakazane”. Czyn ów awansował do poziomu grzechu śmiertelnego.

Wspomniane wyżej orzeczenia domagają się odpowiedzi na pytanie: Czy Donnie i Donstwór stracili już resztki swoich poplątanych rozumków? Cóż, to być może – ale niezależnie od tego, czy faktycznie tak się stało, dekrety wyżej wymienionych krwiopijców stanowią rozpaczliwą próbę odzyskania przez nich „władzy” nad swoimi trzódkami – pokazania im, że wciąż nimi rządzą. Wielki Don, wciąż nie mogący odzyskać równowagi po utraceniu kościoła Pani Fatimskiej Słonecznej Królowej w Arizonie [na rzecz kapłana współpracującego z CMRI] – oraz Dannie, rozczarowany, że zorganizowany przezeń pięćdziesiątnicowy „Niedzielny Spęd” nie zwabił większej liczby frajerów na jego wieczorno-piątkowe cierpiętnicze długodystansowce – czują się obecnie dość niepewnie. A cóż robi niepewny swego dyktator, gdy czuje, że traci kontrolę nad sytuacją? Staje się jeszcze bardziej autorytarny – oto co robi.

Nie powinno jednak nikogo dziwić, że Wielki Don wydaje swój najnowszy obłąkańczy okólnik z „zestawem reguł dotyczących odziewania się”, Dannie zaś swój równie obłąkańczy dekret w sprawie mszy una cum. To kolejne dwie wyraźne oznaki, że SGG [kościół św. Gertrudy z Helfty zwanej Wielką w West Chester, Ohio] oraz MHT [Seminarium Trójcy Przenajświętszej] są (i zawsze nimi były) SEKTAMI – charakteryzują się wszelkimi klasycznymi cechami sekty: potworzeniem arbitralnych (i nieodmiennie irracjonalnych) „zasad”, których przestrzegać muszą ich wyznawcy (ale do których nie muszą stosować się przywódcy sekty oraz ich ulubieńcy); wystawnym życiem na koszt wyznawców; i przedstawianiem się jako „jedyni prawdziwi katolicy”, którymi w istocie nie są.

Właśnie z tego powodu Dannie był w stanie bez chwili zastanowienia zlekceważyć oglądanie przez ucznia jego szkoły pornografii oraz uprawianie nierządu ze współuczennicą (skutkujące ciążą) i zbyć je stwierdzeniem: „Chłopcy tacy już są” – ponieważ czynów tych dopuścili się synowie jednego z jego ulubieńców – „dyrektora szkoły”. Ale niech tylko jakiś uczeń-nieszczęśnik zapomni zrobić pracy domowej, a zaraz zostanie mu wymierzona kara cielesna z użyciem drewnianej kopystki – w obecności członków ciała pedagogicznego wezwanych na świadków „egzekwowania dyscypliny”. Albo niechże jakiemuś „szeregowemu” parafianinowi zdarzy się podczas wakacji uczestniczyć we Mszy w „niezatwierdzonej” kaplicy, a odmawia mu się Komunii Świętej. Ponadto od szeregowych parafian oczekuje się stosowania do wielkopostnych zasad dotyczących powstrzymywania się od pewnego rodzaju potraw oraz ograniczenia ilości pokarmu, podczas gdy Dannie wyskakuje sobie do Meksyku, gdzie pożera „mięsiwo w obfitości”. I to dlatego Dannie i Tony [x. Antoni Cekada] obiadują w eleganckich restauracjach i wyprawiają się na „apostolaty” w ekskluzywne miejsca, a szeregowi „getrudziarze” nigdzie nie podróżują, ale dostają w siedzibie sekty wikt należny plebsowi; ci pierwsi „się zabawiają”, a ci drudzy – „się słuchają”.

A cóż gertrudziarze dostają w zamian za znoszenie całej tej maskarady? Co takiego Dannie i Tony sprzedają im jako „prawdziwy katolicyzm”? „Pokazówkę” – rzecz jasna. Wpadnij do Gertrudy w dowolną niedzielę na Mszę uroczystą, a według wszelkiego prawdopodobieństwa natkniesz się na defiladę (lub jakąś inną formę pontyfikalnego pomponiarstwa). W każdą bez wyjątku niedzielę Jego Ważniakowatość sunie gertrudzimi nawami (w pełnym rynsztunku duchownego – to oczywiste – otoczony olbrzymią czeredą ministrantów, ceroferariuszy oraz całą resztą tego blichtru) przy możliwie najdonośniejszych dźwiękach kościelnych dzwonów – roztaczając wokół siebie (to jasne jak słońce) unoszące się gęstymi kłębami kadzidło w ilości wystarczającej, by wszyscy znajdujący się w pobliżu dostali ataku kaszlu. (Raz nawet uruchomił się alarm pożarowy).

Ale czy to wszystko „nieskażona wiara”? Czy wiernym serwuje się w SGG prawdziwy katolicyzm? Nie – oczywiście, że nie. SGG to miejsce, w którym „pasterze” każą na temat „chronienia naszych niewinnych dzieci”, lecz w praktyce dają przyzwolenie na wspomniane wyżej niemoralne zachowanie oraz sadystyczne traktowanie owych niewinnych dzieci przez zwyrodniałego „dyrektora szkoły”. (A szaleństwo na tym się nie kończy: pewien „nauczyciel religii” z nadania Danniego ogłosił, że jeżdżenie na kolejce górskiej w parku rozrywki oraz wejście do kościoła w sportowej opasce na głowę to grzechy śmiertelne!). I cóż za szaleniec, ośmielimy się spytać, byłby zdolny powiedzieć, że jedna Msza una cum to coś gorszego niż wszystkie dokonane kiedykolwiek aborcje? Prefekt MHT – oto kto. Przykra prawda jest taka, że w ośrodkach sekciarstwa nie ma ani krzty moralności, ani prawdziwego katolicyzmu. To tyle, jeśli chodzi o katolicyzm opisywanych sekciarzy.

Dlaczego więc gertrudziarze znoszą to wszystko? Czy nie są świadomi tego wszystkiego? Odpowiedź – w większości przypadków – brzmi: NIE, SĄ TEGO WSZYSTKIEGO ŚWIADOMI. I na tym polega kłopot: są świadomi – i to powoduje, że są kimś jeszcze GORSZYM od przywódców sekty. Można bowiem zrozumieć, dlaczego Dannie, Tony i Donny robią to, co robią. Nic na to nie mogą poradzić: szubrawcy postępują jak szubrawcy. Ale gertrudziarze – ci „katolicy”, którzy ZNAJĄ przewrotność w/w łotrów i mają osobistą wiedzę na temat tych wielu, nad którymi ci się pastwili – dlaczego wciąż uczestniczą w życiu SGG? Skoro wiedzą, czemu wciąż w tym trwają? Dlatego właśnie raz jeszcze powtarzamy, że są w istocie GORSI niż Dannie i Tony, ponieważ – mając pełną wiedzę, na temat tego jakie z nich kanalie – wciąż wspierają finansowo te kreatury (w ten sposób pozwalając im na dalszą działalność) – po prostu dlatego, że nie mogą się obyć bez ich „pokazówki” [2].

Najbardziej zaś winnymi spośród „tych, którzy wiedzą” są najpewniej ci, którzy mają dzieci i wnuki (i od lat „chronią” je przed prawdą na temat wszech matactw przywódców sekty) i którzy trzymają się SGG ze względu na „pokazówkę” – po prostu dlatego, że chcą oglądać jak ich pociechy przystępują do pierwszej Komunii Świętej (albo pobierają się) w w „kościelnej” oprawie. To jest GŁĘBOKO CHORE. To w istocie właśnie ci ludzie grają rolę dziwek w ohydnej operze mydlanej SGG – są gotowi poświęcić dusze wspomnianych młodych ludzi tylko ze względu na „show”. Nie zdają sobie sprawy z tego, że pewnego dnia owi młodzi ludzie dowiedzą się w końcu prawdy o Danniem i Tonym – a gdy to się stanie, bardzo prawdopodobne, że przeżyją głębokie rozczarowanie – być może nawet stracą wiarę? Czy wspomniali dorośli nie mają świadomości, że lojalność winni są swoim rodzinom, a nie sekcie; że są odpowiedzialni za swoje dzieci oraz ich duchowe dobro – i że odpowiedzą za to przed Bogiem? Czy jest dla nich nie do pojęcia, że dusze ich dziecidaleko bardziej ważne niż „pokazówka” [3]?

Gdyby nie wsparcie ze strony tych pozbawionych kręgosłupa nikczemników, przywódcy sekty wypadliby z interesu. Ale ze względu na to, że nikczemni bezkręgowcy nadal ich finansują, Dannie, Tony i Donny są w stanie nadal siać zniszczenie. A cokolwiek wyrabiają hersztowie sekty, wspierający ich ludzie muszą zdać sobie sprawę, że są współsprawcami ich łotrostw – w równym co oni stopniu ponoszą za nie odpowiedzialność. W istocie ponoszą ją w stopniu większym, bo – powtarzania tego nigdy za wiele – są również odpowiedzialni za swoje dzieci, spośród których liczne – ze względu na to, że ich rodzice przedłożyli dobro sekty nad dobro swoich rodzin – zeszły na złą drogę i/lub straciły Wiarę. Wagi tego faktu (oraz jego konsekwencji) nie sposób przecenić.

Czy gertrudziarze nie rozumieją, o co toczy się gra – nie pojmują, jak ich czyny wpływają na życie (i dusze) innych? Czy nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego działania (albo bierności)? Czy są tak ślepi, że nie widzą, iż zbliża się katastrofa? Odpowiedź brzmi: i tak – i nie. Z jednej strony: tak, są w pewnym sensie „zaślepieni” przez hersztów sekty – olśniewającym widowiskiem oraz ckliwą „świętą mową”, którą hersztowie przedstawiają jako katolicyzm. Z drugiej strony: nie, bo tak naprawdę prawda wcale ich nie obchodzi – o ile dostaną swój „show”. W głębi serca wiedzą, że „coś jest nie tak”, ale pozwalają się oszukiwać, ponieważ to pójście po najmniejszej linii oporu.

