Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (8)


  


ROZDZIAŁ 8
8 • Fires Creek • 1998 • Muszę się ukryć

„Kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby agentów federalnych zbliża się do zachodniej części Karoliny Północnej” – mówiło radio w sposób taki, jakby rzeczeni agenci zstępowali na skrzydłach z Olimpu. Niektórzy z nich najwyraźniej przeszukiwali moją przyczepę nad Cane Creek, inni zaś przetrząsali mój boks w przechowalni w Marble. Nie znaleźli pick-upa – jeszcze. To były jedyne dobre wieści. Z każdym upływającym dniem trop prowadzący od nissana do miejsca, w którym obecnie przebywałem, coraz bardziej się zacierał. Potrzebowałem jednak więcej czasu.

Federalni podążali moim tropem aż z Birmingham, a nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Instynkt nie omylił mnie w sprawie chudego jak patyk czarnoskórego mężczyzny koło bitego chevroleta novy. Ten człowiek coś zauważył. Godzinę po wybuchu przy New Woman gliny odbyły z nim rozmowę usiłując zrozumieć to, co chce im przekazać. Z początku ich trud był daremny. Murzyn doświadczył czegoś, co tak wyprowadziło go z równowagi, że tylko bełkotał bez ładu i składu. W końcu uspokoił się na tyle, że zdołał opowiedzieć swoją osobliwą historię.

Był to student koledżu na Uniwersytecie Alabamy. 29 stycznia 1998 roku obudził się wczesnym rankiem, by zrobić pranie. Znajdował się właśnie na dolnym piętrze pralni w Rast Hall, gdy usłyszał odgłos wybuchu. Pośpieszył do okna, skąd ujrzał unoszący się w odległości dym i "mężczyznę z długimi brązowymi włosami", który odchodził z miejsca zdarzenia przez Rast Park. Z niewiadomego  powodu mężczyzna wydał mu się podejrzany, więc zdecydował się pójść jego śladem. Zabrał z parkingu swojego chevroleta i pojechał w stronę Red Mountain.

Student spostrzegł mężczyznę nieopodal Piętnastej Alei Południowej dokładnie w chwili, gdy ten zanurkował w zaułek za Central Garden Apartments. Sądził, że zgubił długowłosego. Gdy zatrzymał się przed osiedlem, samochód odmówił mu posłuszeństwa. Wyskoczył z auta, by spojrzeć pod maskę, a ledwie chwile później "z drugiej strony bloków wyszedł drugi mężczyzna". Ten wyglądał inaczej. Niósł dużą niebieską plastykową torbę z Wal-Marta, a przez ramię przewiesił torbę na książki, która wyglądała na pustą. O mężczyźnie trudno byłoby powiedzieć cokolwiek konkretnego poza tym, że miał na nosie doprawdy słusznych rozmiarów staromodne okulary przeciwsłoneczne. Gdy tajemniczy człowiek mijał stojącego obok samochodu studenta, ten spojrzał mu wprost w słusznych rozmiarów okulary. Patrzyły na niego groźnie. Coś w tych groźnych okularach podpowiedziało mu, że mija go ten sam gość, którego śledził już w Rast Parku.

Zanim student zdołał odpalić samochód, człowiek w groźnych okularach znów zniknął. Sądząc, że mężczyzna mógł skręcić na północ Osiemnastą Ulicą i skierować się z powrotem w stronę New Woman, student zaczął krążyć ulicami Southside. Prowadził rekonesans, chodząc to w tę, to w tamtą stronę, ale nie był w stanie zlokalizować tajemniczego człowieka. Zatrzymywał machaniem rękami jadących do pracy kierowców i gorączkowo usiłował wyjaśnić im sytuację. Mówił, że śledzi kogoś, kto "spalił budynek do cna". Człowiek ten nosił dużych rozmiarów przyciemniane okulary starego fasonu. Błagał kierowców, by zadzwonili na policję, ale zatrzymani sądzili, że student zwariował i bez słowa odjeżdżali. Zdesperowany student wpadł potem na pomysł, aby zapukać do czyichś drzwi i poprosić o skorzystanie z telefonu – ale zdecydował się tego nie robić. Ludzie mogliby pomyśleć, że chce "ich okraść albo skrzywdzić w inny sposób".

Student miał pewność, że zgubił ślad podejrzanego. Niemniej jednak krążył po Southside jeszcze przez kilka minut. W końcu się poddał. Zgubiwszy trop człowieka w groźnych okularach, postanowił, że najlepiej będzie o swoich obserwacjach poinformować policję. Zamiast jednak rozmawiać z glinami na miejscu eksplozji, przejechał cały odcinek na drugą stronę Red Mountain, zatrzymał się w McDonaldzie przy Dwudziestej Pierwszej Ulicy i stamtąd zadzwonił pod numer alarmowy.

W McDonaldzie trwał właśnie poranny ruch, gdy student wpadł do sali restauracyjnej i zaczął się jak szaleniec wydzierać. Krzyczał, że jakiś człowiek "z opadającymi na ramiona włosami" spalił budynek. Chciał widzieć się z kierowniczką, chciał użyć telefonu. Klienci zaczęli wycofywać się w stronę drzwi. Kierowniczka zastanawiała się, czy pozwolić mu skorzystać z aparatu, czy użyć go do połączenia się z zakładem dla obłąkanych i wezwania panów w białych kitlach. W końcu ustąpiła, ale poleciła studentowi, by wszedł za ladę i przestał straszyć klientów.

Student połączył się z operatorem numeru alarmowego, który usiłował rozmawiać z nim tak, by dzwoniący zdołał przekazać to, co ma do powiedzenia. W trakcie tej jednostronnej rozmowy z operatorem, wzrok studenta padł przez chwilę na okno. Za oknem zaś – ominąwszy wzrokiem klientów tłoczących się w restauracji i wypełnione w porannych godzinach szczytu samochodami cztery pasy jezdni – zobaczył gościa w wielkich groźnych przyciemnianych okularach. Widoczny po drugiej stronie Dwudziestej Pierwszej Ulicy mężczyzna szedł w stronę Valley Avenue wprost na oczach klientów McDonalda.

