Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (7)


  


ROZDZIAŁ 7
Homestead, Floryda • 1978–82 • Walka i religia

Im bardziej na południe, tym bardziej tułów Florydy zwęża się – tworząc szpic. Dalej niczym ogon rozciąga się w turkusowej barwy wodzie Morza Karaibskiego łańcuch wysepek zwanych Florida Keys. Dokładnie w punkcie spotkania tułowia i ogona znajduje się anus Ameryki – mieścina ochrzczona mianem Homestead. Moja rodzina przeprowadziła się do Homestead jesienią 1978 roku. Miałem wtedy prawie dwanaście lat.

Nie pamiętam żadnych szczegółów przeprowadzki. Oto, co sobie przypominam: wkrótce po niedoszłych przenosinach do portu lotniczego w San Francisco mój ojciec stracił pracę w TWA. Mniej więcej w tym samym czasie przyłączyliśmy się do pochodzącego z Wirginii kaznodziei-oszusta, który organizował w Homestead nową wspólnotę. Otyły, rozlazły, wściekle rudowłosy pastor Bez dopiero co ukończył seminarium. Kupił już działkę i potrzebował inwestorów – „rodzin-założycieli”, jak je nazywał. Zaangażowaliśmy się w jego inicjatywę, lokując kapitał w to, co miało ostatecznie nazywać się Skalnym Kościołem, a później, po tym jak pastora Beza pozwano za naruszenie praw do nazwy, skończyło jako Przybytek Saleha. Przez cały rok, nim zaczęto szykować wykopy pod fundamenty, pastor Bez golił coraz liczniejszą trzódkę pod osłoną starego namiotu cyrkowego, który ustawił w polu kawałek na północ od miasta.

Z towarzyszeniem sporej liczby jęków i odgłosów zgrzytania zębami załadowano nas, dzieci, do kombiaka zmierzającego do Homestead. Jechaliśmy płatną autostradą zwaną Florida Turnpike w dolne rejony półwyspu – kierowaliśmy się na południe, by odegrać rolę jednej z „rodzin-założycieli” pastora Beza. Z każdą przebytą milą miny mieliśmy coraz smutniejsze.

Tata stracił pracę i nasza rodzina zaliczała się teraz do klasy ubogich. Byliśmy zmuszeni zamieszkać wśród gnieżdżącej się na Ósmej Alei białej niewykształconej biedoty z dołów społecznych – w śmierdzącym kocim moczem domu o zielonej barwie wymiocin. Dom znajdował się na niewłaściwym miejscu w sensie całkiem dosłownym – stał bezpośrednio za torami kolejowymi. To była prawdziwa rudera. Obok torów stały wiekowe, rozkładające się przepakownie płodów rolnych. Mieszkające nieopodal dzieci pochodziły z rozbitych domów: nieobecny ojciec; matka-alkoholiczka; rodzic pracujący na część etatu w fast foodzie albo domu starców. Nasi sąsiedzi mieszkali w obskurnych bliźniakach, wśród stosów opakowań po hamburgerach i brudnych ciuchów. Te rodziny wychowywały gniewne dzieci, z których wiele miało na koncie wyroki w poprawczaku hrabstwa Dade. Powszechnie używano narkotyków. Trawa, ludy, koka, anielski pył – wszystko, co dostało się w ich ręce, wędrowało do nosów, żył i gardeł. A mówimy tu o dzieciach dwunastoletnich. Smarkacze dla zabawy kradły motocykle i z kładki nad autostradą zrzucały pustaki na przejeżdżające samochody. Pewnego szczególnie nużącego dnia podpaliły pobliski magazyn.

Nim tańsza żywność z Trzeciego Świata wygrała konkurencję cenową z miejscowymi rolnikami, farmerzy z Homestead dostarczali na amerykański rynek większość owoców mango i awokado. Wciąż uprawiano tu fasolę tyczną, kabaczki i pomidory, ale stare sady mango i awokado wycięto, a grunt podzielono na mniejsze poletka. Całą ziemię poprzecinano kanałami nawadniającymi, dostarczającymi płytkiej skalistej glebie słodkiej wody z Everglades. Dwie mile na południe znajdowało się osiedle mieszkań socjalnych – jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Gdy przychodziły deszcze, woda niosła kanałami zwłoki.

Pamiętam pierwsze spotkanie z jednymi z owych zwłok. Myślałem, że to nadmuchiwana lalka unosząca się na wodzie twarzą do góry. Moi bardziej doświadczeni towarzysze oświecili mnie. „To trup” – powiedział jeden z nich. – „Czujecie ten smród? O, rajuśku!”. Dokładnie w tej samej chwili uderzył mnie odór tak straszliwy, że aż się cofnąłem. Zza zaciśniętych zębów wydostały się wymiociny i zaczęły spływać mi z kącików ust. Ktoś poszedł po gliny, a my staliśmy zatykając nosy i gapiąc się na ciało.

Godzinę później przyjechał samotny gliniarz i kombiak koronera. Stanęli koło nas na brzegu kanału dyskutując na temat tego, jakim sposobem najlepiej będzie wydobyć ciało z wody. Śledczy z urzędu koronera nie chcieli moczyć sobie nóg. Sfrustrowany brakiem inicjatywy gliniarz chwycił w końcu kij i przyciągnął zwłoki na brzeg kanału. Jednym końcem liny obwiązał kostkę trupa, a drugą przymocował do zderzaka swojego samochodu. BRUUM – BRUUM – wrzucił bieg w radiowozie i pociągnął napuchnięte ciało po żwirowatym brzegu. Samochód zarzucił wywłóczonymi na brzeg zwłokami – wprost na moich oczach. Widok był niezapomniany.

Staliśmy gapiąc się na trupa. Był to czarnoskóry człowiek – choć należałoby raczej powiedzieć, że czarnoskórnym człowiekiem był za swoich lepszych czasów. Od przebywania w wodzie obrzękł tak, że stał się dwakroć większy niż normalnie – napuchnięte ciało wylewało się z ubrań, palce u jego rąk wyglądały jak grube kiełbaski. W klatce piersiowej zionął mu ciemny otwór – w miejscu, w którym przedziurawiło ją ostrze noża czy też kula. Szare, pozbawione życia oczy wpatrywały się w przestrzeń bez wyrazu. Rój much plujek natychmiast ruszył w stronę trupa, na przemian wlatując w jego otwarte usta i wylatując z nich.

– Na co umarł? – spytałem gościa z trupowozu.
– Pewnie na brzydotę – odparł z chichotem.

Włożyli ciało do torby, przypięli je pasami do noszy na kółkach i wpakowali na tył karawanu. Potem odjechali. Kolejny zwykły dzień pracy. Wciąż patrzyłem na miejsce, gdzie chwilę wcześniej leżał trup, i na muchy poszukujące zabranego już ciała.