Czy przyjdą po rozum do głowy? Śmiemy wątpić, bo ich problem polega na poddaniu się nie tyle ślepocie, co wadzie dużo fundamentalniejszej – PYSZE – na którą nie poradzi żadne naświetlanie faktów. Są zbyt dumni, by przyznać, że się mylą, i że przez lata stawiali na złego konia. Dannie zdołał przekonać ich, że – podobnie jak faryzeusz z przypowieści – gertrudziarze mają rację, a wszyscy inni się mylą. A z chwilą gdy gertrudziarze uderzą w moralizatorski ton, trudno im się go wyrzec. Trudno być pokornym – szczególnie faryzeuszowi. Poza tym gertrudziarze czują się zbyt „wygodnie” ze swoją namiastką katolicyzmu (a ludziom biernym tak trudno się zmienić). Lecz ów moralizatorski ton jest jak lotny piasek; jeśli gertrudziarze nie zmienią swojej postawy, zostaną pod nim pogrzebani – razem z hersztami sekty. A więc: czy przyjdą po rozum do głowy? Cóż, bez wątpienia mamy taką nadzieję – lecz z drugiej strony powtarzamy: śmiemy wątpić.

_______
PRZYPISY
[1] Nakładanie na wiernych zbyt wielkich ciężarów w ramach „prac na rzecz wspólnoty” to klasyczna taktyka sekt; przesadne absorbowanie członków sekty – zarówno fizyczne, jak psychiczne – jej sprawami; do tego stopnia, że nie mają już czasu, by pomyśleć o czymkolwiek innym; sekta staje się najistotniejszą sprawą w ich życiu. Klasycznym przykładem tego zjawiska jest los członków Świątyni Ludu, której przywódca, „Wielebny Jim Jones”, przekonał swoich wiernych do popełnienia zbiorowego samobójstwa (samobójcy spożyli zaprawioną cyjankiem oranżadę z proszku).

[2] Wśród gertrudziarzy nie znajdzie się prawdopodobnie ani jeden, który nie byłby świadomy przebiegu „sprawy Schiavo” i nikczemnej roli, jaką w owej smutnej historii odegrali wodzowie sekty. SAMA TA SPRAWA dać ludziom wystarczająco do myślenia, by przegonili Danniego i Tony'ego tam, gdzie pieprz rośnie. Dodajmy do tego niezliczone (i dobrze udokumentowane) skandale szkolne SGG z roku 2009 – skandale, których świadomi byli praktycznie wszyscy parafianie – i konstatujemy, że nie było absolutnie żadnego wytłumaczenia dla tego, by którykolwiek gertrudziarz miał nadal utrzymywać jakiekolwiek stosunki z tymi szumowinami (i wspierać je) – a jednak kontakt nie został zerwany.

[3] Wielu sposóród związanych z SGG młodych już zdało sobie z tego sprawę i pożegnało się z sektą – najliczniej we wspomianym 2009. Wtedy właśnie, gdy uczennica szkoły zaszła w ciążę za sprawą jednego z synów dyrektora, wiadomość o tym rozniosła się lotem błyskawicy – szczególnie wśród najmłodszych. Rozniosły się też wieści o innych nadużyciach (zwłaszcza tych szkolnych) i dzieci to wszystko spostrzegły; spostrzegły też hipokryzję skrajnie tolerancyjnej postawy przywódców sekty względem wspomnianych wydarzeń. To z pewnością wielu uczniów rozczarowało – niektórych do tego stopnia, że stracili wiarę. Możemy sobie tylko wyobrażać rozczarowanie tych izolowanych od prawdy młodych osób, gdy nadejdzie ich pora, by dowiedzieć się faktów – ich rozczarowanie oraz jego konsekwencje.

A wiele takich konsekwencji już nastąpiło: Jak zauważyliśmy w co najmniej jednym z opublikowanych już artykułów, wielu młodych byłych gertrudziarzy nie tylko porzuciło wiarę i zeszło na złą drogę; niektórym nawet urodziły się pozamałżeńskie dzieci; jedna z dziewcząt została lesbijką, inny zaś były gertrudziarz „zmienił płeć”. Ale jeszcze smutniejsze jest to, że w wielu spośród tych przypadków rodzice zdają się w ogóle nie przejmować tym, że ich dzieci zeszły na manowce – nie czują też żadnej odpowiedzialności za to, co się stało; umywają ręce i dalej robią to, co robili; grając świętoszkowanych idą za tym czy innym przywódcą sekty, udając, że nic się nie stało – jakbyśmy zejściem własnych dzieci na złą drogę miele się wcale nie przejmować, ani nie widzieć w tym żadnej naszej „winy”. (Czegóż jednak innego moglibyśmy spodziewać się po zindoktrynowanym przez sektę mózgu?).

Tłum. PASV

[Przypisy w kwadratowych nawiasach pochodzą od tłumacza].

[25 marca 2017]

Daniel Mitsui "Odnalezienie i Podwyższenie" (8): Początki sztuki gotyckiej




Ósma część wykładu, który Daniel Mitsui, artysta grafik, wygłosił 14 września 2015 roku z okazji otwarcia wystawy swoich prac na Franciszkańskim Uniwersytecie Steubenville.
_____



Witraże z kościoła opactwa St. Denis

Metafora ciała autorstwa św. Wincentego mówi o tym, że prawdziwy rozwój zależy od jego integralności, a nie od czasu, jaki zajmie. W najwspanialszych epokach sztuki chrześcijańskiej tradycja wzrastała i rozwijała się z zadziwiającą szybkością. Epokę rozkwitu, jaki nastąpił po odnalezieniu Krzyża Świętego, uważa się za okres niemowlęcy sztuki chrześcijańskiej; epokę wczesnego gotyku – za jego dorosłość.

I znowu, relikwie Męki naszego Pana stanowiły katalizator zdarzeń. Coroczne uroczystości odpustowe ku czci relikwii znajdujących się w opactwie St. Denis niedaleko Paryża stały się w roku 1137 już tak popularne, że opat Suger zanotował:

„Stłoczona ciżba dawała tak duży opór tym, którzy starali się oddać cześć świętym relikwiom – Gwoździowi i Koronie Pana – i ucałować je, że nikt spośród niezliczonych tysięcy ludzi nie mógł nawet ruszyć stopą z powodu zagęszczenia; z powodu tłumu nie można było zrobić nic poza staniem jak marmurowy posąg, pozostawaniem w odrętwieniu lub w ostateczności krzyczeniem […] Co więcej, bracia, którzy ukazywali przybywającym znaki Męki Pańskiej, dawali się ponieść gniewowi i wielokrotnie, nie mając gdzie się zwrócić, uciekali z relikwiami przez okna”.

Opat Suger postanowił powiększyć i zasadniczo przebudować kościół opactwa; jego artystyczny i architektoniczny projekt okazał się epokowy. To tutaj po raz pierwszy sklepienia krzyżowo-żebrowe, ostre łuki i wiszące przypory połączono w nowym rodzaju architektury, ramie, na której rozwijały się i rozkwitały sztuki monumentalnej rzeźby i witraży. W oknach opackiego kościoła teologia światła wyłożona przez zwanego Dionizusem autora Niebiańskiej hierarchii zyskała widzialną formę.

Argument przeciwko artystycznemu przepychowi autorstwa Bernarda z Clairvaux został spektakularnie odparty w dziełach takich jak wspaniały krucyfiks z St. Denis: wysoki na ponad 30 stóp, stał w nowym kościele opactwa; jego podstawę ozdobiono figurami czterech Ewangelistów, podporę – emaliowanymi tablicami ilustrującymi wydarzenia z życia Jezusa Chrystusa oraz ich zapowiedzi w Starym Testamencie, krzyż – kaboszonami z kamieni szlachetnych i dużymi perłami, jego korpus zaś – złotem.

Taka właśnie sztuka zaczęła inspirować wielkie katedry w Sens, Chartres, Laon, Paryżu, Bourges, Reims i Amiens. Rozprzestrzeniła się poza Francję, na całą katolicką Europę. Sztuka ta w swoim sposobie traktowania wszechświata oraz dokładności upodabnia się do scholastycznej teologii. Gotycka katedra to summa iconographica kodyfikacja i doskonałość starożytnej tradycji.

W XIII wieku powstały najwspanialsze okazy gotyckiej architektury, rzeźby i witrażu. Ponieważ specjalizuję się w małych, dwuwymiarowych dziełach sztuki, częściej spoglądam na kolejne dwa stulecia, w których swój kulminacyjny punkt osiągnęła sztuka iluminacji manuskryptów, malarstwa tablicowego, gobelinów i grafiki. Właśnie w tych późniejszych przykładach gotyku najczęściej szukam inspiracji.

***

Cytowane dzieła:

Suger of St. Denis,
On the Abbey Church of St. Denis and its Art Treasures, translated by Erwin Panofsky, (Princeton University Press, 1979).