– Widzę go! – wrzasnął student prosto w ucho operatora. – Mam go! Musicie przyjechać natychmiast! – Skakał w górę i w dół wskazując za okno. Klienci znów zaczęli kierować się w stronę wyjść. Operator nalegał na to, by przedstawić mu rysopis podejrzanego. – Nie potrafię dokładnie go opisać – odparł student. – Musicie przyjechać natychmiast!

Całą tę osobliwą scenę obserwował jedząc śniadanie młody prawnik. Podsłyszawszy rozmowę studenta z operatorem numeru alarmowego, zaczął tworzyć sobie w głowie opis człowieka po przeciwległej stronie Dwudziestej Ulicy Południowej: "Brązowe buty, zielona kracista koszula, czarny kapelusz, okulary przeciwsłoneczne...". Nim zdołał skończyć, mężczyzna zanurkował między drzewa, kierując się w stronę Parku Wulkana.

Policyjny detektyw z Birmingham przyjechał do McDonalda w przeciągu kilku chwil. Próbował rozmawiać ze studentem, ale wciąż nie dawało się go zrozumieć. – Spalił doszczętnie DPS Ronalda McDonalda! – wydarł się student. (W pobliżu miejsca wybuchu znajdował się taki DPS). Inicjatywę przejęli prawnik i kierowniczka. Opisali to, co się stało, i wskazali miejsce po drugiej stronie Dwudziestej Pierwszej Ulicy, w którym po raz ostatni widziano mężczyznę w olbrzymich groźnych okularach starego fasonu. Krótkie rozpoznanie ujawniło prowadzącą do lasu ścieżynkę. W oddali widać było apartamenty Valley View oraz drogę dojazdową do Parku Wulkana.

Sądząc, że podejrzany poszedł w stronę parku, detektyw wsiadł do swojego SUVa i popędził tam pnącą się zboczem drogą dojazdową. Prawnik zdecydował się dołączyć do grupy pościgowej. Zamiast jednak jechać w tym samym kierunku, co detektyw, ruszył Valley Avenue na zachód. Rozgorączkowany student pojechał za nim swym bitym chevym novą.

Policyjny detektyw nie napotkał nikogo w Parku Wulkana, więc zjechał z powrotem do Valley Avenue. Prawnik miał więcej szczęścia. Przejechał obok wejścia do parku i skręcił w pierwszą ulicę w prawo – Beckam Drive. Spostrzegł człowieka stojącego koło niewielkiego szarego pick-upa. Człowiek ów zwrócił jego uwagę, lecz po przyjrzeniu mu się z bliższej odległości, prawnik stwierdził, że wygląda on inaczej niż mężczyzna, którego widział za oknem McDonalda. Zgadzały się tylko podstawowe cechy: wzrost, ciężar i rasa.

Prawnik szybko zawrócił mając nadzieję, że zdoła przyjrzeć się mężczyźnie dokładniej. Zatrzymał się za nissanem stojącym na światłach u zbiegu Beckam Drive i Valley Avenue. Nie miał jak spojrzeć do szoferki pick-upa. "Czy to ten sam facet?" – zadał sobie pytanie. Prowadził ze sobą wewnętrzny spór o to, czy notować numer rejestracyjny nissana. "Czułem do siebie wstręt wiedząc, że mogę pomagać w ustalaniu tożsamości człowieka, który z zamachem nie ma nic wspólnego" – powiedział później policji. Ale po chwili podniósł z podłogi pusty papierowy kubek i zapisał na nim numer rejestracyjny: Karolina Północna KND-1117.

Ostatecznie szary nissan skręcił z Valley Avenue w lewo i popędził przez skrzyżowanie z Dwudziestą Ulicą Południową, śpiesząc w stronę autostrady numer 280 (na odcinku imienia Eltona Stephensa). Po tym jak na skrzyżowaniu prawnik stracił pick-upa z pola widzenia, przywołał znajdującego się w pobliżu policjanta i wręczył mu kubek po kawie z zanotowanym numerem rejestracyjnym. Tymczasem student w swoim chevym novie zobaczył jak na poboczu Valley Avenue prawnik rozmawia z gliniarzem. Podjął decyzję, by się nie zatrzymywać, bo – jak mówił później w wywiadach – sądził, że prawnik mógł mieć z atakiem bombowym coś wspólnego. To było doprawdy osobliwe.

* * *

Karolina Północna KND-1117 to był numer rejestracyjny mojego auta, a ja byłem owym tajemniczym człowiekiem ściganym przez zebraną naprędce grupę. Łut szczęścia albo ślepy traf zdecydowały, że student w chevrolecie natknął się na mnie trzykrotnie i widział mnie w kolejnych przebraniach, które przywdziewałem w drodze do auta. Każdy kolejny opis mojego wyglądu różnił się od poprzedniego, ale coś powiedziało mu, że za każdym razem ma do czynienia z tym samym człowiekiem.

Najpierw zauważył mnie, wyglądając z okna pralni w Rast Hall. Nie miał zielonego pojęcia o tym, co spowodowało wybuch i pochodzeniu chmury wznoszącego się dymu – po prostu z jakichś przyczyn wydało mu się, że idący przez Rast Park mężczyzna wygląda podejrzanie.

Następnie, gdy jechał przez Southside, jego auto odmówiło posłuszeństwa akurat naprzeciw tych samych apartamentów, w pobliżu których pozbywałem się moich peruki i kurtki. Spomiędzy bloków wyszedł "inny gość", ale znów coś w tych wielkich groźnych przyciemnianych okularach powiedziało studentowi, że ma je na nosie ten sam facet, którego śledził od Rast Parku. Gdy stał tak przy swoim chevym, wgapiając się we mnie, sprawiał wrażenie, jakby zobaczył ducha.

Później twierdził, że tylko udawał, iż chevy mu się zepsuł – żeby lepiej mi się przyjrzeć. Ale gdyby to była prawda, nie zgubiłby znów mojego tropu ledwie przecznicę dalej – gdzie skręciłem na południe, by przejść na drugą stronę Red Mountain, on zaś – na północ w Osiemnastą Ulicę. Czułem, że coś nie gra. Gdy jednak skręciłem na południe, a student na północ, przestałem o nim myśleć. On krążył po Southside, podczas gdy ja wspinałem się na Red Mountain. Nie miałem pojęcia, że ów osobliwy cień podąża moim śladem.