* * *

W Ft. Lauderdale byłem świadkiem napięć na tle rasowym, ale tam konflikt pozostawał niejako w ukryciu. Granice, których przekroczenie skutkowało agresją, leżały od siebie dość daleko. Jeśli nie wypuszczałeś się poza swoją okolicę, mogłeś uniknąć większości problemów. Homestead było inne. Dzielnice zamieszkałe przez ludzi odmiennych ras położone były bliżej siebie, szkoły pod względem rasowym silnie zróżnicowano, a konflikt na tle rasowym widać było gołym okiem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Homestead znajdowało się na granicy między wiejskimi polami uprawnymi a rozbudowującymi się bez ustanku przedmieściami Miami. Obszar Redlands, na którym znajdowały się gospodarstwa białych z klasy średniej, rozciągał się aż do grobli, które chroniły go przed zarośniętymi kłocią bagnami Everglades. Redlands wyglądały jak Południowa Floryda z lat czterdziestych [XX wieku – przyp. ŁM]. Na wschód od Redlands leżała nowa Floryda, misz-masz etniczno-rasowych enklaw, które wrzynały się aż na teren samego Miami. Zaraz na północ od Homestead znajdował się obóz meksykańskich imigrantów pracujących na farmach. Na terenie Florida City, Goulds i Modello stały osiedla socjalne zamieszkałe przez czarnych. W Leisure City prym wiodły społeczności kubańska i haitańska. A między to wszystko wciśnięto spłachetki, na których żyła biała biedota. Każda grupka miała poczucie własnej tożsamości i nienawidziła wszystkich pozostałych z zapamiętałością rasowych ksenofobów. Tak wyglądało Miami w latach bezpośrednio poprzedzających zamieszki w Liberty City.

Campbell Junior High, podobnie jak większość szkół państwowych w hrabstwie Dade, stanowiła w istocie pole bitewne zwaśnionych stron. Szkoła przypominała więzienie – pozbawione okien betonowe pudło ze stalowymi drzwiami i korytarzami patrolowanymi przez strażników wyposażonych w radiotelefony. Gangi reprezentujące poszczególne rasy kontrolowały swoje terytoria i brutalnie karały intruzów. Aby przetrwać, trzeba było wiedzieć, gdzie usiąść, którędy chodzić i gdzie obowiązuje zakaz oddychania.

Pierwszego dnia zajęć popełniłem błąd – usiadłem w sektorze przeznaczonym dla czarnych. Siedzący za mną dzieciak miał na głowie afro, na nogach zaś sięgające za kostkę tenisówki Converse'a, które oparł o tył mojej głowy. Nie spodobało mi się, że opiera buty o moją głowę, więc zmiotłem je szybkim ruchem ręki. Ale dzieciak kładł je tam raz po raz na nowo.

– Masz ołówek, białasie? – spytał.
– Ta – odparłem, strącając jego stopy z mojej głowy.
– Pożycz mi.

Pomyślałem, że pożyczenie mu ołówka może przyczynić się w istotny sposób do wyjaśnienia naszego małego nieporozumienia związanego z jego stopami. Odwróciłem się więc w jego stronę i dałem mu jeden z moich nowych, świeżo zatemperowanych ołówków HB. Do końca zajęć nie próbował już używać mojej głowy jako podnóżka. „Problem rozwiązany” – pomyślałem.

Zadźwięczał dzwonek wzywający nas na kolejną lekcję. Spakowałem książki.
– Czy mogę poprosić mój ołówek z powrotem? – spytałem, wyciągając rękę. Popatrzył na nią przez moment.
– Chcesz swój ołówek? Proszę! – chwycił go i z wielką siłą wbił w moją otwartą dłoń. Zgiąłem się z bólu w pół, wpatrując w ołówek sterczący ze środka mojej ręki. Oczekiwałem, że nauczycielka zrobi coś w sprawie tej jawnej napaści, ale spojrzała tylko pobieżnie na moją rękę, napastnikowi nic nie powiedziała, a mnie wysłała do szkolnej pielęgniarki. Zamiast tego poszedłem do domu.

Znów w potrzasku – w kolejnej okropnej szkole – zacząłem wagarować. Pojawiałem się na porannym apelu, a następnie wymykałem bocznymi drzwiami. Czekałem przy okolicznym kanałku pod mostkiem aż lekcje się skończyły.

Zdołałem pokonać szkolny system w zakresie frekwencji, pozorując obecność na lekcjach, ale opanowania przewidzianego materiału udać nie zdołałem. Pod koniec roku okazało się, że nie zdałem do ósmej klasy. Ale przetrwałem, a dla mnie liczyło się tylko to.

Gdy przed drzwiami naszego domu pojawił się funkcjonariusz zajmujący się wagarowiczami, Mama prawie zemdlała. Nie miała pojęcia, że miałem tyle nieobecności.

– Dlaczego uciekasz z lekcji? – spytał funkcjonariusz.
– Bo ta szkoła to nie jest szkoła – odrzekłem. – To więzienie. Co dzień toczą się bijatyki. Nie jestem w stanie niczego się tam nauczyć.

Zgodził się z mną. Nie mogłem w to uwierzyć. Mama też nie. Zapisał coś w swoim notatniku; następnie ostrzegł mnie, że jeśli dalej będę wagarował, ktoś doniesie na mnie władzom poprawczaka w hrabstwie Dade. – To miejsce gorsze niż Campbell Junior, możecie mi państwo wierzyć – powiedział. Zasugerował, abym zaczął chodzić do szkoły prywatnej. – Powodzenia – powiedział na koniec i odjechał.

Choć nadwyrężyło to nasz budżet, rodzice zapisali mnie do małej prywatnej szkoły w północnej części Homestead. Colonial Christian był typową dla owego okresu szkołą południowej konwencji baptystów. Po tym jak w latach sześćdziesiątych związek zawodowy nauczycieli wespół z lewicowymi biurokratami zniszczył szkoły państwowe, konserwatywni baptyści zaczęli otwierać prywatne szkoły takie jak Colonial, by wypełnić lukę w systemie edukacji. Silny nacisk kładziono na przewiwdziałanie wpływom kontrkultury. Zanim Colonial zgodziła się przyjąć mnie w poczet uczniów, musiałem podpisać zobowiązanie zawierające długą listę rzeczy nakazanych i zakazanych. Zgodziłem się nosić krótkie włosy, czytać Biblię i oddawać honory fladze Stanów Zjednoczonych oraz chrześcijańskiemu sztandarowi ekumenicznemu. Zakazy obejmowały używanie alkoholu oraz narkotyków i noszenie pacyfki. Szkoła wyznaczyła sobie misję wpojenia uczniom podstawowej wiedzy oraz cnót chrześcijańskich. Klasy były niezbyt liczne. Nękająca szkoły południowej Florydy wojna rasowa nie miała w Colonial racji bytu, ponieważ uczęszczali tam bez wyjątku biali.

Przez wszystkie lata szkolnej edukacji państwowej zostawałem daleko w tyle z opanowaniem wymaganego materiału. Trudno było mi również realizować program nauczania w Colonial Christian. Ale próbowałem. Przez pierwszy miesiąc co dzień spodziewałem się, że wywalą mnie ze szkoły albo wyślą, bym gnił na zajęciach wyrównawczych. Po tym jak oddałem pierwsze wypracowanie z angielskiego, nauczycielka poprosiła mnie, bym został po lekcjach. „No i masz” – powiedziałem sobie. – „Wiedziałem, że nie potrwa to długo”.

Poszedłem do nauczycielki po lekcjach spodziewając się, że z miejsca poinformuje mnie o relegacji. Kazała mi usiąść i krok po kroku przeanalizowała moją pracę, wskazując błędy i podpowiadając jak je poprawić. Zupełnie osłupiałem. Oto tu była nauczycielka, która poświęcała mi czas poza godzinami zajęć, żeby mnie czegoś nauczyć. Niewiarygodne!