Tłum. XBP & Łukasz Makowski

Gilbert Keith Chesterton „Czubek szpilki”



Ksiądz Brown zawsze twierdził, że rozwiązał tę zagadkę we śnie. I była to prawda, choć ujęta w całkiem osobliwy sposób, ponieważ rozwiązanie przyszło mu do głowy w chwili, gdy sen dość mocno mu zakłócono. Zakłócono go bardzo wcześnie rano waleniem, które zaczęło się w owym wielkim budynku czy też pół-budynku – wznoszonym właśnie naprzeciw jego lokum – olbrzymim mrowisku mieszkań wciąż w większej części pokrytym rusztowaniami i tablicami głoszącymi, że budowniczymi oraz właścicielami są panowie Swindon & Sand. Walenie ponawiano z wielką regularnością i łatwo było je rozpoznać, panowie Swindon & Sand bowiem specjalizowali się w jakiejś nowej amerykańskiej metodzie kładzenia cementowych podłóg, które – mimo iż gwarantowały później gładkość, trwałość, nieprzepuszczalność oraz nieustającą wygodę (tak opisywały to reklamy) – musiały zostać w pewnych miejscach dociśnięte ciężkimi narzędziami. Ksiądz Brown usiłował jednak czerpać z tych prac znikomą, bo znikomą, ale pociechę, mówiąc, że zawsze budzą go w czas, by zdążył na najwcześniejszą Mszę, a zatem mają w sobie niemal coś z kuranta. „Jakkolwiek by na to patrzeć – mówił – to, że chrześcijan budzi młot, jest prawie tak poetyczne jak to, że budzi ich dzwon”. Po prawdzie jednak czynności budowlane działały mu nieco na nerwy – z innego względu. Nad wzniesionym do połowy budynkiem jak chmura wisiała groźba kryzysu na rynku pracy, który gazety zawzięły się przedstawiać jako strajk. W rzeczywistości, gdyby do kryzysu doszło, mielibyśmy do czynienia nie ze strajkiem, a z lokautem. Lecz ksiądz martwił się bardzo, że może do niego dojść. Można też dyskutować, czy walenie nadwyręża nerwy bardziej przez to, że może trwać w nieskończoność, czy przez to, że w każdej chwili może ustać.


– Tak podług mojego gustu i upodobania – rzekł ksiądz Brown, podnosząc wzrok i wpatrując się w budynek przez sowie okulary – wolałbym, aby hałas ustał. Chciałbym, by konstrukcja wszystkich domów zatrzymała się na etapie, gdy wciąż stoją wokół nich rusztowania. Niemal szkoda, że budowę domów w ogóle doprowadza się do końca. Mają wygląd tak świeży i pełen nadziei z tym bajecznie kunsztownym ornamentem w postaci białego drewna rusztowań, całe jasne i jaśniejące w słońcu; a człowiek tak często uznaje dom za wykończony dopiero wtedy, gdy przekształci go już w grobowiec.


Gdy odwrócił się od przedmiotu swego żywego zainteresowania, nieomal wpadł na człowieka, który właśnie przebiegł jak strzała drogę, kierując się w jego stronę. Był to człowiek, którego znał niezbyt dobrze, ale wystarczająco dobrze, by uznać go (w zaistniałych okolicznościach) za kogoś w rodzaju zwiastuna złych wieści. Pan Mastyk był krępym mężczyzną o kwadratowej głowie, która wcale nie wyglądała na należącą do Europejczyka; człowiekiem, który nie wyglądał wcale na mieszkańca Europy; ubrany był zaś w stylu mocno dandysowskim, który sprawiał wrażenie raczej zbyt świadomie zeuropeizowanego. Lecz ksiądz widział niedawno, jak rozmawiał on z młodym Sandem z firmy budowlanej – i to mu się nie spodobało. Ów Mastyk był głową organizacji stanowiącej raczej nowość na polu angielskiej polityki przemysłowej, a powstałej w reakcji na ekstremizm obu stron: regularnej armii nie należących do związków zawodowych i w większości cudzoziemskiego pochodzenia robotników wynajmowanych różnych firmom w postaci ekip robotniczych. Bez wątpienia krążył w okolicy z nadzieją, że wynajmie swoich robotników właśnie Sandowi. W skrócie: może uda mu się w drodze negocjacji przechytrzyć jakoś Związek Zawodowy i zapełnić dany zakład pracy łamistrajkami. Ksiądz Brown angażował się w niektóre ze sporów, ponieważ w pewnym zakresie odwoływały się na niego obie ich strony. A jako że kapitaliści bez wyjątku twierdzili, że, według ich najlepszej wiedzy, ksiądz jest bolszewikiem; wszyscy bolszewicy zaś poświadczali, że to reakcjonista sztywno przywiązany do ideologii burżuazyjnej, możemy wnioskować, iż ksiądz mówił całkiem do rzeczy bez żadnego dostrzegalnego wpływu na kogokolwiek. Jednak wieści przyniesione przez pana Mastyka obliczone były na wyszarpnięcie wszystkich ze zwyczajowych kolein dysputy.


– Chcą, aby ksiądz udał się tam natychmiast – rzekł pan Mastyk osobliwie akcentowanym angielskim. – Istnieje groźba morderstwa.


Ksiądz Brown w milczeniu podążył za przewodnikiem, wspinając się po kilku klatkach schodowych i drabinach nieukończonego budynku na podest, na którym zebrały się bardziej lub mniej znajome postacie głów z branży budowlanej. Była wśród nich nawet niegdysiejsza główna jej głowa, jakkolwiek od pewnego czasu raczej bujała ona w obłokach. Była to co najmniej głowa w diademie, który jak obłok ukrywał ją przed ludzkimi oczami. Innymi słowy: lord Stanes nie tylko skończył czynną działalność w branży budowlanej, lecz porwała go Izba Lordów i zniknął. Gdy z rzadka na powrót się pojawiał, zawsze wyglądał ospale i ponuro; niemniej jednak obecny powrót, w połączeniu z powrotem Mastyka, zdawał się zwiastować jakieś zagrożenie. Lord Stanes był chudym człowiekiem o podłużnej głowie i głęboko osadzonych oczach z bardzo niewielką liczbą przechodzących w łysinę jasnych włosów na głowie; był również spośród spotkanych przez księdza osób najbardziej uzdolnioną w dziedzinie uników. Nie miał sobie równych w prawdziwie oksfordzkim talencie mówienia: „Bez wątpienia ma pan rację” w ten sposób, by brzmiało to jak: „Bez wątpienia zdaje się panu, że ma rację” albo formułowania najzwyklejszego komentarza: „Tak pan sądzi?” z zamierzonym efektem cierpkiej sugestii: „No jasne!”. Ksiądz Brown przypuszczał jednak, że człowiek ów był nie tylko znudzony życiem, lecz także lekko zgorzkniały, choć czy to dlatego, że wezwano go z Olimpu, by zajął się takimi branżowymi sprzeczkami, czy dlatego, iż po prostu nie miał na nie żadnego już wpływu, odgadnąć było trudno.


Na ogół ksiądz Brown wolał raczej bardziej burżuazyjne towarzystwo sir Huberta Sanda i jego bratanka Henry’ego, choć osobiście wątpił, czy naprawdę z oddaniem wyznawali przypisywane burżuazji poglądy. To prawda, że sir Hubert Sand zyskał sobie w gazetach pozycję znacznej osobistości – zarówno jako mecenas sportu, jak i patriota w trakcie licznych kryzysów podczas wojny światowej oraz po jej zakończeniu. Zaszczyty – znaczne jak na człowieka w jego wieku – stały się jego udziałem we Francji, następnie zaś przedstawiano go jako święcącego tryumfy wielkiego przemysłowca, który z wielkim powodzeniem rozwiązuje konflikty wśród pracowników zakładów zbrojeniowych. Nazywano go „silnym człowiekiem”, lecz bez jego winy. Był w istocie masywnym, kordialnym Anglikiem; świetnym pływakiem, dobrym właścicielem ziemskim, wspaniałym pułkownikiem-ochotnikiem. I faktycznie: jego wygląd emanował czymś, co można określić jedynie mianem charakteru wojskowego. Był tęgiej budowy ciała, lecz utrzymywał wyprostowaną wojskową postawę. Jego kręcone włosy i wąsy wciąż miały barwę brązową, podczas gdy na jego twarzy kolory już jakby zanikały i bladły. Jego bratanek był przysadzistym młodzieńcem z rodzaju tych rzutkich albo raczej przepychających się w życiu łokciami. Miał stosunkowo małą głowę osadzoną na grubej szyi, tak jakby atakował wszystko niczym byk; ten sposób poruszania się wyglądał dość dziwacznie i chłopięco w połączeniu z zadziornie zadartym nosem, na którym balansowały binokle.


Ksiądz Brown widział to wszystko już wcześniej; a w tej chwili wszyscy patrzyli na coś całkiem nowego: w środku drewnianego rusztowania przybito gwoździem dużych rozmiarów, pojedynczą, huśtającą się na wietrze kartkę, na której niewprawna ręka nagryzmoliła coś wielkimi literami, które można było określić niewprawnymi niemal do szaleństwa, jakby ich autor był ledwie piśmienny albo symulował czy parodiował analfabetyzm. Nabazgrane słowa głosiły, co następuje: „Rada Robotnicza ostrzega Huberta Sanda, że jeśli obniży płace i zastosuje lokaut, zrobi to na własną zgubę. Jeżeli zacznie jutro wręczać wypowiedzenia, sprawiedliwie zginie z rąk ludu”.


Lord Stanes, obejrzawszy kartkę, cofał się właśnie parę kroków; spoglądając na swojego towarzysza, powiedział z dość osobliwą intonacją: – Cóż, to ciebie chcą zamordować. Najwyraźniej uznają, że mnie mordować nie warto.


W tej dokładnie chwili księdza Browna przeszył jeden z owych bezgłośnych elektryzujących wstrząsów fantazji, które poruszały niekiedy jego umysł w sposób niemal absurdalny. Odniósł osobliwe wrażenie, że człowiek, który właśnie mówił, nie mógł zostać zamordowany, ponieważ już był martwy. Była to – jak z wesołością przyznał – koncepcja całkiem bezsensowna. Lecz w zimnym, pozbawionym jakichkolwiek złudzeń, [dałbym tu przecinek] obojętnym spojrzeniu starszego rozmówcy z wielkiego rodu było coś, co zawsze przyprawiało go o gęsią skórkę; coś, co tkwiło w trupiobladej barwie jego nieprzyjaznych oczu. „Ten facet – pomyślał – ma zielone oczy i wygląda, jakby w jego żyłach płynęła zielona krew”.


Tak czy inaczej krew sir Huberta bez wątpienia nie miała barwy zielonej – wystarczająco czerwona w każdym ze znaczeń, napływała powoli do jego wysuszonych, a może wysmaganych wiatrem policzków z całą ciepłą pełnią życia, charakteryzującą naturalne i uzasadnione oburzenie ludzi dobrodusznych.