W końcu zaś przeznaczenie kazało nam się spotkać raz jeszcze, gdy przechodziłem koło McDonalda. Byłem widoczny przez frontowe okno restauracji przez krócej niż dziesięć sekund. Traf chciał, że student znajdował się wtedy w środku i, rozmawiając przez telefon, rzucił okiem za szybę w trakcie tych właśnie dziesięciu sekund. Gdy dotarłem do pick-upa, zdarłem z siebie koszulkę, włożyłem przekaźnik do skrzynki z narzędziami i wypiłem nieco wody – zajęło to tylko parę minut. Sądziłem, że mi się udało. Zadanie wykonane. Ale tych kilka minut starczyło prawnikowi, by skręcić w ulicę, na której stał nissan – pierwszą i jedyną ulicę, w którą skręcił – i zatrzymać się za moim autem.

Gdyby tamtego poranka przebieg wydarzeń zmienił się choć o jotę, odjechałbym z Birmingham nie zostawiając za sobą śladu. Lecz tak się nie stało. Niezależnie od tego, czy we wpadnięciu na mój trop pomógł federalnym szczęśliwy traf, czy też przeznaczenie, w przeciągu godziny od wybuchu pod New Woman znali już moją tożsamość. Przesłuchiwali kluczowych świadków. Później tego samego popołudnia, gdy byłem w Murphy zajęty myciem samochodu, wydali za mną list gończy. Oto wszystkie organa ścigania właśnie wszczęły akcję poszukiwawczą, a ja pojechałem do miasta myć nissana.

Na podstawie numerów rejestracyjnych nissana federalni ustalili lokalizację mojego fałszywego adresu w  Asheville w Karolinie Północnej. 29 stycznia jednostki taktyczne wleciały do Asheville i szturmem dostały się pod niezamieszkały adres. Przesłuchali też moją siostrę, mieszkającą zaraz na południe od Asheville. Nie miała bladego pojęcia, gdzie mogę się znajdować. W Bradenton na Florydzie na trawniku przy domu mojej Mamy armijka agentów FBI rozbiła obóz. Mama też nie wiedziała, gdzie przebywam.

Przyczepę nad Cane Creek wynająłem posługując się fałszywymi personaliami – podałem się za Boba Randolpha. Ale jak głupi podałem prawdziwe nazwisko zawierając umowę z lokalnym dostawcą prądu. Mieli więc adres mojej przyczepy nad Cane Creek. Szeryf hrabstwa Cherokee wiedział, że niegdyś mieszkałem w Nantahali. Kierując się przeczuciem, że wciąż mogę przebywać w tej okolicy, dzień po zamachu na New Woman przeszukał dane elektroniczne dotyczące tamtejszych mieszkańców. Gdy szeryf natrafił na mój adres nad Cane Creek, prawdopodobnie wciąż przeszukiwałem boks w przechowalni w Marble, usiłując znaleźć szpadel i siekierę.

Tymczasem FBI poszukiwało mnie w Asheville i Bradenton. Gdy szeryf przekazał federalnym informację o rejestrze klientów firmy energetycznej, ci kazali mu czekać. FBI nie chciało pozwolić na to, by rozgłos zyskał jakiś wioskowy szeryf – kazało mu więc czekać, aż jednostki taktyczne przemieszczą się do Murphy, by dokonać nalotu na przyczepę nad Cane Creek. W tym krótkim przedziale czasowym – około trzeciej po południu – opuściłem przyczepę. Gdy o ósmej wieczorem jednostki taktyczne FBI zajmowały pozycje na niskich zboczach potoku, ja szedłem drogami do Fires Creek. Łaska Boża sprawiła, że byli o włos od schwytania mnie, a udało mi się wymknąć z ich sideł.

* * *

Zanim się tego wszystkiego dowiedziałem, upłynęło pięć lat. Wtedy byłem świadom jedynie tego, że federalni mają świadka i że jestem poszukiwany. Zdawałem sobie sprawę również z tego, że ucieczka będzie stanowić wobec mnie kolejny, bardzo poważny zarzut. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Nie miałem złudzeń, co mnie czeka, jeśli skończę przed ich sądami. Lewicowe media wytworzyły wokół prawicowych działań bojowych atmosferę niewiarygodnej histerii. Do skazania konserwatysty federalni potrzebują dowodów jedynie poszlakowych. Oddanie się w ich ręce nie wchodziło w grę.

Rankiem w dniu, gdy przybyłem nad Fires Creek, włączyłem radio. O moim pick-upie nie było żadnych wiadomości – jeszcze. FBI znajdzie w końcu nissana – to tylko kwestia czasu.

Szybko zacząłem rozglądać się za miejscem do obozowania – takim, w którym nie zdołają odnaleźć mnie myśliwi, psy gończe, ani helikoptery. Obecnie trudno już znaleźć takie miejsce. Potrzeba odpowiedniego połączenia trzech elementów: słońca, wody i schronienia przez niesprzyjającą pogodą. Rozpostarłem przed sobą mapę topograficzną, by przyjrzeć się okolicy.

* * *

Południowe Appalachy składają się z dwóch równoległych względem siebie pasm górskich. Główne nazywa się Unaka Mountain Range. Na południe od Wirginii pasmo to tworzy granicę między Karoliną Północną a Tennessee. Drugie z największych pasm zwie się Blue Ridge. Leży około stu mil na wschód od Unaka Mountain Range i ma niższą od niego średnią wysokość. W zachodniej części Karoliny Północnej wspomniane pasma łączy kilka usytuowanych poprzecznie względem nich łańcuchów górskich. Dziki obszar Fires Creek leży pomiędzy dwoma takimi łańcuchami: na północ od niego leżą Valley River Mountains, od południa zaś – Tusquitee Mountains. Fires Creek, położone na północ od miasteczka Hayesville, a na południe od Andrews, to obszar rozległy, dziki i znajdujący się pod ochroną. Dwa łączące pasma Appalachów łańcuchy spotykają się na położonym na tysiącu sześciuset metrach szczycie Tusquitee Bald – góry jak na standardy Appalachów wysokiej. Wokół Fires Creek przez piętnaście mil wije się na szerokość samochodu żwirowa droga i kończy ślepo u podnóża Tusquitee Bald. Jar, którym pełznie, ma kształt końskiej podkowy, a dzieli się na kilka stromych odcinków.