Lecz wiedziałem już, że nic dobrego nie trwa wiecznie. Mój czas w Colonial Christian skończył się po zaledwie jednym semestrze. Rodziców nie było już stać na czesne. Przez ten jeden semestr zdołałem poprawić oceny na tyle, że zdałem do ósmej klasy. W przyszłym roku będę musiał wrócić do szkoły-więzienia – chyba że znajdę sposób na ucieczkę z Homestead.

* * *

Homestead nie było złe do samego cna. Znów uciekałem w sport. Na pustyni pełnej dragów i przemocy znalazłem oazę radości na boiskach baseballowych Harris Field. Położone obok autostrady numer 1 Harris Field przyciągało mnóstwo dzieciaków z Redlands oraz całkiem pokaźną grupę wysokiej klasy trenerów. Pasowałem tam jak ulał. Gdy pierwszy raz wyszedłem na plac w roli miotacza, rzucałem tak, że przeciwnicy nie zdobyli ani jednej bazy. Gdy ukończyłem dwanaście lat, osiągnąłem wiek nie pozwalający mi występować już w Little League. Nabrałem masy i wzrostu – byłem więc w stanie rzucać naprawdę szybkie piłki i nie musiałem już polegać wyłącznie na podkręconych.

Pierwszego roku Drużyna Gwiazd Homestead odpadła z rozgrywek na poziomie okręgowym. Ale w następnym sezonie, gdy kwalifikowaliśmy się już do kategorii trzynastolatków, etap rozgrywek okręgowych hrabstwa Dade przeszliśmy jak burza. W żadnym z meczów nasza dominacja nie podlegała najmniejszej nawet dyskusji. Mieliśmy nad rywalami taką przewagę, że trener kazał nam celowo nie trafiać w piłkę, aby mecze w ogóle mogły mieć pozór starcia. W finale złoiliśmy North Miami piętnaście do zera.

Ze wszystkich miejsc, w których turniej mógł zostać rozegrany na poziomie stanowym, musiało paść na Ft. Lauderdale. Kilka zaledwie dni przed naszym pierwszym meczem w Liberty City wybuchły największe w historii Miami zamieszki na tle rasowym. Ich uczestnicy strzelali do właścicieli sklepów i wyciągali kierowców z samochodów; niektórych zatłukli na śmierć kijami bejsbolowymi. Całe kwartały miasta spowijały płomienie. Jadąc w kolumnie samochodów ominęliśmy Miami korzystając z płatnej autostrady Florida Turnpike.

Nasz zespół nigdy wcześniej nie występował na tak olbrzymim obiekcie. Stadion, na którym swoje mecze w lidze stanowej rozgrywał zespół Ft. Lauderdale Yankees, przytłoczył nas. Murawa wewnętrznej części boiska była doskonale równa, linie łączące bazy doskonale proste, a trybuny zdawały się sięgać nieba. Najpierw przyszło się nam zmierzyć z drużyną Oakland Park – jednym ze starych rywali z okresu, gdy grywałem na Southwest. Sędzia wyznaczył mikroskopijnych rozmiarów strefę strike'ów. Nasi rzucający nie bardzo umieli w nią trafić. W ofensywie szło nam niewiele lepiej. Wysokie piłki rzucane skutecznie przez rywala i nędzny występ naszych pałkarzy sprawiły, że od samego początku spotkania znaleźliśmy się w opałach, z których nie zdołaliśmy już wyjść obronną ręką.

My graliśmy, a Miami płonęło. Przez cały mecz spoglądałem raz po raz na trybuny, poszukując wzrokiem Mamy i brata, którzy mieli przyjechać obejrzeć nasz występ. Ale nie było ich tam. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że znaleźli się w epicentrum zamieszek.

Mama nie posłuchała naszej rady, by okrążyć Miami. Zamiast tego podjęła próbę przedostania się przez miasto międzystanówką numer 95. Bardziej pechowo trafić nie mogła. Nieświadoma faktu, że większość stacji benzynowych w Miami właściciele zamknęli z obawy przed ewentualną napaścią, nie miała jak kupić paliwa. Znalazła się w samym środku zamieszek i właśnie wtedy jej toyocie coronie skończyła się benzyna.

Zjechawszy na pobocze autostrady, ujrzała w dole wzdłuż ulic płonące budynki. Zatrzymanie kogokolwiek na autostradzie machaniem ręką okazało się zadaniem ponad miarę. Mamie i bratu pozostawała jedynie nadzieja na dotarcie do pobliskiego Holiday Inn; na parkingu przez motelem obozowała gromada gliniarzy. Motel znajdował się jednak aż w Liberty City. Mama i brat musieli dostać się tam biegiem. Ruszyli więc w dół zjazdem z autostrady. Banda uzbrojonych w kije ulicznych rozrabiaków spostrzegła tę dwójkę i ruszyła w pogoń. Mama i brat pędzili na łeb, na szyję. Gdy dobiegli do policyjnego kordonu, od dyszącej żądzą mordu tłuszczy dzieliły ich ledwie kroki. Niezdolny zaspokoić swojej żądzy krwi rozwścieczony motłoch zaczął rzucać kamieniami i butelkami. Policja próbowała opanować sytuację – miała pełne ręce roboty. Mama musiała cierpliwie czekać aż do świtu, nim udało jej się odzyskać samochód.

* * *

W Skalnym Kościele pastor Bez głosił typ pokory graniczącej z samozaparciem. Jego przesłanie brzmiało: pozwól, by świat traktował cię jak słomiankę. Bóg odda ci sprawiedliwość w przyszłym świecie – twierdził. Zostawcie brzemiona doczesnego świata; zapewnijcie sobie zbawienie i przygotujcie się na ponowne przyjście Jezusa – wszystko inne to marność.

Według wierzeń zielonoświątkowców nie wystarczy, aby człowiek przyjął chrześcijańskie dogmaty i przestrzegał Dziesięciu Przykazań. To, czy zostaniesz zbawiony, uzależnione jest od nadprzyrodzonej, osobistej relacji z Jezusem, którą opisać są w stanie jedynie wtajemniczeni. Ponieważ więź każdego człowieka z Jezusem ma charakter osobisty, jej treść jest z konieczności subiektywna. Dla jednego człowieka Jezus może być surowym nadzorcą, dla innego zaś – osobą bardzo tolerancyjną, dozwalającą na wszelkiego rodzaju zachowania. Jezus pastora Beza nie miał najwyraźniej nic przeciw jego cudzołożnemu związkowi z własną sekretarką, ani używaniu przezeń pieniędzy z funduszu budowlanego na prowadzenie wystawnego życia. Jako że wszyscy ludzie są grzesznikami, podjęcie na poważnie próby przestrzegania praw Bożych w istocie nie ma sensu. Wszystko, czego potrzebujesz, to odklepać „modlitwę grzesznika” i wychlipać przed ołtarzem kilka parę razy wyznanie win – a zbawienie masz zapewnione. Wszystkie twoje grzechy – przeszłe i przyszłe – zostają odpuszczone. Z chwilą, gdy zyskujesz pewność zbawienia, masz ją już zawsze. Niezależnie od tego, ile grzechów popełnisz w przyszłości, możesz spać spokojnie: bilet wstępu do Nieba masz jak w banku. Nie musisz brać za swoje grzechy odpowiedzialności. Jezus zrobił to za ciebie na krzyżu. W ujęciu zielonoświątkowców Jezus to wyłącznie kozioł ofiarny złożony w ofierze za ludzkość. Jedyne obiektywne standardy obowiązujące w grupie pastora Beza miały swoje źródło w zawartości Biblii Króla Jakuba. Ponieważ jednak wszyscy wierni mieli prawo interpretować Pismo Święte, każda interpretacja była równie uprawniona. Racjonalna teologia Tomasza z Akwinu równała się w tym ujęciu majaczeniom dowolnego prostaka. W Skalnym Kościele jedynym sprawdzianem na to, czy zbawienie masz zapewnione, było posiadanie „daru Ducha”.