Przez całe życie – powiedział głosem mocnym, a jednak lekko drżącym – nigdy nie powiedziano mi ani nie zrobiono czegokolwiek podobnego. Mogłem się różnić...


– W tej sprawie żaden z nas nie może się różnić... – wtrącił gwałtownie bratanek sir Huberta. – Usiłowałem się z nimi dogadać, ale sprawy zaszły już za daleko.


– Nie sądzi pan naprawdę – zaczął ksiądz Brown – że pańscy robotnicy...


– Mówię, że mogliśmy się różnić – zaczął stary Sand, głosem wciąż nieco drżącym – Bóg mi świadkiem, że nie przepadałem za koncepcją grożenia angielskim pracownikom zatrudnieniem tańszej siły roboczej...


– Żaden z nas za tym nie przepadał – rzekł młodzieniec – lecz o ile cię, stryju, znam, ta kartka rozstrzyga sprawę.


Po krótkiej przerwie dodał: – Przypuszczam, tak jak mówisz, że faktycznie istniała między nami różnica zdań w sprawie szczegółów; ale w kwestii autentycznego kierunku postępowania...


– Mój drogi chłopcze – rzekł stryj uspokajająco. – Miałem nadzieję, że nigdy nie dojdzie do żadnej autentycznej różnicy zdań. – Z powyższych słów każdy, kto rozumie naród angielski, może wyciągnąć słuszny wniosek, że istniała różnica zdań bardzo znaczna. Istotnie: różnica między stryjem a bratankiem była niemal tak wielka jak między Anglikiem i Amerykaninem. Stryj hołdował angielskiemu ideałowi wycofania się z interesów, tłumacząc to przed światem chęcią rozpoczęcia na wsi życia dżentelmena-właściciela ziemskiego. Bratanek miał amerykański z gruntu ideał wejścia w interesy; wejścia niczym mechanik w sam ich mechanizm. I faktycznie: pracował z większością owych mechaników i znał większość procesów oraz tajników ich zawodu. Okazywał się Amerykaninem również w tym, że czynił to częściowo jako pracodawca – by pilnować, aby utrzymywali odpowiedni poziom; ale w pewien nieuchwytny sposób także jako równy swoim pracownikom, a przynajmniej szczycąc się tym, że przedstawia się także jako robotnik. Z tego powodu często zdawał się niemal ich przedstawicielem w dziedzinie zagadnień technicznych, odległych o lata świetlne od polityki i sportu, w których wybitnym specjalistą był jego stryj. Pamięć tych wielu sytuacji, gdy młody Henry wychodził z warsztatu praktycznie w samej koszuli, by domagać się jakiegoś ustępstwa dotyczącego warunków pracy, nadała szczególną moc, a nawet gwałtowność jego obecnej wrogiej reakcji wobec sprawy robotników.


– Cóż, to się tym razem, do cholery, doigrali i sami wylokautowali! – wrzasnął. – Po takiej groźbie nie pozostaje już nic innego niż im się przeciwstawić. Nie pozostaje nam teraz nic innego niż wylać ich wszystkich – natychmiast – z miejsca. W innym wypadku staniemy się pośmiewiskiem całego świata.


Równie oburzony stary Sand zmarszczył brwi, ale powoli zaczął: – Będę wielce krytykowany...


– Krytykowany! – młodzieniec wydał z siebie przenikliwy okrzyk. – Krytykowany za przeciwstawienie się groźbie morderstwa! Ma stryj jakiekolwiek pojęcie o tym, jak będzie krytykowany, jeśli się jej nie przeciwstawi? Ciekawe, jak spodobają się stryjowi nagłówki: Wielki kapitalista zastraszony – Pracodawca ulega groźbie morderstwa?


– Szczególnie – powiedział lord Stanes z lekką nutką nieprzyjaźni w głosie – szczególnie, że pojawił się już w tak wielu nagłówkach jako „silny człowiek przemysłu stalowego”.


Sand ponownie mocno się zaczerwienił, a spod gęstwiny wąsów dobiegł ich jego mętny głos: – W tej kwestii masz, rzecz jasna, rację. Jeśli te bydlaki sądzą, że się boję...


W tej właśnie chwili nastąpiła przerwa w rozmowie – do grupy podszedł szybkim krokiem szczupły młody człowiek. Pierwszym, co dało się u niego zauważyć, było to, że należał do ludzi, których mężczyźni – jak również kobiety – uważają za wyglądających nieco zbyt ślicznie, by uznać ich wygląd za sympatyczny. Miał piękne kręcone ciemne włosy, jedwabiste wąsy i mówił jak dżentelmen, lecz z niemal do przesady wytwornym akcentem i nazbyt perfekcyjną modulacją głosu. Ksiądz Brown rozpoznał go od razu jako sekretarza sir Huberta – Ruperta Rae, którego często widywał przemierzającego domostwo sir Huberta; nigdy jednak z taką niecierpliwością w ruchach i takim marsem na czole jak teraz.


– Przepraszam pana – zwrócił się do swojego pracodawcy – ale kręci się tu pewien człowiek. Zrobiłem, co w mojej mocy, aby się go pozbyć. Ma tylko list, ale zarzeka się, że musi wręczyć go panu osobiście.


– Chodzi o to, że najpierw poszedł do mojego domu? – spytał Sand, zerkając przelotnie na sekretarza. – Przypuszczam, że spędził pan tam cały ranek.


– Tak, proszę pana – odrzekł pan Rupert Rae.


Nastąpiła chwila ciszy, a potem sir Hubert Sand w krótkich słowach dał do zrozumienia, że lepiej będzie wspomnianego człowieka przyprowadzić, i zgodnie z rozporządzeniem mężczyzna się pojawił.


Nikt, nawet dama o najniewybredniejszym guście, nie powiedziałby, że przybysz wygląda szczególnie przystojnie. Miał olbrzymie uszy, twarz żaby i wytrzeszczał przed siebie oczy w sposób tak niewzruszony, że niemal upiorny; ksiądz Brown odpowiedzialność za to przypisywał jego szklanemu oku. Tak naprawdę kusiło go, by w wyobraźni wyposażyć owego człowieka w dwoje szklanych oczu – tak szklanym wzrokiem przypatrywał się on bowiem zgromadzonym. Lecz doświadczenie księdza, tak różne od jego wyobraźni, zdołało zasugerować mu kilka naturalnych przyczyn owego nienaturalnego spojrzenia jakby figury woskowej. Mężczyzna był niski i niechlujny; w jednej ręce trzymał wielki melonik, w drugiej zaś wielki zapieczętowany list.


Sir Hubert Sand spojrzał na przybysza, a następnie powiedział dość spokojnie, choć głosem, który wydawał się osobliwie nikły w kontekście pełni jego cielesnej obecności: – Ach – to ty.


Wyciągnął rękę po list, a potem, unosząc palec, rozejrzał się wokół przepraszającym wzrokiem, rozerwał pieczęć i przeczytał jego zawartość. Gdy skończył, wsadził list do wewnętrznej kieszeni, mówiąc pośpiesznie i głosem lekko cierpkim: – Cóż, zdaje mi się, że cała sprawa jest – jak to mówisz – zakończona. Żadne negocjacje nie są już możliwe – i tak nie zdołalibyśmy zapłacić im tyle, ile się domagają. Ale chciabym się z tobą jeszcze zobaczyć, Henry, w kwestii... w kwestii zasadniczego zamknięcia pewnych spraw.


– W porządku – odparł Henry, może lekko nadąsany, tak jakby chciał wspomniane sprawy zamknąć na własną rękę. – Będę po lunchu pod numerem 188; muszę sprawdzić, na jakim etapie budowy już tam są.


Człowiek ze szklanym okiem, jeśli rzeczywiście było ono szklane, odszedł sztywnym i ciężkim krokiem; zamyślone oczy księdza Browna (bynajmniej nie szklane) podążyły za nim, gdy przemierzał las drabin i znikał gdzieś na ulicy.


Właśnie następnego poranka ksiądz Brown doświadczył czegoś nietypowego – zaspał, a przynajmniej zerwał się z łóżka z subiektywnym przekonaniem, że z pewnością jest spóźniony. Częściowo wynikało to z tego, że pamiętał, tak jak człowiek może pamiętać treść snu, iż coś wybudziło go ze snu, w który chwilę później znów zapadł; nam przytrafia się to bardzo często, lecz księdzu Brownowi często się to nie zdarzało. Później zaś nabył osobliwego przeświadczenia (brała w tym udział jego mistyczna strona, zazwyczaj od spraw światowych oddalona), że właśnie na tej położonej gdzieś na uboczu, ciemnej wysepce krainy snu, pomiędzy dwoma przebudzeniami, leży – jak zakopany w ziemi skarb – prawda dotycząca tego, co się wydarzyło.


W zaistniałych okolicznościach chyżo wyskoczył w łóżka, wskoczył w ubrania, chwycił swój wielki parasol z rączką w formie dużej gałki i pośpieszył na zewnątrz, gdzie posępne blade światło porannego brzasku wyglądało na tle olbrzymiego ciemnego budynku jak rozbity lód. Zdumiał się, stwierdziwszy, że w zimnym krystalicznym poblasku ulice świecą niemal zupełnymi pustkami – widok ów powiedział mu, że prawie na pewno nie jest tak późno jak się obawiał. Wtedy nagle spokój zakłócił szybki jak strzała długi szary samochód, który zatrzymał się przed jednym z dużych, opuszczonych przez robotników mieszkań. Z wnętrza wyłonił się lord Stanes i podszedł do drzwi; w rękach trzymał (a wymagało to odeń sporego wysiłku) dwie walizy. W tej samej chwili drzwi otworzyły się i wydawało się, że ktoś się cofnął do wewnątrz mieszkania zamiast wychodzić na zewnątrz, na ulicę. Stanes dwukrotnie krzyknął coś do człowieka w mieszkaniu, zanim osobie tej najwyraźniej udało się ukończyć zaplanowany manewr, wychodząc na próg; między obiema postaciami doszło do krótkiej wymiany zdań, po której zakończeniu arystokrata poniósł walizy po schodach na górę, a w pełnym świetle dnia ukazały się szerokie ramiona oraz rozglądająca się wokół bacznie głowa jego rozmówcy – młodego Henry’ego Sanda.