W rozciągającym się od południowej części stanu Nowy Jork aż po Alabamę regionie Appalachów występuje ponad 145 gatunków drzew i powyżej 1500 rodzajów innych roślin – oznacza to, że wewnątrz okręgu o promieniu czterdziestu mil spotykamy większe bogactwo roślin niż w całej rozciągającej się od Turcji po Irlandię Europie. W lasach przeważają obecnie dęby. Nim zaraza wykończyła w latach dwudziestych [XX wieku] orzechy, to ich rosło w Appalachach najwięcej.

Większość terenów leśnych wykupiły w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku handlujące drewnem firmy z północy. Po niespełna trzydziestu latach starodawna puszcza zniknęła z powierzchni ziemi, zostawiając w krajobrazie zachodniej części Karoliny Północnej olbrzymie połacie wyżartych erozją terenów po wycince. Poza kilkoma obszarami, które objęto ochroną, takimi jak las Joyce Kilmer Memorial Forest (o powierzchni piętnastu kilometrów kwadratowych) nieopodal Robbinsville, z dawnego drzewostanu pozostało niewiele. Kilka nietkniętych od wieków drzew można spotkać jedynie na najbardziej stromych zboczach. Opady w Appalachach należą do wysokich (od 1.000 do 2.000 mm rocznie) i na terenach po wycince wyrosło wiele nowych drzew. W latach trzydziestych rząd odkupił od firm z branży drzewnej większość terenów górskich w regionie Appalachów. Wszędzie widać ślady wycinki. Na wyżynach zarośnięte dawne szlaki drwali przecinają praktycznie każdą grań, wąwóz i dolinę. Tu i ówdzie natykamy się na pordzewiałe liny kotwiczne. Dziś ze starych szlaków drwali korzystają myśliwi oraz turyści.

Na podstawie prawa o przymusowym wywłaszczeniu rząd utworzył w 1934 r. Park Narodowy Great Smoky Mountains. Od 7.300 osadników zakupiono ponad 2.000 kilometrów kwadratowych ziemi – przedstawiając im ofertę nie do odrzucenia w sensie jak najbardziej dosłownym: mają przyjąć proponowaną zapłatę i się wynieść albo stanąć w obliczu przymusowego wykwaterowania.

Park rozciąga się po obu stronach granicy między Karoliną Północną a Tennessee, a znajduje około trzydziestu mil na północ od Fires Creek. Pozostała część upaństwowionej ziemi w Karolinie Północnej  pocięta jest na wysepki lasu oraz obszary dzikiej przyrody takie jak Fires Creek. Chroniony obszar dzikiej przyrody Fires Creek to rezerwat niedźwiedzia czarnego, a zarazem teren wyznaczony do polowań na inną zwierzynę.

Jako obszar chroniony w ramach programu ONZ, Park Narodowy Great Smoky Mountains cieszy się znacznie większym zainteresowaniem niż miejsce takie jak Fires Creek. Park odwiedza rocznie dziesięć milionów turystów. Od ludzi aż się w nim roi. W parku, rzecz jasna, polowanie jest zakazane. Kilkudziesięciu strażników patroluje Smokies nasłuchując odgłosów strzałów i szukając śladów kłusownictwa. Panuje atmosfera napięta – jakby żywcem wzięta ze stanów północnych.

Obszary takie jak Fires Creek, na których polowanie jest dozwolone, są inne. "Obcych" (nie tamtejszych) spotyka się rzadko, szczególnie zimą. Można strzelać do zwierząt, co oznacza, że huk broni słyszy się często. W soboty i niedziele z dużym prawdopodobieństwem można się natknąć na kilkuoosobową grupę gości siedzących wokół ogniska, pijących piwo i strzelających w okoliczne drzewa. Po zachodniej części Karoliny Północnej rozrzuconych jest kilka obszarów łowieckich – każdy z nich co najmniej tak duży jak Fires Creek (który ma osiem hektarów). W przeciwieństwie do parku, tereny polowań patroluje tylko garstka strażników. Między pojawieniem się kolejnych patroli mogą upłynąć całe tygodnie. W środku zimy Fires Creek jest puste – w promieniu kilku mil żywego ducha. Było to idealne miejsce na kryjówkę.

Rockhouse Creek oddziela się od Fires Creek i pnie krętą drogą przez zakończony urwiskiem ślepy zaułek, gdzie granie są tak strome, że drzewom i glebie ledwie udaje się na nich utrzymać. Zachodnie obrzeże Rockhouse tworzy biegnący na kształt litery jot grzbiet zwany Tarkiln Ridge.  Tutaj siedzibę znalazło sobie stadko pojemników Rubbermaid oraz ja sam. Nade mną piętrzył się na wysokość trzystu metrów gęsto zalesiony grzebień Tarkiln.

\OBRAZEK
Ilustracja 5: Fires Creek, Tusquitee\

W którą stronę się nie obejrzałem, na ziemi widziałem krzyżujące się liczne ścieżki. A gdzie są ścieżki, tam pojawiają się i ludzie. Jeśli nie znajdą mnie federalni, może się to udać myśliwym.

Północne i wschodnie zbocza porastał rododendron, rodzaj wiecznie zielonego krzewu. Jego liście przypominają wyglądem ogórki, kwitnie zaś bujnie w ciemnych i wilgotnych górskich parowach. Tutejsi nazywają różanecznik górskim wawrzynem. Gładkie gałęzie rośliny splatają się ze sobą, tworząc zwany komyszem gąszcz. Gdy znajdziesz się w środku gęstowia, całkowicie tracisz poczucie orientacji. Możesz pełzać na brzuchu godzinami, a posunąć się zaledwie o kilkaset metrów.

W najbardziej stromej części Tarkiln komysz wpełzał do wysokości mniej więcej połowy zbocza – tam ścieżki już się nie zapuszczały. Był to jeden z owych rzadko już spotykanych kawałków lasu, gdzie wciąż da się znaleźć kilka drzew nietkniętych od wieków. Siła grawitacji oraz wiatr powaliły większość olbrzymich drzew, ale w gęstwie ukryło się parę starodawnych dębów, mających u podstawy pnia średnicę od trzech do trzech i pół metra.