Pastor Bez rzadko nauczał jakiejkolwiek doktryny. Nigdy nie próbował opierać swoich kazań o rozum czy doświadczenie. Sporadycznie poruszał zagadnienie moralnych dylematów, przed którymi stają chrześcijanie we współczesnym świecie. Polityczne i społeczne krzywdy, do których dochodziło w Stanach Zjednoczonych, mogłyby zaś, jeśli o niego chodzi, równie dobrze dziać się na innej planecie. Życie jest zbyt krótkie, by żyć w rzeczywistości. W Skalnym Kościele chodziło o to, by upoić się Duchem Świętym – to była duchowa palarnia opium. Nabożeństwa zaczynały się od śpiewania i muzyki, a niedługo później następowało krótkie kazanie – wszystko to miało na celu zaktywizować „dary Ducha”. Niektórzy bezustannie wymachiwali rękami w kierunku sufitu. Inni histerycznie krzyczeli. Spora grupka tańczyła jak wirujący derwisze. Wielu mówiło w niezrozumiałym narzeczu, nazywanym przez nich „językami”. Pamiętam gościa, który miał zwyczaj robić biegiem rundki wokół zgromadzonych. Między ławkami zaś i na całej szerokości pomieszczenia przed ołtarzem leżeli plackiem ludzie, którzy potracili świadomość – popadali w Duchu.

Kościół pastora Beza przyciągał uciśnione ofiary społeczeństwa. Właściwie każdy okazywał się byłym kimś: byłym narkomanem, byłym członkiem motocyklowego gangu, byłym więźniem. I, na Boga, o tym, jakie życie dawniej prowadzili, to lubili opowiadać. Ludzie ze szczególnie ohydną przeszłością cieszyli się swoistą sławą. „Och, nie wiesz o bracie takim to a takim?” – mówił jeden drugiemu. – „Był kiedyś największym handlarzem kokainą w Miami... Aż odnalazł Pana... Tak, to prawda, miał w zwyczaju ściągać kreski z brzuchów dziwek, przypalając jednocześnie małe zwierzęta lampą lutowniczą”. Godzinami gadali o najbardziej intymnych i wywołujących zażenowanie szczegółach swoich życiorysów. W dawnym życiu odurzali się narkotykami albo alkoholem – teraz odurzali się Jezusem. Po każdym kolejnym pełnym frustracji tygodniu w świecie realnym gromadzili się i zatracali w ekstazie uwielbienia.

Rdzeń Skalnego Kościoła stanowiły kobiety. Pastor Bez opracowywał być może choreografię tanecznych kroków, ale całości ton nadawały panie. Kobiety z dziećmi przybywały na nabożeństwa zazwyczaj bez mężów. Jeśli ci w ogóle się pojawiali, to zwykle pod przymusem. Powietrze przepojone było zapachem tanich perfum. Całość pachniała na milę kobiecą grupą wsparcia – seminarium treningowym Erharda opatrzonym krzyżami.

Jako świadek tego wszystkiego siedziałem z kamienną twarzą i założonymi rękami – tego, co widziałem, nienawidziłem z całego serca. Jako jedna z rodzin-założycieli Skalnego Kościoła hojnie wspieraliśmy fundusz budowlany pastora Beza. A byliśmy ubodzy. Tata, zmuszony podjąć pracę jako budowlaniec w miejskim zoo w South Miami dzień w dzień pracował niewolniczo w palącym słońcu. Wracał do domu wieczorem widocznie zmęczony – jego opalona twarz przypominała skórzaną sakwę. Wkrótce nabawił się czerniaka. Moje rodzeństwo i ja cierpieliśmy w szkołach nękanych narkotykami i przemocą, bo nie stać nas było na edukację prywatną. Ale oto czwartą część dochodów oddawaliśmy na budowę sławetnej tancbudy pastora Beza. To było zupełnie bez sensu.

Chciałem uciec. Puszczałem wodze fantazji i widziałem się zaszywającego na Everglades z moją wiatrówką colemana – żywiłem się ustrzelonymi królikami lub czymś podobnym. Ale to były tylko marzenia. Nie miałem dokąd uciec.

[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Pedro de Luna („Encyklopedia Katolicka”)



Antypapież, który przyjął imię Benedykta XIII; urodzony w Illueca w Aragonii w 1328 r.; zmarł w Peniscoli, nieopodal Walencji 29 listopada 1422 r. albo 23 maja 1423 r. Wybrany 28 września 1394 r., złożony z urzędu na soborze w Konstancji 26 lipca 1417 r. Pedro Martini wywodził się z rodziny de Luna. Studiował prawo na uniwersytecie w Montpellier, gdzie uzyskał tytuł doktora, a następnie wykładał tam prawo kanoniczne. 30 grudnia 1375 r. Grzegorz XI mianował go kardynałem-diakonem kościoła Santa Maria in Cosmedin. De Luna zwrócił uwagę papieża szlacheckim pochodzeniem, ascetycznym życiem i wielką uczonością, jak również niespożytą energią oraz wielką roztropnością. Kardynał Pedro de Luna powrócił do Rzymu [z niewoli awiniońskiej – przyp. WiWo] razem z Grzegorzem XI. Po jego śmierci w 1378 r. wziął udział w konklawe, które zostało zaatakowane przez rzymski lud, a które obrało papieżem Urbana VI, na którego de Luna głosował [skąd to wiemy? gdzie tajność konklawe? – przyp. WiWo]. W obliczu niespodziewanej napaści tłumu okazał wielką odwagę i odmówił ucieczki, oświadczając: „Nawet jeśli miałbym zginąć, zginę tutaj”. Należał do grupy pierwszych kardynałów, którzy powrócili do Watykanu 9 kwietnia celem kontynuowania elekcji Urbana VI. Z początku wyraźnie i zdecydowanie stał po stronie tego papieża (Valois, La France et le grand schisme d'occident, I, 72-74). Około 24 czerwca 1378 r. dołączył do innych kardynałów-nie Włochów w Anagni, gdzie doszedł do przekonania o nieważności wyboru Urbana VI. 20 września 1378 r. wziął udział w wyborze Roberta z Genewy (Klemensa VII) w Fondi. Stał się gorącym zwolennikiem tego antypapieża, którego legalności wyboru z zapałem bronił i któremu oddał wielkie przysługi.