Ksiądz Brown nie przypisywał temu osobliwego spotkaniu zbytniego znaczenia aż do chwili, gdy, dwa dni później, młodzieniec przyjechał do niego własnym samochodem i błagał, by kapłan wsiadł do środka. – Wydarzyło się coś strasznego – powiedział – i wolałbym porozmawiać raczej z księdzem niż ze Stanesem. Wie ksiądz, że Stanes przyjechał pewnego dnia do jednego z dopiero co ukończonych mieszkań, mając jakąś szaloną koncepcję rozbicia się w nim obozem. To dlatego musiałem przybyć tam wcześnie rano i otworzyć mu drzwi. Ale to wszystko jestem jeszcze w stanie zrozumieć. Chciałbym, aby natychmiast pojechał ksiądz do domu mojego stryja.


– Jest chory? – spytał ksiądz prędko.


– Sądzę, że nie żyje – odparł bratanek.


– Co ma pan na myśli, mówiąc, że sądzi, iż nie żyje? – spytał ksiądz Brown głosem dość raźnym. – Jest tam lekarz?


– Nie – odparł zapytany. – Nie ma ani lekarza, ani pacjenta... Na nic zda się wzywanie lekarzy, aby zbadali ciało, ponieważ ciało uciekło. Lecz obawiam się, że wiem, dokąd... prawda jest taka, że utrzymywaliśmy to przez dwa dni w tajemnicy, ale on zniknął.


– Czy nie byłoby lepiej – rzekł ksiądz Bown łagodnym głosem – gdyby opowiedział mi pan od samego początku o tym, co naprawdę się wydarzyło?


– Zdaję sobie sprawę – odparł Henry Sand – że to piekielny wstyd mówić o staruszku tak lekceważąco, lecz ludzie zachowują się w ten sposób, gdy coś nimi wstrząsa. W ukrywaniu tajemnic jestem do niczego. Tak w większym lub mniejszym skrócie... cóż, opowiem teraz księdzu w skrócie większym. Chodzi o to, co niektórzy nazwaliby teorią wielce ryzykowną: rzucaniem na oślep podejrzeń i tak dalej. Ale tak w większym skrócie: mój nieszczęsny wuj popełnił samobójstwo.


W chwili, gdy to mówił, gnali już autem przez najdalsze przedmieścia i wjeżdżali na skraj lasu i położonego za nim parku; do bramy i stróżówki niewielkiej posiadłości sir Huberta Sanda mieli jeszcze pół mili przez coraz większą gęstwę buków. Posiadłość składała się zasadniczo z małego parku oraz wielkiego ozdobnego ogrodu, który schodził utrzymanymi z pewnym klasycznym przepychem tarasami aż na brzeg największej w okolicy rzeki. Gdy tylko dojechali przed domostwo, Henry dość pośpiesznie pociągnął księdza za sobą przez stare georgiańskie pokoje i wyprowadził na drugą stronę domu; tam w ciszy zeszli po zboczu – dość stromym i osłoniętym kwiatami – na miejsce, z którego widać było blade wody rzeki rozlewające się przed nimi tak płasko, jakby obserwowali ją z lotu ptaka. Znajdowali się właśnie na zakręcie ścieżki, mając nad sobą olbrzymią klasyczną urnę ukoronowaną wyglądającym w tym miejscu cokolwiek absurdalnie wieńcem geranii, gdy ksiądz Brown spostrzegł, że zaraz poniżej, wśród krzaków i cienkich pni drzew, coś się rusza – tak szybko jak spłoszone ptaki. Nad rzeką, w gęstwinie smukłych drzew, dwie postacie zdawały się rozdzielać i udawać w różnych kierunkach; jedna z nich prześlizgnęła się błyskawicznie w cień, druga zaś wyszła im naprzeciw, powodując, że z nagła zatrzymali się i z niezbyt wytłumaczalnego powodu zamilkli. Wtedy Henry Sand rzekł swoim mocnym głosem: – Sądzę, że zna pani księdza Browna... lady Sand.


Ksiądz Brown istotnie znał ją, lecz w tamtej chwili mógłby właściwie powiedzieć, że jej nie zna. Jej twarz była tak blada i ściągnięta, że wyglądała jak maska aktora w greckiej tragedii; była od męża znacznie młodsza, lecz w owym momencie sprawiała wrażenie jakby starszej od wszystkiego w tym starym domu i ogrodzie. Ksiądz zaś pamiętał – i wywoływało to w nim podświadomy dreszcz – że pochodziła ze starszej i bardziej szacownej rodziny niż jej mąż i to ona była faktyczną właścicielką posiadłości. Rodzina lady Sand znajdowała się bowiem w jej posiadaniu. Należała ona do rodu lady Sand, gdy zaliczał się jeszcze do zubożałej arystokracji, zanim lady Sand przywróciła jej mu świetność przez małżeństwo z człowiekiem prowadzącym z powodzeniem interesy. Gdy tak stała, mogła uchodzić za portret całej rodziny, a nawet za jej ducha. Jej blade oblicze należało do tego typu szpiczastych twarzy, które mają jednocześnie kształt owalny – jak ten widywany na niektórych dawnych portretach Marii I Stuart; a malujący się na niej wyraz zdawał się wykraczać poza zrozumiałą niezrozumiałość sytuacji, w której jej mąż zniknął i był podejrzewany o popełnienie samobójstwa. Ksiądz Brown, powodowany tym samym co poprzednio podświadomym tokiem myślenia, zastanawiał się, kim była osoba, z którą lady Sand rozmawiała między drzewami.


– Przypuszczam, że zna już ksiądz wszystkie te okropne doniesienia – rzekła z pełnym smutku opanowaniem. – Biedny Hubert musiał załamać się pod ciężarem całego tego prześladowania ze strony rewolucjonistów i wpaść w szaleństwo do tego stopnia, by odebrać sobie życie. Nie wiem, czy ksiądz może cokolwiek zrobić, ani czy da się pociągnąć tych straszliwych bolszewików do odpowiedzialności za zaszczucie go na śmierć.


– Jestem okrutnie strapiony, lady Sand – powiedział ksiądz Brown. – Niemniej jednak, muszę to przyznać, nieco zakłopotany. Mówi pani o prześladowaniu: czy sądzi pani, że ktoś zdołałby zaszczuć jej męża na śmierć w ten sposób, że po prostu przyczepił szpilką na ścianie ten kawałek papieru?


– Sądzę – rzekła lady, a jej oblicze spochmurniało – że poza kartką prześladowano go również na inne sposoby.


– To pokazuje, jakie błędy człowiek może popełnić – rzekł ksiądz ze smutkiem. – Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że wykazałby się takim brakiem logiki, by w celu uniknięcia śmierci zadać sobie śmierć.


– Rozumiem – odparła lady, wpatrując się w księdza z powagą. – Nigdy bym w to nie uwierzyła, gdyby własnoręcznie tego nie napisał.


– Co takiego?! – krzyknął ksiądz Brown lekko podskakując, niczym królik, do którego właśnie strzelono.


– To prawda – rzekła lady Sand ze spokojem. – Zostawił list pożegnalny, więc obawiam się, że co do samobójstwa nie ma wątpliwości. – Po tych słowach ruszyła dalej zboczem w górę, z całym nienaruszalnym dystansem właściwym duchowi swojej rodziny.


Okulary księdza Browna skierowały się w niemym geście zapytania w stronę binokli pana Henry’ego Sanda. Wspomniany zaś dżentelmen po chwili wahania odezwał się ponownie w swoim bezceremonialnym i spontanicznym stylu: – Tak, widzi ksiądz, teraz wydaje się całkiem jasne, co zrobił stryj. Zawsze świetnie pływał i miał zwyczaj co rano przychodzić nad rzekę w szlafroku, by wziąć krótką kąpiel. Cóż, przyszedł nad rzekę jak zwykle i zostawił szlafrok na brzegu – wciąż tam leży. Ale zostawił też wiadomość mówiącą, że idzie ostatni raz popływać, a potem śmierć czy coś podobnego.


– Gdzie zostawił tę wiadomość? – spytał ksiądz Brown.


– Wyskrobał ją na drzewie – o tam, nad wodą; zaraz poniżej miejsca, gdzie leży szlafrok. Podejrzewam, że to ostatnia rzecz, którą zrobił przed śmiercią. Niech ksiądz podejdzie i sam zobaczy.


Ksiądz Brown zbiegł ostatnim krótkim odcinkiem zbocza na brzeg rzeki i bacznym wzrokiem spojrzał pod zwieszające się gałęzie drzewa, którego liście niemal dotykały płynącej wartko wody. I faktycznie, ujrzał wydrapane na gładkiej korze słowa – rzucające się w oczy i nie pozostawiające żadnych wątpliwości: „Jeszcze jedna kąpiel, a potem tonę. Do zobaczenia. Hubert Sand”. Baczny wzrok księdza Browna powędrował powoli coraz wyżej po brzegu – aż zatrzymał się na przepięknej sztuce odzienia – całej czerwonej i żółtej, z pozłacanymi frędzlami. Był to wspomniany szlafrok; ksiądz podniósł go i zaczął obracać na lewą stronę. Niemal w tej samej chwili uzmysłowił sobie, że przez jego pole widzenia przemknęła jakaś postać – wysoka i ciemnowłosa – która przekradała się od jednej kępy drzew do drugiej, jakby podążając śladem znikającej damy. Ksiądz nie miał praktycznie wątpliwości, że postacią ową jest towarzysz, z którym lady niedawno się rozłączyła. Jeszcze mniejsze wątpliwości miał co do tego, że był nim sekretarz zmarłego, pan Rupert Rae.