Postanowiłem ukryć się w różanecznikowej komyszy. Był to jedyny sposób, aby zaradzić niebezpieczeństwu związanemu ze ścieżkami oraz myśliwymi. Typowy myśliwy polujący na jelenie oraz indyki najchętniej organizuje obóz na otwartej przestrzeni wewnątrz lasu – jest wtedy w stanie dostrzec zbliżającą się zwierzynę z odległości. A myśliwi polujący na niedźwiedzie i szopy większość pracy cedują na psy gończe. Przymocowują im obroże z urządzeniami lokalizacyjnymi i śledzą pogoń na elektronicznych monitorach. Jeśli nie zdarzy się, że psy zmuszą jakieś zwierzę do ucieczki na drzewo rosnące wpośród komyszy, myśliwy będzie trzymał się ścieżek albo siedział we własnym samochodzie. Jeśli więc zdołam unikać ścieżek, zdołam też uniknąć myśliwych.

Z grzbietu Tarkiln w regularnych odstępach odchodziły w dół liczne granie – gładkie i zaokrąglone, niczym kłykcie zaciśniętej pięści. Słońce z trudnością przezierało przez gęsty okap liści różaneczników, rosnących między odnogami łańcucha. Ale wzdłuż "knykci" komysz przerzedzał się, pozwalając światłu przeniknąć przez listowie. Na jednej z bocznych grani zlokalizowałem kilka płaskich miejsc – wystarczająco dużych, by pomieścić płachetkę namiotową i może jeszcze rozpalić ognisko. Rododendron i wysokie białe sosny zapewniały całoroczną osłonę. Mogłem zatrzeć ślady mojej drogi do komyszu i pozostać w krzakach dopóki nie skończy mi się jedzenie.

Nie samym chlebem żyje człowiek – potrzebuje też wody. Poszukujący mnie federalni też o tym wiedzieli. Dysponowali topograficznymi mapami, takimi jak moja, na których oznaczono wszystkie główne potoki. Agenci FBI, zamiast przeczesywać każdy metr kwadratowy olbrzymiej przestrzeni, z dużym prawdopodobieństwem będą mnie poszukiwać w okolicach strumieni, iść śladem psów gończych, mając nadzieję, że natrafią na mój zapach, który zaprowadzi ich do mojego obozowiska.

Ale mniejszych źródełek i potoczków na mapach nie ma. W niemal każdym wąwozie w południowych górach wytryska źródło. W owych mniejszych strumyczkach wodne pasożyty takie jak pierwotniaki z gatunku giardia występują rzadko. Zanieczyszczone – głównie zwierzęcymi odchodami – są jedynie większe strumienie, rzeki i jeziora. Potoczki oraz położone na zboczach źródła główne są krystalicznie czyste, a wytryskująca z nich woda – przepyszna.

Niektóre źródełka wypryskują z wielką siłą, woda płynie przez chwilkę po powierzchni, a następnie przesącza się z powrotem pod ziemię. Nazywają takie źródło "krynicą bimbrownika". Bimbrownicy konstruowali kiedyś swoje destylarnie whisky w pobliżu takich właśnie źródełek, tak by urzędnicy państwowi nie zdołali ich zlokalizować podążając wzdłuż strumienia. Źródełka często ukryte są głęboko w różanecznikowym komyszu. Znalazłem bardzo przyjemną bimbrowniczą krynicę w jarze zaraz na północ od bocznej grani.

Rozbiłem namiot na jednym z płaskich miejsc i zakamuflowałem konarami choiny. Najpierw przyniosłem do obozu puste beczki, a dopiero potem jedzenie i sprzęt. Chodząc przez komysz w te i we wte jak dziki wieprz, wydeptałem ścieżkę. Gdy przyniosłem już do obozowiska cały mój dobytek, wycofałem się, wygładzając liście, by leżały płasko na ziemi.

Wykopałem pod głazem małą kryjówkę, w której zdołam schować się, jeśli nad moją głową pojawią się helikoptery z kamerami termowizyjnymi (FLIR) – tak by nie wykryły mnie czujnikami ciepłoty ciała. Ukryć ciepłotę ciała łatwo. Trudniej ukryć ciepło emitowane przez ognisko. Nawet spod gęstego baldachimu różanecznika ogień, na którym gotowałem jedzenie, wydzielał bardzo zauważalną ilość ciepła. Mój obóz znajdował się dokładnie naprzeciw grzbietu Wolf Ridge, po przeciwległej stronie Rockhouse Creek. Agent stojący tam z kamerą termowizyjną z łatwością zlokalizowałby ogień z mojego obozowiska, gdybym rozpalił go na grani. Zorganizowałem miejsce do gotowania na północ od obozu, w ciemnym zagłębieniu, które zakręcało, ponownie łącząc się ze zboczem. Liście rododendronu nad moją głową splatały się ze sobą, tworząc nieprzebyty gąszcz. Ziemia była przesiąknięta wodą, która chlupotała pod stopami; czułem się jakbym chodził po gąbce. Na ziemi ognia nie dało się rozpalić. Żeby wzniecić płomień nad mokrym podłożem, skonstruowałem z płaskich kamieni małą "płytę" do gotowania, a bezpośrednio nad nią puściłem żerdź. Gdy zaczynało mocno padać, przerzucałem przez drąg plandekę, tworząc osłonę opartą o szkielet w kształcie litery A.

Ciemny, mokry i zimny – luty to w górach na południu najgorszy miesiąc. Pogoda na Tarkiln wkrótce zrobiła się paskudna. Najpierw padał śnieg, a później temperatura wzrosła i zrobiła się breja. Brnąłem przez  śniegową paćkę przeczesując zapadliny w poszukiwaniu płaskich kamieni. Paliłem tak bardzo potrzebne mi kalorie i byłem zmuszony dużo jeść.