Klemens VII wysłał Pedro de Lunę do Hiszpanii jako legata na teren królestw Kastylii, Aragonii, Nawarry oraz Portugalii, aby nakłonić je do posłuszeństwa papieżowi awiniońskiemu. Dzięki rozległym koneksjom wpływ de Luny w Aragonii był bardzo silny. W roku 1393 Klemens VII uczynił go swoim wysłannikiem do Francji, Brabancji, Flandrii, Szkocji, Anglii oraz Irlandii. Jako papieski legat de Luna przebywał głównie z Paryżu, ale nie ograniczał swojej działalności wyłącznie do krajów należących do obediencji awiniońskiej. Nie sprzeciwiał się tedy próbom zażegnania rozłamu; przeciwnie: zaznajomił się ze staraniami Uniwersytetu Paryskiego, aby go zakończyć. W rezultacie, gdy powrócił do kurii w Awinionie, stosunki między nim a Klemensem VII uległy ochłodzeniu. Dwanaście dni po śmierci Klemensa (która nastąpiła 16 września 1394 r.) na jego następcę jednogłośnie wybrano Pedro de Lunę. Jego pragnienie zakończenia schizmy, nawet za cenę zrzeczenia się godności papieskiej (via cessionis), stanowiło dla kardynałów obediencji awiniońskiej silny bodziec do jednogłośnego poparcia jego kandydatury. Po wyborze de Luna uroczyście ponowił złożone podczas konklawe obietnice: będzie starał się o przywrócenie jedności i w razie potrzeby złoży urząd papieski w celu położenia kresu rozłamowi. Ponieważ de Luna był tylko diakonem, 3 października wyświęcono go na kapłana, a osiem dni później na biskupa i osadzono na tronie papieskim. Przyjął imię Benedykta XIII.

Dwór francuski oraz Uniwersytet Paryski z radością przywitały wybór kardynała de Luny. Żywiły nadzieję, iż nowy papież, cieszący się dużym szacunkiem ze względu na ascetyczny tryb życia i osobiste zdolności, własnym wysiłkiem zdoła przywrócić Kościołowi jedność. Niemniej jednak w relacjach z królem Francji oraz Uniwersytetem Paryskim Benedykt XIII dążył do zachowania całkowitej swobody działania. Francuskie duchowieństwo, które zgromadziło się w dniach 3–18 lutego 1395 r., by naradzić się nad sposobem zakończenia rozłamu, zgodziło się, że jedyną metodą będzie abdykacja obu papieży (via cessiones), a francuski dwór sądził, że uda mu się w arbitralny sposób doprowadzić do wprowadzenia pomysłu w życie. Złożona ze znakomitych osobistości delegacja, której przewodzili trzej spośród najbardziej wpływowych książąt francuskich, przedstawiła Benedyktowi XIII to rozwiązanie, usiłując uzyskać jego akceptację. Papież jednak uparcie mu się sprzeciwiał, mimo że kardynałowie opowiadali się po stronie delegacji. Benedykt XIII twierdził, że najlepszą metodą postępowania będą osobiste negocjacje między papieżami (via discussionis) i nieugięcie trzymał się tego stanowiska. Po tych wydarzeniach francuski dwór i Uniwersytet Paryski usiłowały pozyskać dla via cessionis świeckich książąt. Jednak rozmaite delegacje wysłane w roku 1396 nie odniosły większych sukcesów. Tymczasem Benedykt XIII usiłował wejść w sojusz z rzymskim papieżem, Bonifacym IX. Wysyłano ambasadorów z Awinionu do Rzymu i w drugą stronę, lecz Bonifacy z niechęcią odniósł się do koncepcji ustąpienia, mając tak mocne jak Benedykt przekonanie, że to on jest prawowitym papieżem.

Awinioński papież miał we Włoszech posiadłości, których trzymał się całą mocą. Należących do jego stronnictwa królów i książąt Szkocji, Kastylii oraz Aragonii usiłował nie tylko nastawić przeciw poczynaniom francuskiego dworu, ale zdobyć ich dla swojej sprawy. Próbował również odzyskać poparcie króla Francji. Kolejne zgromadzenie francuskiego duchowieństwa odbyło się 16 sierpnia 1396 r. Ponownie opowiedziało się za abdykacją obu papieży. Tym razem francuscy ambasadorowie odnieśli na obcych dworach większy sukces. Jednakże ani papież rzymski, ani awinioński nie przystał na ten projekt, więc rozłam trwał nadal, podczas gdy we wszystkich chrześcijańskich krajach panowało ogólne niezadowolenie. Poselstwo, z jakim udał się do Benedykta z rozkazu króla Francji, Karola VI, oraz króla Niemiec, Wacława IV Luksemburskiego, Pierre d'Ailly, biskup Cambrai, nie dało żadnych rezultatów. W maju roku 1398 odbyło się trzecie zgromadzenie francuskiego duchowieństwa, które podjęło decyzję o wypowiedzeniu Benedyktowi posłuszeństwa. Postanowienie owo weszło w życie natychmiast po ogłoszeniu – 27 lipca 1398 r. Pierwszego września w Villeneuve nieopodal Awinionu dwóch królewskich komisarzy publicznie ogłosiło, że wypowiada Benedyktowi posłuszeństwo, zachęcając całe francuskie duchowieństwo do opuszczenia jego kurii pod karą utraty beneficjów we Francji. Również cudzoziemcy mieli stracić swoje beneficja we Francji, jeśli pozosta z papieżem w Awinionie. 2 września siedemnastu kardynałów opuściło Awinion i zamieszkało w Villeneuve, na terytorium francuskim. Wysłali oni do Benedykta swojego przedstawiciela, wzywając go do wyrażenia zgody na via cessionis. Oświadczył on jednak, że raczej poniesie śmierć. Wtedy opuściło go i wypowiedziało mu posłuszeństwo osiemnastu kardynałów; wiernych pozostało mu pięciu.

Geoffroy Boucicout zajął Awinion zbrojnie i obległ Benedykta w jego pałacu, lecz nie zdołał zdobyć papieskiej fortecy szturmem. Benedykt został ostatecznie zmuszony do prowadzenia z wrogami negocjacji i w porozumieniu z wiernymi sobie kardynałami zobowiązał się zrzec godności papieskiej, jeżeli rzymski papież zrobi to samo. Niemniej jednak 9 maja 1399 r. Benedykt nakazał notariuszowi sporządzić w obecności dwóch świadków pisemny protest przeciw owym ustaleniom, jako uzyskanym odeń przemocą; podobne akty protesty powtarzał i później. Tymczasem opinia publiczna przechyliła się na stronę papieża, którego uznawano za źle traktowanego. Czyniono kroki w stronę jedności między Benedyktem a kardynałami, wielu zaś teologów, wśród nich Gerson oraz Nicholas de Clémanges, zaczęło atakować jako bezprawne wspomniane wyżej wypowiedzenie Benedyktowi posłuszeństwa przez kler francuski. Negocjacje, które Francja prowadziła z różnymi książętami celem zakończenia schizmy, nie przyniosły żadnego skutku. 12 marca 1403 r. Benedykt w tajemnicy zbiegł z Awinionu i dotarł na ziemie Ludwika II Andegaweńskiego, gdzie był bezpieczny. Awinion natychmiast na powrót mu się podporządkował; podobnie jego kardynałowie – uznali w nim papieża. Tak więc w krótkim czasie na powrót podporządkowała mu się cała Francja.