– Rzecz jasna, może zostawienie wiadomości przyszło mu do głowy już na samym końcu – rzekł ksiądz Brown nie podnosząc wzroku, przykutego do czerwono-złotego ubrania. – Wszyscy słyszeliśmy o wyskrobywanych w korze wyznaniach miłości; zdaje mi się, że mogą również istnieć pisane na drzewach wyznania śmierci.


– Cóż, w kieszeniach szlafroka nie nosił, jak sądzę, nic – rzekł młody Sand. – A to zupełnie naturalne, że ktoś wydrapuje wiadomość na korze, jeśli nie dysponuje piórem, atramentem czy papierem.


– Brzmi jak ćwiczenia z francuskiego – rzekł ksiądz ponuro. – Ale nie o tym myślałem. – Po chwili ciszy dość zmienionym głosem dodał: – Szczerze mówiąc, myślałem nad tym, czy nie jest zupełnie naturalne, że ktoś wydrapuje wiadomość na drzewie, nawet jeśli dysponuje stosami piór, litrami atramentu i całymi ryzami papieru.


Henry patrzył na księdza z miną dość zaskoczoną; na zadartym nosie przekrzywiły mu się binokle. – A cóż ksiądz przez to rozumie? – spytał ostro.


– Cóż – odparł ksiądz Brown powoli – nie chodzi mi o to, że listonosze będą nosić listy w postaci kłód albo że ktoś kiedykolwiek skrobnie coś do przyjaciela na sośnie i umieści na niej znaczek pocztowy. Musiałoby chodzić o szczególny rodzaj okoliczności – w istocie musiałoby chodzić o szczególnego rodzaju człowieka – który naprawdę najwyżej ceniłby ową nadrzewną korespondencję. Lecz biorąc pod uwagę sytuację i osobę, powtarzam to, co powiedziałem: człowiek ów tak czy inaczej wydrapałby na drzewie ten napis; nawet gdyby – zgodnie ze słowami piosenki – cały świat był pełen papieru, a wszystkie morza – atramentu; nawet gdyby koryto tej rzeki napełniono po brzegi atramentem do wiecznych piór i gdyby wszystkie okoliczne puszcze były lasem piór gęsich i wiecznych.


Było oczywiste, że Sand czuje pewne przerażenie, poznając pełne fantazji owoce wyobraźni księdza: albo dlatego, że uznawał je za niemożliwe do pojęcia, albo dlatego, że zaczynał je pojmować.


– Widzi pan – rzekł ksiądz Brown, jednocześnie obracając szlafrok powoli na drugą stronę – nie spodziewamy się, że napis wydłubany przez kogoś na drzewie będzie należał do najbardziej typowych przykładów jego charakteru pisma. A jeśli ten człowiek nie jest tym człowiekiem – jeśli wyrażam się jasno... Zaraz, zaraz!


Ksiądz spoglądał w dół na szlafrok i przez chwilę zdawało się, jakby część jego czerwonych elementów przykleiła mu się do palca; lecz obie zwrócone w stronę szlafroka twarze były już o odcień bledsze.


– Krew! – powiedział ksiądz Brown; i na chwilę zapanowała śmiertelna cisza, w której słychać było jedynie melodyjne odgłosy rzeki.


Henry Sand odchrząknął i pociągnął nosem, wydając przy tym odgłosy bynajmniej nie melodyjne. Następnie dość chrapliwym głosem zapytał: – Czyja?


– Och, moja – odparł ksiądz Brown; ale nie uśmiechnął się.


Chwilę później powiedział: – W szlafroku była szpilka, którą się ukłułem. Sądzę jednak, że nie docenia pan doniosłej wagi tego faktu... czubka szpilki. Ja ją doceniam – i zaczął ssać palec niczym dziecko.


– Widzi pan – ciągnął po kolejnej chwili ciszy – szlafrok był złożony i spięty szpilką; nikt nie zdołałby go rozłożyć bez drobnego przynajmniej skaleczenia. Prostymi słowy: Hubert Sand wcale nie miał tego szlafroka na sobie. Podobnie jak nie pisał niczego na tym drzewie. Ani nie utopił się w tej rzece.


Przekrzywione na dociekliwym nosie Henry’ego binokle spadły z brzękiem na ziemię; ale poza tym nie wykonał on żadnego ruchu, jakby zesztywniały z zaskoczenia.


– Co prowadzi nas na powrót – ciągnął radośnie ksiądz Brown – do żywionego przez kogoś zamiłowania dla umieszczania swojej prywatnej korespondencji na drzewach, jak w przypadku Hiawathy i jego pisma obrazkowego. Sand miał przed utopieniem się tyle czasu, ile dusza zapragnie. Czemu nie zostawił żonie wiadomości w formie takiej, w jakiej zrobiłby to człowiek przy zdrowych zmysłach? Albo spytajmy może... Dlaczego ów Drugi Człowiek nie zostawił żonie wiadomości w formie takiej, w jakiej zrobiłby to człowiek przy zdrowych zmysłach? Ponieważ musiałby podrobić pismo jej męża – a teraz, kiedy specjaliści są w tych sprawach tak wścibscy, zawsze sprawia to trudności. Ale nie możemy spodziewać się, że ktokolwiek będzie naśladował swój własny charakter pisma – nie mówiąc już o cudzym – gdy wydrapuje wielkie litery w korze drzewa. To nie jest samobójstwo, panie Sand. Jeśli to jest cokolwiek – to jest to morderstwo.


Paprocie i krzaki na leśnym podszyciu łamały się z trzaskiem, gdy olbrzymi młodzieniec wynurzył się z nich jak lewiatan i stanął pochylony z wysuniętą do przodu grubą szyją.


– W ukrywaniu tajemnic jestem do niczego – powiedział – i z lekka czegoś takiego się domyślałem – spodziewałem się tego, można by powiedzieć, od dłuższego czasu. Prawdę mówiąc, trudno mi zachowywać się względem tego człowieka uprzejmie – względem ich obojga, jeśli o tym już mowa.


– Co dokładnie ma pan na myśli? – spytał kapłan, patrząc mu z powagą prosto w twarz.


– Mam na myśli to – rzekł Henry Sand – iż wykazał mi ksiądz, że doszło do morderstwa, a ja sądzę, że mógłbym wskazać księdzu morderców.


Ksiądz Brown nie odezwał się ani słowem, a jego rozmówca ciągnął swą nie całkiem składną wypowiedź: – Powiedział ksiądz, że ludzie ryją czasem na drzewach wyznania miłości. Otóż tak się składa, że na tym drzewie znajdują się dwa takie wyznania: są tu pod liśćmi dwa połączone za sobą rodzaje monogramów. Przypuszczam, że zdaje sobie ksiądz sprawę, iż lady Sand była dziedziczką tej posiadłości na długo zanim wyszła za mąż; a już w tamtych czasach znała się z tym cholernym dandysem-sekretarzem. Sądzę, że mieli w zwyczaju spotykać się tutaj i wydłubywać swoje wyznania miłości na tym drzewie schadzek. Zdaje się, że później skorzystali z owego drzewa do innego celu. Bez wątpienia zrobili to z sentymentu – albo z oszczędności.


– To muszą być naprawdę potworni ludzie – rzekł ksiądz Brown.


– Czy nigdy w historii albo w kronikach policyjnych nie pojawili się żadni potworni ludzie? – spytał retorycznie Sand z pewnym podnieceniem. – Czy nie istnieli kochankowie, przez których miłość sprawiała wrażenie straszliwszej od nienawiści? Czyż nie wie ksiądz o Bothwellu i wszystkich krwawych legendach o tego rodzaju kochankach?


– Znam legendę o Bothwellu – odparł ksiądz. – Wiem też o niej, że jest całkiem legendarna. Ale to oczywiście prawda, że małżonków czasami pozbywano się w ten sposób. A tak à propos: gdzie się go pozbyto? To znaczy: gdzie ukryto ciało?


– Sądzę, że utopili go albo wrzucili do wody, gdy był już martwy – parsknął młodzieniec z niecierpliwością.


Ksiądz Brown zamrugał w zamyśleniu oczami, a potem powiedział: – Rzeka to dobre miejsce na ukrycie ciała wyimaginowanego; to wybitnie marne miejsce na ukrycie ciała istniejącego faktycznie. Chodzi mi o to, że łatwo powiedzieć, iż wrzuciło się ciało do rzeki; możliwe bowiem, że spłynie do morza. Lecz jeśli naprawdę wrzuciłeś ciało do rzeki, istnieje jedna szansa na sto, że tak się stanie; prawdopodobieństwo tego, że woda wyrzuci je gdzieś na brzeg, jest olbrzymie. Wydaje mi się, że musieli mieć lepszy pomysł na ukrycie ciała – w powyższym przypadku zostałoby ono już odnalezione. A gdyby odkryto na nim jakiekolwiek ślady przemocy...


– Och, pal licho ukrywanie ciała – rzekł Henry z pewną irytacją – czyż nie wystarczy nam dowód w postaci napisu na ich własnym diabelnym drzewie?


– Zwłoki są głównym dowodem w przypadku każdego morderstwa – odparł ksiądz. – W dziewięciu przypadkach na dziesięć praktyczny problem do rozwiązania stanowi miejsce ich ukrycia.


Nastała cisza; ksiądz Brown dalej rozkładał czerwony szlafrok i rozpościerał kolejne jego części na błyszczącej na słonecznym brzegu trawie; nie patrzył w górę. Lecz już od pewnego czasu miał świadomość, że cały krajobraz zmienił się dla niego wskutek pojawienia się trzeciej osoby, stojącej nieruchomo jak posąg w ogrodzie.


– Nawiasem mówiąc – rzekł, zniżając głos – jak wyjaśni pan zachowanie tego człowieczka ze szklanym okiem, który wczoraj przyniósł jego stryjowi list? Zdawało mi się, że lektura listu całkowicie go odmieniła; to dlatego nie zdziwiła mnie wiadomość o samobójstwie, gdy sądziłem jeszcze, że to było samobójstwo. Jeśli się mocno nie mylę, gość ów był dość podłym prywatnym detektywem.