Nigdy nie rozpalałem ogniska w nocy, nigdy nie korzystałem z ognia do ogrzewania się. Ogień służył do gotowania. Na początku gotowałem dwa razy dziennie – rano, a następnie po południu. Gotując tylko tyle jedzenia, by starczyło na jeden posiłek, marnowałem czas i opał. Ponadto ogień palił się zbyt długo, narażając mnie na wykrycie przez sprzęt termowizyjny. Po tej konstatacji zacząłem używać mojego uniwersalnego garnka (żeliwnego kociołka skonstruowanego tak, aby dało się go zawiesić nad otwartym ogniem) do gotowania dwóch albo trzech porcji jedzenia za jednym razem. Po skończonym posiłku łyżką zbierałem pozostałą papkę do miski i zatrzymywałem na później, do zjedzenia na zimno. Jeśli papka zamarzała, rozbijałem ją na kawałki, które wkładałem do worka, ten zaś pakowałem do ciepłego śpiwora, tak by odtajały i nadawały się do spożycia następnego ranka.

Nadprogramową papkę przechowywałem w wiadrze, które wieszałem wysoko wśród drzew. Zredukowało to czas przeznaczony na gotowanie do kilku godzin tygodniowo.

* * *

Nocą 7 lutego 1998 r. trzech miejscowych chłopaków, którzy wybrali się polować na szopy, znalazło mojego pick-upa. Radio ogłosiło: "Psy gończe i zamaskowani agenci przeczesują lasy".

Usłyszane wiadomości zaniepokoiły mnie. Pick-up znajdował się w miejscu, gdzie go porzuciłem, przez ponad tydzień. Jakiekolwiek ślady, które zostawiłem za sobą na drogach do Fires Creek, już zniknęły. Dlaczego więc przeczesują lasy? Dotykająca mnie paranoja pracowała w nadgodzinach. Piętnaście mil, jakie dzieliło mnie w linii prostej od nissana, nagle zaczęło wyglądać jak piętnaście centymetrów. A okrężna droga, którą przybyłem tu z Martins Creek, zmieniła się znienacka w prostą. Znajdowałem się na jednym jej końcu – federalni z psami gończymi na drugim; kwestią czasu pozostawało tylko kiedy spotkamy się twarzą w twarz.

FBI musiało wpaść na słuszną koncepcję, że porzuciwszy samochód uciekłem w góry. Zostawiłem pick-upa tam, gdzie go zostawiłem, chcąc, żeby myśleli, iż przesiadłem się do innego auta. Ale tak się nie stało.

Co więcej, drobni kapusie (byli znajomi) szeptali do rządowych uszu, przekazując na mój temat informacje. FBI tworzyło profil poszukiwanego, usiłując przewidzieć mój następny ruch.

Czułem, że znajduję się w potrzasku. Zmarnowałem czas i energię na konstruowanie miejsca do gotowania, podczas gdy powinienem był przemieszczać się coraz dalej od pick-upa. Teraz musiałem nadrobić stracony czas. Trzeba się przenieść. Nie mogłem jednak prowiantu i sprzętu zostawić ot tak – musiałem ukryć je pod ziemią.

W normalnych okolicznościach zakopałbym "pakiet awaryjny" w miejscu, które mimo upływu czasu nie zmienia się – na przykład w pobliżu jakiejś skały. Ale w razie konieczności przewrócone przez wiatr drzewo też się na kryjówkę nada, bo połowa roboty z kopaniem jest już wykonana.

Niedaleko od obozowiska leżało kilka przewróconych przez wiatr dębów. Odkryte korzenie i przylepiona do nich ziemia były skierowane w niebo; w zboczu pozostał mały krater. Powiększyłem łopatą kilka takich kraterów. Ziemia była nasiąknięta wodą i pomarańczowe błocko przylepiało się do łopaty niczym klej. Na płaskim kawałku ziemi dokopiesz się do skały na głębokości ponad metra. Na stromym zboczu Tarkiln łopata uderzyła w nią nim wkopałem się na pół. Nie mając do dyspozycji kilofa, którym rozbiłbym skałę, musiałem z wielkim wysiłkiem krok po kroku odłupywać kolejne warstwy skalnego podłoża. Zakopanie beczek zajęło mi dwie całe doby.

Po rozebraniu mojej "kuchni polowej" rozrzuciłem dokoła liscie i gałęzie, aby zamaskować miejsce, w którym obozowałem. Następnie napełniłem plecak prowiantem, który powinien starczyć mi na trzy tygodnie, i ruszyłem w drogę.

Noc była bezksiężycowa – czarna jak twarz murzyna. Gałęzie drzew, choć pozbawione liści, zbiegały się nad drogą – niemal nie widać było, gdzie kończy się droga, a zaczyna rów. Ryczący potok potęgował we mnie poczucie dezorientacji. Korzystając z mającej szerokość samochodu żwirowej drogi ruszyłem w głąb Fires Creek Wilderness, kierując się w stronę wysokich grani prowadzących na Weatherman Bald. Góra ta położona jest w niewielkiej odległości na północ od Tusquitee Bald. Ściany u podnóża obu tych wzniesień są jednocześnie ścianami okalającego Fires Creek Wilderness głębokiego wąwozu o kształcie końskiej podkowy. Punkt obserwacyjny na wysokiej grani da mi możliwość objęcia spojrzeniem całego obszaru Fires Creek. Jeśli pojawią się federalni, przeniosę się – przetnę Weatherman Bald i ruszę w stronę Góry Stojącego Indianina [Standing Indian Mountain], która znajduje się w pobliżu granicy z Georgią. Ukryję się tam aż do chwili, gdy pościg za mną ustanie. W najgorszym wypadku pójdę okrężną drogą do Snowbird Creek, gdzie mam zapas prowiantu.

Skręcenie na odpowiednim rozwidleniu drogi nie powinno było sprawić mi trudności. Noc była jednak ciemna, a ja od kilku dób nie spałem. Więc zamiast szybko się zdecydować, przez pewien czas marudziłem. Gdy zdało mi się, że dotarłem już do rozstajów, zatrzymałem się, by spróbować wymacać tablicę służby leśnej i usłyszeć przepływający w pobliżu strumień. Żeby pomóc sobie w znalezieniu tablicy, wyciągnąłem mojego małego Maglite'a – latarkę, którą włącza się przekręcając jej główkę.

Obróciłem ją – i nic. Postukałem latarką w dłoń, jeszcze raz przekręciłem główkę i postukałem – światła wciąż nie ma. Cholerstwo nie chciało działać. Odkręciłem główkę latarki i pomacałem w poszukiwaniu żarówki. Nie było jej. Natrafiłem jedynie na drut żarnikowy. Ostukując główkę w dłoni, poczułem na skórze drobinki szkła. Rozbiłem żarówkę.