Benedykt XIII podjął na nowo przerwane negocjacje z papieżem rzymskim, a w 1404 r. wysłał do Rzymu czterech posłów ze skierowaną do Bonifacego IX propozycją, by wybrać bezpieczne miejsce na spotkanie obu papieży i obu kolegiów kardynalskich i w ten sposób za obopólną zgodą zakończyć rozłam. Bonifacy nie chciał o tym nawet słyszeć. Po jego śmierci (1 października 1404 r.) wysłannicy Benedykta kontynuowali pertraktacje z rzymskimi kardynałami. Ci jednak 17 października wybrali papieżem Innocentego VII, który podobnie jak jego poprzednik odmówił jakichkolwiek dalszych negocjacji. Tymczasem Benedykt XIII usiłował umocnić swoją pozycję, podporządkowując sobie nowe obszary. W maju 1405 r. udał się do Genui, aby na nowo podjąć rokowania z Innocentym VII, ale próba ta znów nie przyniosła rezultatu. Benedykt wiedział, w jaki sposób zyskiwać nowych stronników, a teraz miał nadzieję z ich pomocą wyprzeć swojego adwersarza z Rzymu i pozostać na placu boju jako jedyny papież. Jednak jego sytuacja w Italii ponownie stała się krytyczna. We Francji ówczesne postępowanie Benedykta spotkało się z wielkim niezadowoleniem: po części ze względu na opodatkowanie przezeń beneficjów; częściowo z powodu jego obojętności wobec sprawy przywrócenia kościelnej jedności; jak również dlatego, że opuścił Awinion. Benedykt wrócił do Marsylii przez Niceę i ogłosił, że jest gotów zwołać sobór wiernych Awinionowi. Pod koniec 1406 r. odbyło się kolejne zgromadzenie francuskiego duchowieństwa, które chciało odwołania prawa pozwalającego papieżowi obciążać podatkiem francuskie beneficja. Choć Benedykta spotkała surowa krytyka, znaleźli się też gorliwi jego stronnicy. W praktyce zgromadzenie nie przyniosło namacalnych rezultatów.


Gdy 6 listopada 1406 r. Innocenty VII umarł, żywiono nadzieję, iż – w przypadku, jeśli w Rzymie nie dojdzie do wyboru nowego papieża – Benedykt spełni w końcu swą obietnicę i abdykuje, otwierając drogę do nowego i zgodnego konklawe. Ponieważ jednak dawał w tej kwestii tylko wymijające odpowiedzi, 30 listopada wybrano w Rzymie papieżem Grzegorza XII. Ten natychmiast napisał do Benedykta i zadeklarował, że jest gotów zrzec się godności papieskiej pod warunkiem, że Benedykt uczyni podobnie, a następnie kardynałowie awiniońscy wspólnie z rzymskimi jednomyślnie obiorą papieża. Benedykt odpowiedział 31 stycznia 1407 r., przyjmując propozycję. Z kolei podjęto następne starania nakierowane na skłonienie obu papieży do rezygnacji i w tym celu zaplanowano w Savonie spotkanie między Benedyktem a Grzegorzem. Benedykt w istocie przybył do Savony 24 września, ale Grzegorz nie pojawił się. Pozycja papieża awiniońskiego pogorszyła się; 23 listopada 1407 r. główny jego protektor we Francji, Ludwik Orleański, brat króla, został zamordowany. Papież nie otrzymywał już żadnych dochodów z francuskich beneficjów, a gdy napisał do króla Karola VI list z pogróżkami, ten podarł go. 25 maja 1408 r. król ogłosił, że w sprawie obu pretendentów do tronu papieskiego Francja zachowuje neutralność. Wkrótce kilku kardynałów należących do obu obediencji spotkało się w celu zwołania soboru powszechnego (zob. Sobór w Pizie \dodaj LINK będzie tłum. tego artykułu z encyklopedii\). Benedykt XIII zbiegł do Roussillon i zwołał sobór w Perpignan, który został rozpoczęty 21 listopada 1408 r. Obaj papieże zostali złożeni z urzędu przez sobór w Pizie. Delegacja wysłana przez Benedykta dotarła do Pizy zbyt późno. Mimo decyzji soboru w Pizie, papieża awiniońskiego wciąż uznawały Szkocja, Aragonia, Kastylia oraz Sycylia.


Teren Awinionu został w 1411 r. zajęty dla papieża pizańskiego, Aleksandra V. Od 1408 r. Benedykt przebywał w Perpignan. Cesarz Zygmunt Luksemburski udał się do Benedykta 19 września 1415 r. z soboru w Konstancji celem nakłonienia go do abdykacji, lecz bez skutku. Później zdecydowano, aby w Narbonie w grudniu 1415 r. zebrali się przedstawiciele krajów, które do owego momentu uznawały Benedykta – w celu wypowiedzenia mu posłuszeństwa ze względu na jego upór. W następstwie tego wydarzenia Benedykt wycofał się do należącego do jego rodziny zamku w Peniscoli (nieopodal Walencji). Poselstwo wysłane doń przez sobór w Konstancji nie zdołało osłabić jego uporu i Benedykt został 27 lipca 1417 r. złożony przez sobór z urzędu. Nigdy nie podporządkował się decyzji soboru, ale nadal uznawał siebie za jedynego prawowitego papieża, a Peniscolę porównał do Arki Noego. Czterej pozostali przy nim kardynałowie uznali później za prawowitego papieża Marcina V. Benedykt utrzymywał, że w 1418 r. jeden z jego posłów usiłował go otruć. Dokładnej daty śmierci Pedro de Luny nie udało się nigdy ustalić. Trudno jednoznacznie opowiedzieć się za którąkolwiek z dat: 29 listopada 1422 r.; albo 23 maja roku 1423; podawana zazwyczaj data [rok 1424] jest błędna. Nieliczni stronnicy Benedykta dali mu następcę, Muñoza [Klemensa VIII – przyp. WiWo], który przez pewien czas kontynuował schizmę. Pedro de Luna napisał jeden lub dwa traktaty na temat prawa kanonicznego (De concilio generali; De novo schismate), zredagowane tylko w części. [...]


Autor hasła: Kirsch, J.P.
Pedro de Luna”. In The Catholic Encyclopedia. New York: Robert Appleton Company, 1910.

Tłum. Łukasz Makowski

x. Antoni Cekada „Wieniec skazitelny i nieskazitelny, czyli o sportach zespołowych”



Nie potrzeba mówić, że ludzie są zaskoczeni, słysząc jak ksiądz bluźni. Otóż muszę wyznać, że to właśnie przydarzyło mi się wczoraj, gdy leciałem samolotem. Byłem w trakcie lektury "New York Timesa"; w dziale sportowym dużo miejsca poświęcono olimpiadzie – rzecz jasna. Wiadomości na jej temat było w całej gazecie pełno. Miałem więc otwartego "Timesa" i czytałem opisy tych różnych wydarzeń, gdy stewardesa, starsza kobieta, stanęła za mną, spojrzała mi przez ramię i powiedziała: "Och, widział to ksiądz? To było prostu cudowne!". Zareagowałem na to mówiąc: "Nie, wcale mnie to nie obchodzi. W istocie w ogóle mnie to nie ciekawi". Na jej twarzy pojawił się wyraz takiego szoku, jak gdybym wygłosił straszliwe bluźnierstwo. Zastanawiam się, czy reakcja byłaby choć trochę podobna w starożytnym Rzymie; gdyby ktoś podszedł do chrześcijanina i spytał: "Byłeś ostatnio w Koloseum? Było fantastycznie! Widziałeś, jak upiekli tego człowieka? Widziałeś jak cierpiał? Jejuńciu!". A wy odpowiedzielibyście: "Nie! To było okropieństwo!". Gdybyście tak powiedzieli, byłaby to obraza bogów rzymskiego społeczeństwa, obraza rzymskiej kultury.