– Cóż – powiedział Henry z wahaniem – cóż: mógł nim być – mężowie zatrudniają niekiedy detektywów do takich domowych tragedii, nieprawdaż? Podejrzewam, że zdobył dowody na ich romans, więc oni...


– Sugerowałbym, żeby mówić ciszej – rzekł ksiądz Brown – ponieważ pański śledczy śledzi nas w tej właśnie chwili zza tych krzaków, z odległości jakiegoś metra.


Spojrzeli w górę i faktycznie: goblin o szklanym oku lustrował ich owym nieprzyjemnie wyglądającym organem optycznym, a wyglądał tym bardziej groteskowo, że stał wśród białych woskowatych kwiatów w klasycznym ozdobnym ogrodzie.


Henry Sand ponownie porwał się na nogi z szybkością wyglądającą u kogoś tak potężnej postury na zawrotną i, bardzo rozgniewany, w obcesowy sposób spytał mężczyznę o to, co tutaj robi, jednocześnie każąc mu natychmiast stąd zjeżdżać.


– Lord Stanes – rzekł ogrodowy goblin – byłby wielce zobowiązany, gdyby ksiądz Brown był łaskaw przyjść do niego do domu i porozmawiać z nim.


Henry Sand obrócił się z wściekłością; ksiądz przypisał ją powszechnie znanej antypatii między nim a wspomnianym arystokratą. Gdy wspinali się po zboczu, ksiądz Brown zatrzymał się na chwilę, jakby śledząc wzrokiem wzory na gładkim pniu drzewa; rzucił przez chwilę okiem na bardziej pociemniały i trudniejszy do zauważenia hieroglif mający stanowić dowód romansu, a następnie wpatrzył się w szersze i zajmujące więcej miejsca słowa wyznania albo rzekomego wyznania zamiaru samobójstwa.


– Czy te litery coś panu przypominają? – spytał. A gdy posępny towarzysz księdza pokręcił głową, ten dodał: – Mnie przypominają litery na tym afiszu, który groził pańskiemu stryjowi zemstą robotników.


* * *


– To najtrudniejsza zagadka i najdziwniejsza historia, z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia – rzekł ksiądz Brown miesiąc później, siedząc naprzeciw lorda Stanesa w dopiero co umeblowanym lokalu numer 188 – mieszkaniu na skraju budynku, które wykończono jako ostatnie przed nastaniem interregnum – wybuchem sporu z pracownikami i rezygnacji z usług związkowców. Mieszkanie wyposażono w komfortowe meble, lord Stanes zaś występował z towarzyszeniem grogu i cygar, gdy ksiądz z grymasem na twarzy wypowiedział swoje wyznanie. Zachowanie lorda Stanesa stało się wtedy – co jak na jego chłodny i zdawkowy sposób bycia mogło zaskoczyć – dość przyjazne.


– Wiem, że te słowa dużo znaczą – biorąc pod uwagę osiągnięcia księdza – rzekł Stanes – ale najwyraźniej detektywi, włączając w to naszego uwodzicielskiego przyjaciela o szklanym oku, zdają się nie widzieć rozwiązania zagadki.


Ksiądz Brown odłożył cygaro i powiedział ostrożnie: – Nie chodzi o to, że nie potrafią dostrzec rozwiązania. Chodzi o to, że nie dostrzegają problemu.


– Faktycznie – powiedział jego rozmówca – może ja też go nie dostrzegam.


– Ten problem jest inny od wszystkich innych – właśnie z powodu jego wyjątkowości – rzekł ksiądz Brown. – Wydaje się, jakby przestępca celowo podjął dwa różne działania, z których każde mogło się udać – lecz które, podjęte naraz, mogły sobie jedynie wzajemnie zaszkodzić. Zakładam to, o czym jestem mocno przekonany: że ten sam morderca zawiesił obwieszczenie grożące dokonaniem zabójstwa w bolszewickim stylu, jak również wyrył na drzewie przyznanie się do zwyczajnego samobójstwa. Otóż może pan powiedzieć, że to mimo wszystko prawdopodobne, iż obwieszczenie było obwieszczeniem autorstwa proletariuszy; że jacyś robotniczy radykałowie chcieli zabić swojego pracodawcę – i faktycznie to zrobili. Nawet gdyby to była prawda, wciąż nie wyjaśniałoby to tajemnicy, dlaczego zostawili oni – albo ktoś inny – sprzeczny z powyższym trop sugerujący samobójstwo. Ale to z pewnością nie jest prawda. Żaden z tych robotników, jakkolwiek zajadły, nie zrobiłby czegoś takiego. Znam ich dość dobrze – całkiem dobrze znam ich przywódców. Snucie przypuszczeń, że ludzie tacy jak Tom Bruce albo Hogan zabijaliby kogoś, kogo mogliby zaatakować w gazetach i niszczyć na rozliczne inne sposoby, należy do tych psychologicznych objawów, które ludzie rozsądni nazywają obłąkaniem. Nie; był ktoś inny, niebędący oburzonym robotnikiem, kto najpierw odegrał rolę oburzonego robotnika, a następnie pracodawcy o samobójczych skłonnościach. Ale – to niepojęte – dlaczegóż? Jeśli sądził, że gładko przejdzie teoria o samobójstwie, mógłby z łatwością sprawić, że ujdzie za nie morderstwo; dlaczego zatem wcześniej zepsuł to wszystko, publicznie grożąc morderstwem? Można powiedzieć, że koncepcja samobójstwa przyszła mu do głowy później – jako mniej podejrzana niż koncepcja zabójstwa. Ale po ogłoszeniu zamiaru dokonania zabójstwa sugerowanie samobójstwa nie zmniejszało zainteresowania sprawą. Musiał mieć świadomość, że już obrócił nasze myśli w stronę morderstwa, podczas gdy całą istotą jego działania powinno być odsunięcie naszych myśli od tej koncepcji. Jeśli to był owoc późniejszego rozważnego namysłu, był to namysł osoby bardzo nierozważnej. A w moim mniemaniu ten zabójca jest osobą bardzo rozważną. Czy coś pan z tego rozumie?


– Nie – odparł Stanes – ale rozumiem, co ma ksiądz na myśli mówiąc, że nie dostrzegłem nawet problemu. Nie chodzi tylko o to, kto zabił Sanda; pytanie brzmi: dlaczego ktoś miałby oskarżać kogoś innego o zabicie Sanda, a następnie Sanda o to, że zabił sam siebie?


Ksiądz Brown ściągnął twarz, a cygaro zacisnął w ustach; jego koniec rytmicznie rozżarzał się i przygasał, jakby na znak gorączkowego pulsowania tętna w mózgu. Potem zaczął mówić – jakby do siebie samego: – Musimy prześledzić sprawę bardzo dokładnie i uczynić ją całkowicie przejrzystą. To jak oddzielanie od siebie wątków rozumowania; coś tego rodzaju. Ze względu na to, że sugestia morderstwa jakby niweczyła koncepcję samobójstwa, w normalnych warunkach zabójca nie podsuwałby myśli o uśmierceniu Sanda. Ale w rzeczywistości podsunął ją; miał więc jakiś inny powód, by to uczynić. Był to powód takiej wagi, że prawdopodobnie skłonił go do pogodzenia się z myślą, iż osłabi to drugą linię jego obrony: twierdzenie, że doszło do samobójstwa. Innymi słowy: owa sugestia morderstwa nie pojawiła się wcale po to, by komukolwiek zarzucać jego popełnienie. Mam na myśli to, że nie chodziło mu o postawienie komukolwiek zarzutu zabójstwa; nie sugerował morderstwa, aby zrzucić na kogoś innego winę za dokonanie go; zrobił to, co zrobił, z jakiegoś niepojętego osobistego powodu. Jego plan musiał zakładać publiczne grożenie Sandowi śmiercią: niezależnie od tego, czy miało to rzucić podejrzenia na osoby inne niż on sam. Z tego czy innego względu konieczne było samo obwieszczenie groźby. Ale dlaczego?


Zanim ksiądz przemówił ponownie, przez pięć minut, wulkanicznie skoncentrowany, ćmił tlące się cygaro. – Co dałoby obwieszczenie zamiaru dokonania zabójstwa poza daniem do zrozumienia, że strajkujący to mordercy? Co faktycznie dało? Jedno jest jasne: w nieunikniony sposób dało efekt odwrotny od deklarowanego. Obwieszczenie wzywało Sanda do tego, by nie stosował wobec swoich pracowników lokautu; i było prawdopodobnie jedynym istniejącym sposobem, by skłonić go do lokautu zastosowania. Trzeba pomyśleć o tym, jakim typem człowieka był Sand i jaką cieszył się reputacją. Człowiek nazwany przez nasze durne szukające sensacji gazety „silnym”, człowiek z serdecznością uznawany przez wszystkich najwybitniejszych osłów w Anglii za sportowca par excellence nie może ot tak ustąpić, bo ktoś grozi mu pistoletem. To byłoby jak chodzenie po Ascot z białym piórem zatkniętym za jego groteskowy biały kapelusz. Ustępując, sprzeniewierzyłby się noszonemu wewnątrz siebie ideałowi postępowania, które każdy niebędący naprawdę nikczemnym łotrem ceni wyżej od życia. Sand zaś nie był nikczemnikiem – był odważny; był również impulsywny. Zadziałało to natychmiast, jak urok: jego bratanek, który mniej lub bardziej przestawał z robotnikami, bez chwili zwłoki wykrzyknął, że groźbie należy się bezwzględnie i natychmiast przeciwstawić.


– Tak – rzekł lord Stanes – zauważyłem. – Popatrzyli na siebie przez chwilę, a następnie Stanes beztrosko dodał: – Więc sądzi ksiądz, że to, czego chciał zbrodniarz, to...