Nie był to koniec świata. Miałem zakopane w kryjówce jeszcze jedną latarkę i mnóstwo żarówek. Ale zniszczenie tej żarówki uwolniło w moim wnętrzu falę emocji, które zbierały się stopniowo przez ostatni tydzień. Zero snu, skąpe jedzenie, kopanie w ziemi, krycie się przed federalnymi – wszystko to zostawiło ślad na mojej psychice.

Sądziłem, że nic gorszego spotkać mnie już nie może – i właśnie wtedy zaczęło padać: krople kłuły mnie niczym igiełki.

Potrzebowałem schronienia – natychmiast. Na terenie wyżynnym do obozowania nadają się zasadniczo dwa miejsca: szczyt góry albo jej podnóże. Gałęzie usiłowały wydłubać mi oczy, kolczaste krzewy bezlitośnie raniły ramiona i nogi, a deszcz chłostał mnie coraz mocniej. Zacisnąłem mocno powieki i przedarłem się mozolnie przez zbitą plątaninę krzaków niczym futbolista przez gąszcz przeciwników. Przeklinałem deszcz, krzaczory i federalnych. Kilka specjalnie dobranych słów skierowałem też pod adresem Maglight Company – producenta latarki. Na szczycie grzbietu zrzuciłem plecak, siadłem na nim i owinąłem się w ponczo. Spałem z głową wtuloną między kolana. Padało całą noc.

A wszystkie moje wysiłki, by uniknąć pogoni, zdały się na nic. Federalni w Fires Creek w ogóle się nie pojawili. Spędziłem dwa tygodnie obozując na grani Shinbone Ridge, gapiąc się w dół na pusty dziki obszar przez soczewki mojego Leupolda.

* * *

Powróciwszy do Tarkiln wykopałem z ziemi ukryte tam rzeczy. Dwie puste beczki zostawiłem zakopane. Przydadzą się, jeśli znów będę potrzebował opuścić Fires Creek. Moje warunki życiowe poprawiły się. Na małej półce skalnej rozbiłem namiot. Wokół namiotu wykopałem rów odpływowy; nad namiotem zamocowałem poziomo trzymetrową żerdź. Wbiwszy w czterech rogach paliki, rozciągnąłem nad namiotem brezentową plandekę. Podczas największych deszczów woda spłynie po namiocie jak po kaczce. Większe paliki wbiłem wokół brezentu, na wysokości piętnastu centymetrów nad plandeką rozwiesiłem siatkę ze sznurka i przeplotłem ją konarami choiny, by zamaskować osłonę. Co kilka tygodni będę wymieniał konary na nowe. Gdy skończyłem, cała moja zamaskowana kryjówka przypominała dolną część choiny.

* * *

Dorastając w Appalachach, opanowałem podstawowe umiejętności potrzebne do przetrwania na odludziu. Polowałem, łowiłem ryby i spędzałem dużo czasu w lesie. Nigdy jednak nie trwało to dłużej niż trzy tygodnie. Teraz musiałem zmienić podejście i nauczyć się planować jak człowiek, który mieszka w lesie na stałe – a nie tylko wyprawia się tam na wypad. Chodzi o barierę psychologiczną. Stwierdzenie to jest szczególnie prawdziwe w odniesieniu do jedzenia. Byłem w stanie rozpoznać w górach większość roślin jadalnych. Znałem podstawowe elementy taktyki myśliwych. Jednak zastosowanie tych umiejętności w praktyce i to dzień w dzień miało okazać się prawdziwym wyzwaniem. Gdy człowiek podświadomie oczekuje powrotu do cywilizacji po trzytygodniowym pobycie w dziczy, zachowuje się inaczej niż ktoś, kto musi tam żyć permanentnie.

Ale przed dokonaniem zasadniczej zmiany sposobu myślenia musi minąć pewien czas. Przez pierwszy rok spędzony w dziczy zachowywałem się jak ktoś, kto spodziewa się, że wróci do domu. Nie dotarło do mnie jeszcze, że owa opanowana przez rododendron grań to mój nowy dom.

Prowadzone przez FBI poszukiwania oraz moja zasadnicza potrzeba – unikania ludzi – jeszcze bardziej utrudniły sytuację, w jakiej się znajdowałem. 15 lutego 1998 r. rząd dodał moje nazwisko do listy dziesięciu najbardziej poszukiwanych przez FBI przestępców. Wyemitowano na mój temat odcinek America's Most Wanted, a z media obficie donosiły na mój temat. Mieszkańcy zachodniej części Karoliny Północnej wiedzieli, że znajduję się w ich okolicy. Praktycznie rzecz biorąc potencjalne zagrożenie zaczął stanowić dla mnie każdy – nie tylko osiemdziesięciu agentów federalnych w Andrews. Musiałem unikać myśliwych, wędrowników, wycieczkowiczów, wędkarzy, drwali i przejeżdżających drogami zmortoryzowanych.

Każdy, kto mnie zauważy, może mnie wydać – dla nagrody, żeby "spełnić obywatelski obowiązek", żeby pokazać się w telewizji. Z konieczności byłem zdany wyłącznie na samego siebie.

Szczerze: nie spodziewałem się pozostać na wolności zbyt długo. Obstawiałem, że jakiś myśliwy natknie się na moje obozowisko, a następnie federalni schwytają mnie lub zabiją. Takie nastawienie powodowało, że nie snułem dalekosiężnych planów. "Przetrwam może miesiąc" – myślałem. Gdy miesiąc mijał, mówiłem: "Cóż, może uda mi się przetrwać dwa" – i tak dalej. Nigdy jednak nie wybiegałem myślą w przyszłość dalej niż na krótko. Skutkiem tego zużywałem ubrania i sprzęt, które powinienem był zachować na później. Jadłem prowiant, który winienem przechować na potem. Mijałem lekceważąco żołędzie i orzechy, które winienem był zbierać. Stojąc przed jednoczesną potrzebą realizacji dwóch zadań – zabezpieczenia prowiantu i unikania ludzi – skupiłem się bardziej na tej drugiej.