Myślałem o tym czytając w zeszłym tygodniu gazetowe relacje z olimpiady – a tego samego dnia wieczorem książkę Henri'ego-Daniela Ropsa Kościół Apostołów i męczenników. Książka ta opisuje życie Kościoła w starożytności – to wspaniała lektura; polecam ją szczególnie tym, którzy są potencjalnie zainteresowani nawróceniem się na katolicyzm, ponieważ pokazuje zupełnie jasno, że studiowanie historii – historii Kościoła – ostatecznie prowadzi każdego uczciwego intelektualnie człowieka do stania się katolikiem.

Henri-Daniel Rops poświęca fragment książki grom w Koloseum oraz męczeństwu chrześcijan w Koloseum. Jakież było to dla ludzi podniecające! Cóż za rozrywka widzieć ludzi męczonych na różne sposoby, widzieć jak walczą z dzikimi zwierzętami, jak próbuje się zmusić ich do walki przeciw sobie nawzajem i tak dalej. Za jak wspaniałe to uważano!

Sądzę, że jest dla nas ważne, jako dla wiernych naśladowców naszego Pana, by nieprzerwanie kwestionować to, co ceni świat. A niewiele rzeczy w naszych czasach ceni się bardziej niż sport. Bardzo dużo się o nim mówi – ze względu na olimpiadę. I w związku z tym rozumiem również pytanie byłego członka Green Bay Packers.

Cóż, dziś mam zamiar powiedzieć wam trochę o sporcie i podjąć próbę spojrzenia nań z perspektywy chrześcijańskiej.

W cytowanym tekście św. Paweł dokonał porównania między pogańskimi sportowcami a chrześcijanami; stwierdził, że pogańscy sportowcy są oddani jednej sprawie: podejmują wyrzeczenia, by osiągnąć mistrzostwo, innymi słowy: dążą do zwycięstwa. Ale – mówi – starają się o wieniec skazitelny. Chrześcijanie z kolei powinni okazywać takie samo oddanie w staraniu o wieniec nieskazitelny. W Ewangelii używa się na określenie tych wyrzeczeń słowa: αγωνία – walka lub zmaganie. Św. Paweł stosuje tę analogię, to porównanie, by powiedzieć, że zamiast walczyć o wieniec w świecie doczesnym chrześcijanie powinni walczyć lub zmagać się o wieniec duchowy. Nie można bowiem zaprzeczyć, że sport jest dominującą siłą w kulturze popularnej. Jest teraz jak religia.

Jeden z bardzo wybitnych baseballistów, których mamy w Cincinnati, Peter Rose, mówił o baseballu jako o grze, którą "ubóstwia". Ów nadmierny podziw widać też względem drużyn i zawodników; są traktowani w naszym społeczeństwie jak bogowie. "Ci są bogowie twoi, Izraelu" [Por. Wyj 32, 4 – przyp. tłum.]. Specjalne traktowanie, popularność, którą cieszą się w szkole średniej, uznanie; w college'u specjalne traktowanie, zwolnienie z uczenia się czegokolwiek; zawodowcy otrzymują zaś olbrzymie wynagrodzenie, zainteresowanie mediów, wszelkiego rodzaju pustosłowie – słuchacie czasem wywiadów ze sportowcami – a to, co mówią, jest brane na serio, jakby to było prawdziwe objawienie. "Jak sądzisz: co zamierzacie zrobić? Jaki przebieg będzie miał mecz, brachu?". "Cóż, wyjdziemy na boisko i zagramy w futbol". No świetnie! Doprawdy świetnie!

Istnieją wyznawcy sportu, którzy dzień w dzień oddają się jego kultowi – miejsce w gazetach poświęcone na doniesienia sportowe; pieniądze i czas poświęcone, by uczestniczyć w różnych obrzędach. Bilet na mecz baseballowy kosztuje teraz fortunę. I w dodatku kultem sportu przesiąknięte są dzieci. Są tacy, którzy mówią: "Wyślę moje dziecko do liceum, w którym jest naprawdę dobra drużyna koszykarzy; tak, aby mogło nauczyć się grać" – albo naprawdę dobry zespół futbolowy.

Cóż, waszym zadaniem jest patrzeć na świat oczami wiary. Podobnie jak Rzymianom grozi wam, że dacie się pochłonąć wartościom – fałszywym wartościom – otaczającej was kultury – niechrześcijańskim postawom społeczeństwa.

Cóż więc powinien myśleć o sporcie katolik? Zadając to pytanie nie mam na myśli zabaw rekreacyjnych, ćwiczeń, które podejmujecie wy albo wasze dzieci dla zdrowia, rozrywki lub relaksu. Nie mam temu nic do zarzucenia. Absolutnie nic. Otóż mówiąc o "dzisiejszym sporcie" mam na myśli współczesne zorganizowane sporty zespołowe, które przepajają amerykańską kulturę: zawodowy futbol, koszykówkę, baseball, hokej i tak dalej. Zawodowcy oraz koledże, a obecnie i szkoły średnie koncentrują się na formowaniu sportowych oddziałów. Jest też – oczywiście – ta okropna olimpiada.

Spoglądamy na historię: Rzym to był chleb i igrzyska – panem et circenses, jak to mówią. Było okrucieństwo, była rywalizacja. Ojcowie Kościoła potępili te zorganizowane sporty zespołowe. Nie pobłażali wiernym w tym zakresie. W epoce chrześcijańskiej – z powodu słów potępienia, jakie padały z ust Ojców Kościoła – nie słyszy się o uprawianiu się tych sportów zbyt wiele – ze względu na nieokiełznane emocje, jakie owe zorganizowane sporty drużynowe wywołują. Więc tego wszystkiego nie było. Nie było ich przez ponad tysiąclecie – przez tysiąć pięćset lat po upadku imperium rzymskiego. Jednakże po roku 1848, który był rokiem socjalistycznej próby wywołania rewolucji w Europie – od tej chwili można było zaobserwować zorganizowane drużyny sportowe nastawione na rywalizację. To zjawisko promowali socjaliści i komuniści. Celem tego było wywołać silne emocje: dać tobie poczucie solidarności z kolegami z zespołu, z innymi kibicami twojej drużyny, nastawić cię na stadne reagowanie, abyś – zamiast myśleć – podążał za tłumem. Tych właśnie sposobów rewolucjoniści mają nadzieję użyć, aby ludźmi manipulować.

A później, pod koniec XIX wieku, baron de Coubertin usiłował wskrzesić ideę igrzysk olimpijskich. I to mu się udało. Miał na celu to, co nazwalibyśmy dziś ideą ujednolicenia świata, koncepcją świata zjednoczonego – jak również ideą panowania pogaństwa; międzynarodowego braterstwa. Stąd to się wzięło – olimpiada w swoim współczesnym wydaniu.