– Lokautu! – krzyknął ksiądz energicznie. – Strajku czy jak pan to inaczej nazwie; w każdym razie wstrzymania pracy. Chciał, by robota bezzwłocznie stanęła; aby łamistrajki bezzwłocznie zajęli miejsce dotychczasowych robotników; bez wątpienia tego, by związkowcy bezzwłocznie pracę stracili. To o to chodziło mu naprawdę – Bóg jeden wie dlaczego. I udało mu się to osiągnąć – bez, jak sądzę, zbytniego kłopotania się o wynikający z przebiegu wydarzeń domyślny wniosek, że istnieją jacyś bolszewiccy zabójcy. Ale potem... potem, jak mi się zdaje, coś poszło nie tak. Tylko zgaduję i bardzo powoli szukam po omacku odpowiedzi na pytanie, rozwiązania tej zagadki, lecz jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, jest takie, że coś zaczęło przyciągać uwagę do prawdziwej istoty problemu – do przyczyny, dla której chciał spowodować wstrzymanie budowy. A potem – z opóźnieniem, desperacko i niezbyt konsekwentnie – usiłował zasugerować inny trop, który prowadził do rzeki – z tej prostej i jedynej przyczyny, że odciągał on od mieszkań.


Ksiądz spojrzał w górę przez przypominające tarczę księżyca szkła swoich okularów, chłonąc sobą całe wysokiej klasy wyposażenie wnętrza – powściągliwy luksus otaczający dystyngowanego światowca – i przeciwstawił je owym dwóm walizkom, z którymi obecny mieszkaniec apartamentu przybył tak niedawno do wykończonego dopiero co i nieumeblowanego mieszkania. Potem dość obcesowo rzekł: – Krótko mówiąc, morderca bał się czegoś lub kogoś znajdującego się w apartamentach. Tak przy okazji: dlaczego pan przybył, aby tu zamieszkać?... A drugie przy okazji: młody Henry powiedział mi, że umówił się pan z nim wcześnie rano, gdy się tu wprowadzał. Czy to prawda?


– Żadną miarą – odrzekł Stanes. – Poprzedniego wieczoru dostałem klucz od jego stryja. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego Henry przyszedł tu owego ranka.


– Ach – rzekł ksiądz Brown – skoro sprawy tak się mają, sądzę, że mam jakieś pojęcie o tym, dlaczego przyszedł... Tak mi się właśnie zdawało, że zaskoczył go pan, wchodząc do środka właśnie w tym momencie, gdy on wychodził.


– Niemniej jednak – powiedział Stanes, patrząc z błyskiem swoich szarozielonych oczu – w istocie sądzi ksiądz, że ja również jestem tajemnicą.


– Sądzę, że jest pan dwiema tajemnicami – rzekł ksiądz Brown. – Pierwsza to ta, dlaczego najpierw odszedł pan z firmy Sanda. Druga: czemu po zakończeniu z nim współpracy wrócił pan, by zamieszkać w jego budynkach.


Stanes palił cygaro w zamyśleniu, strząsnął zeń popiół i uderzył w stojący przed nim za stole dzwonek. – Jeśli mi ksiądz wybaczy – rzekł – wezwę do naszej rady jeszcze dwie osoby. Jackson, drobnej postury detektyw, o którym ksiądz wie, przybędzie na dźwięk dzwonka; poprosiłem też Henry’ego Sanda, by zjawił się chwilę później.


Ksiądz Brown wstał z miejsca, przemierzył pokój i, marszcząc brwi, spojrzał na ogień w kominku.


– Tymczasem – ciągnął Stanes – z chęcią odpowiem na oba księdza pytania. Zrezygnowałem ze współpracy z firmą Sanda, ponieważ zyskałem pewność, że dochodzi tam do jakichś przekrętów i ktoś defrauduje wszystko, co tylko się da. Wróciłem do robienia z nim interesów i zamieszkałem w tym apartamencie, bo chciałem dowiedzieć się prawdy – w samym centrum wydarzeń.


Gdy do pomieszczenia wszedł detektyw, ksiądz Brown obrócił się w jego stronę; stał wpatrzony w dywanik przed kominkiem i powtórzył: „W samym centrum wydarzeń.”.


– Pan Jackson powie księdzu – rzekł Stanes – że sir Hubert zatrudnił go, by wytropił, kim jest okradający firmę złodziej; dzień przed tym jak stary Hubert zniknął, detektyw przyniósł na piśmie wiadomości o tym, czego udało mu się dowiedzieć.


– Tak – rzekł ksiądz Brown – a teraz wiem, gdzie zniknął. Wiem, gdzie znajduje się jego ciało.


– Ma ksiądz na myśli, że... – pośpiesznie zaczął Stanes.


– Jest tutaj – rzekł ksiądz Brown i tupnął nogą w dywanik. – Tutaj – pod tym eleganckim perskim dywanikiem w tym przytulnym i wygodnym pokoiku.


– Jak u licha ksiądz się o tym dowiedział?


– Właśnie przypomniałem sobie – powiedział ksiądz Brown – że dowiedziałem się tego we śnie.


Zamknął oczy, jakby usiłując postawić sobie przed nimi swój sen, i marzycielskim głosem ciągnął:


– Ta historia morderstwa obraca się wokół zagadnienia „Jak ukryć ciało?” i dowiedziałem się tego we śnie. Każdego ranka budziło mnie dobiegające z tego budynku walenie. Tamtego ranka wybudziłem się na chwilę, znów zasnąłem i ponownie się obudziłem, spodziewając się, że jest już późno – ale nie było. Dlaczego? Bo tego ranka też było walenie – choć cała typowa praca ustała – krótkie, pośpieszne odgłosy walenia młotkiem jeszcze przed świtem. Śpiący człowiek automatycznie porusza się na dźwięk takiego znajomego odgłosu. Ale znów zasypia, ponieważ znajomy odgłos dobiega go o nietypowej porze. Dlaczegóż pewien tajemniczy przestępca chciał, by cała praca nagle ustała – i aby przystąpili do niej na powrót wyłącznie nowi robotnicy? Dlatego, że – gdyby następnego dnia na budowę przyszli dotychczasowi, odkryliby, że w nocy wykonano pewną pracę. Wiedzieliby, na czym skończyli, i odkryliby, że cała podłoga w tym pokoju została już przybita gwoźdźmi do podłoża. Przybita przez człowieka, który wiedział, jak to zrobić, ponieważ przebywał dużo w towarzystwie robotników i nauczył się arkanów ich pracy.


Gdy to mówił, ktoś pchnięciem otworzył drzwi i zdecydowanym ruchem wetknął do środka głowę – małą głowę na grubej szyi oraz twarz, na której zza szkieł mrugały oczy.


– Henry Sand powiedział – zauważył ksiądz Brown patrząc w sufit – że w ukrywaniu tajemnic jest do niczego. Sądzę jednak, że to ocena krzywdząca.


Henry Sand obrócił się i zaczął prędko oddalać korytarzem.


– Nie tylko udawało mu się całymi latami ukrywać to, że okrada firmę – mówił dalej ksiądz z roztargnioną miną – ale gdy dowiedział się o tym jego stryj, ukrył jego ciało w całkiem nowy i oryginalny sposób.


W chwili, gdy ksiądz to mówił, Stanes ponownie zadzwonił, a dzwonek wydał z siebie długi równomierny przenikliwy dźwięk; drobnej postury człowiek o szklanym oku popędził, a właściwie wystrzelił wzdłuż korytarza za uciekinierem – ruchem przypominającym nieco ten okrężny, charakterystyczny dla mechanicznej figurki w zoetropie. W tym samym momencie ksiądz Brown, wychylając się z balkoniku, wyjrzał przez okno i zobaczył jak poniżej pięciu czy sześciu ludzi wypadło na ulicę zza krzaków i sztachet i mechanicznie rozbiegło się w równych odstępach jakby wachlarz czy sieć, ruszając w pościg za zbiegiem, który wystrzelił z frontowych drzwi jak pocisk. Ksiądz Brown dojrzał tylko zarys historii, która nigdy nie opuściła tego pomieszczenia, gdzie Henry udusił Huberta i ukrył jego ciało w niedostępnym miejscu pod podłogą, zatrzymując w tym celu prace nad całym budynkiem. Jego podejrzenia zaczęły się od czubka szpilki – tylko po to, by doprowadzić go do wniosku, że dał się wplątać w rozbudowaną pętlę kłamstw. Ostatecznie znaczenie szpilki okazało się takie, że nie miała ona znaczenia.


Ksiądz odniósł wrażenie, że w końcu zrozumiał Stanesa, a lubił mieć do czynienia z ludźmi, których trudno było zrozumieć. Zdał sobie sprawę, że w owym utrudzonym dżentelmenie, którego oskarżył kiedyś o to, że w jego żyłach płynie zielona krew, istotnie tlił się jakby zimny zielony płomień sumienności i tradycyjnie rozumianego honoru, które najpierw kazały mu wycofać się z podejrzanego interesu, a następnie poczuć zawstydzonym, że zostawił z tą sprawą innych i wrócić w roli znudzonego pracowitego detektywa, rozbijając obóz dokładnie w tym miejscu, gdzie pochowano ciało; wskutek tego morderca, znalazłszy go, jak węszy tak blisko zwłok, spontanicznie odegrał alternatywną sztukę ze szlafrokiem i topielcem. Wszystko to było całkiem oczywiste, lecz zanim ksiądz Brown wynurzył swą głowę spośród nocnego nieba i gwiazd, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na olbrzymią, rozciągającą się szeroko i dźwigającą wysoko w noc czarną bryłę cyklopowego budynku i przypomniał sobie Egipt oraz Babilon i wszystko to, co w pracy człowieka jest jednocześnie wieczne i ulotne.


Miałem rację – rzekł – w tym, co powiedziałem na początku. To przywodzi mi na myśl jeden z wierszy Coppéego: ten o faraonie i piramidzie. Ten dom ma stanowić w zamyśle sto domów, a jednak cały ten masyw budynku to grób zaledwie jednego człowieka.


[„The Saturday Evening Post”, 17 września 1932]

Okładkowe inspiracje:



Tłum. Łukasz Makowski