W Stanach Zjednoczonych w XX wieku zorganizowane sporty zespołowe – to już nie tylko rozrywka. One niejako wyewoluowały. Drużynt przeszły na zawodowstwo. Zdominowały koledże, szkoły średnie – sport zastąpił edukację.

Przez wiele lat posługiwałem w kościele pw. św. Klary w Columbus – na obrzeżu uniwersyteckiego kampusu. Widziało się podejście ludzi do sportu, ich podniecenie i tak dalej – kiedykolwiek miał odbyć się mecz: czy to futbolu, czy koszykówki. Miało się wrażenie, jakby obchodzono bardzo ważne święto religijne.

Sport stanowi poza tym substytut pracy. Te sprawy są napędzane przez media, przez reklamodawców, przez wielki biznes – wchodzą tu w grę wielkie pieniądze. Sport staje się zastępczą religią. Masz się emocjonalnie angażować w te panem et circenses, w chleb i igrzyska. naprawdę mocno. Pomyślcie o tym. Jaki jest tego skutek dla sportowca? Buduje to w nim pychę. Na cóż komukolwiek umiejętności w dziedzinie, która jest całkowicie bezużyteczna? Rzucanie piłką przez obręcz – wspaniałe dla rekreacji – ale koncentrować wokół tego swoje życie? Serio? Próżność. Szukasz uznania ze strony innych z głupich przyczyn. Albo rywalizacja – wywołujesz ducha konfliktu z wyimaginowanym "wrogiem". Widzicie jak ci ludzie walczą. Walczą na boisku lub na lodowisku. Albo gniew: na kolegów z drużyny, na trenerów, na przeciwników, na sędziów. I chciwość: możesz stać się niewyobrażalnie bogaty, jeśli jesteś dobry w te bzdury. Wreszcie: fizyczne krzywdzenie przeciwnika. Brutalność bloku w futbolu amerykańskim. I w szkołach średnich są dzieci, które z tego powodu stają się kalekami na całe życie. I po co? Dla fałszywych nadziei. Bierzesz dzieci z biednej dzielnicy, najczęściej murzyńskiej, które przejawiają sportowe aspiracje. Ze względu na uzdolnienia w tej dziedzinie dostają się do koledżu – dobrego koledżu – i niczego się tam nie uczą. Lepiej poświęcić czas nauce niż ciskaniu piłką do kosza. Oni czczą ciało. I to właśnie dostaje zawodnik – cześć dla swojego ciała. A kibice dostają gniew. Gniew z powodu porażek, złych zagrań; dostają przyzwolenie na zło. Niemoralna nieskromność reklam. Niewiarygodne! Promowanie niemoralnego stylu życia. Skandaliczne życie prywatne sportowców – to wasze pieniądze im na to pozwalają. Ponadto wynikające z pasjonowania się sportem zawodowym lenistwo i bierność. Lepiej byłoby spędzić ten czas grając w piłkę z własnymi dziećmi albo wykonując jakieś ćwiczenia. I jeszcze przyjmowanie mentalności tłumu: pozwalasz sobą manipulować w ten sposób, że odczuwasz to, co się dzieje, jako naprawdę ważne. Wszystkie twoje emocje obracają się wokół sportu. Rodzice dają dzieciom zły przykład. Przekazują im – swoim zachowaniem, biorąc sport zawodowy na poważnie – wszystkie fałszywe wartości, które niesie on ze sobą.

Więc – wziąwszy wszystko powyższe pod uwagę – z praktycznego punktu widzenia dostrzegamy problem. Jeśli go rozważysz, musisz przyznać, że ze sportami zorganizowanymi związane jest niebezpieczeństwo. Nie jesteśmy duchownymi, którzy chcą po prostu popsuć wszystkim zabawę. Chodzi o to, że naszym zadaniem jest skłonić was do myślenia na takie tematy i zastanowić się, jak je traktować. Więc jak powinno wyglądać wasze zaangażowanie w sport? Oglądanie rozgrywek albo śledzenie wyników drużyn nie jest złe samo w sobie. Gdy dorastałem, sport był dużo, dużo bardziej niewinny. Ale nie traktowano go tak poważnie jak dziś. Możecie mi wierzyć lub nie, ale sam zbierałem kiedyś karty z baseballistami. Co nawet trudniejsze do uwierzenia – biskup Sanborn też. Żartowaliśmy sobie z tego. Nie – karty z dziedziny teologii, nie – wielcy teologowie – oto wymieniamy się: św. Tomasz za św. Bonawenturę; albo wielcy kanoniści: Feliks Cappello za Rajmunda z Pennafort lub coś podobnego, ale karty z baseballistami. Ale to było dużo niewinniejsze i nie towarzyszył temu taki szum. A potem straszliwie to rozdmuchano. I starsi z nas, którzy się takim kolekcjonowaniem kart zajmowali – teraz zgadzamy się na to, na co nie powinniśmy się godzić. A media przemieniają wszystko w śmieci i szumną reklamę. I tak wiele towarzyszących temu wszystkiemu okoliczności może stanowić okazję do grzechu: niemoralne i wulgarne reklamy, które towarzyszą relacjom. Więc dla dobra waszego i waszych dzieci: nigdy nie sprawiajcie u nich wrażenia, że zaangażowanie w sporty zespołowe to chlubny cel. Nigdy nie dawajcie im tego wrażenia. Zniechęcajcie je do nadawania wysokiej wartości tym sprawom. To tylko gra. Powinna sprawiać ci przyjemność. To właśnie musicie dzieciom uzmysłowić. Uprawiasz sport dla ćwiczenia, dla rekreacji – najlepiej jeśli sam go uprawiasz, aby dobrze się bawić i zrelaksować – ale nie bierz sportu na poważnie.

I wreszcie: lepiej spożytkujcie czas. Strona a sporcie, wiadomości sportowe, tego rodzaju sprawy – nie bierzcie tego na poważnie. Bierzcie na poważnie lekturę duchową. Zróbcie coś, co wzbogaci was duchowo albo czegoś was nauczy – zamiast oglądać w telewizji sporty zespołowe. Poćwiczcie trochę, idźcie na spacer, zagrajcie w coś z dziećmi.

Tytułem podsumowania: święty Paweł mówi, że musimy dążyć do doskonałości, aby zdobyć nagrodę. Oznacza to więc, że musimy wziąć udział w zawodach, by wygrać. Gdy dorastałem, trenerem Green Bay Packers był wspaniały Vince Lombardi. Tak się składa, że wiem, iż co dzień uczestniczył we Mszy – to bardzo budujące. Lombardi powiedział – i z tego jest bardzo znany – że wygrywanie to nie wszystko – to jedyne, co się liczy. Pamiętajmy jednak, że współczesne zespoły sportowe walczą o wieniec skazitelny. My, chrześcijanie, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nasze zainteresowania i nasze dążenia, że cały nasz zapał powinniśmy nakierować na zyskanie wieńca nieskazitelnego.

Wygrywanie to nie wszystko – to jedyne, co się liczy. To powiedzenie ma sens tylko wtedy, gdy oznacza "wygranie" Nieba – jedyne zwycięstwo, które jest dla nas ważne. Niech Was Bóg błogosławi. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Tłum. TŁM & Mikołaj O.