Szczęściem prowadzona przez FBI akcja pościgowa w połowie lutego wygasła. Według doniesień medialnych naziemne działania federalnych sprowadzały się do chaotycznego jeżdżenia karawaną SUVów po ostępach hrabstwa Cherokee. Co kilka mil kawarana zatrzymywała się w przypadkowo wybranym miejscu i spuszczała psy, aby trochę powęszyły. Po kilku minutach pakowali się z powrotem do aut i jechali dalej. Już tydzień później przesiadywali w McDonaldzie.

W tamtym okresie oddział specjalny liczył około osiemdziesięciu agentów pracujących w pełnym wymiarze. Na dowódcę poszukiwań wyznaczono agenta specjalnego Woody'ego Endersona. Agenci, nie mając żadnych wskazówek, których tropem mogliby podążać, zabijali czas przesłuchując wszystkich pragnących, by zwrócono na nich uwagę: kumpli ze szkolnej ławy, których nie widziałem od dwudziestu lat, jejmości dostarczającej mi niegdyś korespondencję oraz wróża z Mobile w Alabamie, który w wizji zobaczył mnie jadącego taksówką. Nie wiadomo skąd pojawiły się gromady ludzi przekazujących informacje – w praktyce większość z nich była bezużyteczna. FBI wydało na gromadzenie bezwartościowych raportów miliony. Teraz federalni pili kawę z Maca i czekali aż się ujawnię. Będą musieli poczekać kolejne cztery miesiące. Ja tymczasem muszę znaleźć sposób na to, by przetrwać.

* * *

Pod koniec lutego urządziłem przegląd zapasów żywności. Ze strapieniem skonstatowałem, że prowiantu zostało mi na jakieś dwa miesiące. Zajmując się całym tym kopaniem i bieganiną, zużyłem zapas jedzenia przeznaczony na miesiąc w niespełna dwa tygodnie. Konieczne stało się racjonowanie prowiantu i uzupełnianie diety zwierzyną, którą da się upolować.

Są trzy przedmioty, bez których w dziczy niepodobna się obejść: coś do krzesania ognia, przyrząd do cięcia (nóż, siekiera, maczeta) i strzelba. Za pomocą dwóch pierwszych możesz rozpalić ogień, zbudować schronienie i zrobić większość tego, co niezbędne do przetrwania w pojedynkę przez krótko. Żeby jednak przeżyć w ostępie czas dłuższy, absolutnie konieczny jest karabin o dużym zasięgu i mocy oraz dużo amunicji. Miałem do dyspozycji samopowtarzalny karabin FNC (Fabrique Nationale Carabine) kalibru .223. Kula takiego kalibru ma wystarczającą moc, by powalić grubszą zwierzynę (jelenia, dzika, niedźwiedzia) – nie tak wielką jednak, by rozerwać na strzępy mniejszą (indyka, świstaka, głuszca).

Wiatr wiał przeważnie z południowego zachodu, zakręcając wokół występu u podnóża Tarkiln Ridge. Rosnące na północny zachód od obozowiska kępy dębów i orzeszników dostarczały zwierzętom pokarmu. Wyżej, na widocznej dobrze widocznej z dala przełęczy, zbiegały się ślady dzików i jeleni. Po drugiej stronie "siodła" znajdowało się żerowisko zwane Jake Cove. Wyglądało na to, że przełęcz, leżąca dokładnie na granicy między legowiskami zwierząt a miejscem ich żerowania, dobrze nada się do urządzenia polowania. Zwierzyna przemieszczała się przez przełęcz głównie rano. Przez pierwszych kilka miesięcy polowałem na przełęczy i żerowiskach po obu jej stronach.

Wstawałem przed świtem i pośpiesznie ubierałem się w zimnym i ciemnym namiocie. Wtłaczałem na siebie liczne warstwy odzienia: ubrania nieprzemakalne – na wypadek wilgoci i gdybym miał się mocno spocić, polipropylenowe (polipropylen to syntetyczny polimer stosowany do wytwarzania materiałów wytrzymałych i wodoodpornych), wełniany sweter, bojówki, a na to wszystko warstwę nieprzemakalnych ubrań maskujących. Połykałem kilkoma haustami paczkę zimnej owsianki, rodzynki i litr wody. Wciągałem na nogi wojskowe buty Dannera, chwytałem w garść mój karabin i ruszałem w górę Tarkiln. Maszerowałem jak automat.

Po przebyciu jakichś czterystu metrów wzdłuż grani, różanecznikowy komysz ustępował stojącym na otwartej przestrzeni dębom. Zazwyczaj zajmowałem stanowisko pozwalające mi obserwować przełęcz z góry. Kiedy indziej wędrowałem granią wyżej – w stronę innej ścieżki używanej przez jelenie. Nie miałem do dyspozycji stanowiska na drzewie, a w ogóle na niewiele drzew dałoby się wspiąć – polowałem więc głównie z ziemi. Często spotykałem z kłopotem polegającym na tym, że moim potencjalnym ofiarom udawało się nabrać wiatru – zwietrzyć mnie. Poranny zefir wiał zazwyczaj nisko przy ziemi. Jeśli wiał prosto, mogłem stać po jednej stronie przełęczy i tym sposobem uniknąć wykrycia przez nadchodzącą zwierzynę. Często jednak zefir nie wiał prosto. Z odległości słyszałem parsknięcie jelenia, stanowiące sygnał, że zostałem zwietrzony.

Ścieżki przecinały grań również wyżej. Nad jedną z takich ścieżynek pochylał się powalony orzesznik. Złamana korona drzewa leżała na ziemi, odszczepiwszy się od pnia na wysokości sześciu metrów. Pień doskonale spełni rolę drabiny. Siekierą wyciosałem w pniu "ścieżkę" prowadzącą do miejsca, w którym orzesznik się złamał i tam urządziłem niewielkie stanowisko siedzące.

Ranki były upiornie zimne. Po wędrówce granią w górę, wspinałem się na moją prowizoryczną "ambonę". Temperatura mojego ciała gwałtownie spadała i wkrótce zaczynały wstrząsać mną dreszcze. Usiłowałem wymazać ze świadomości fakt, że jest zimno: zatapiałem się w marzeniach i wgapiałem w szary las, a pień orzesznika wrzynał mi się w marznące pachwiny. Byłem w stanie wytrzymać na stanowisku najwyżej godzinę. Po jej upływie czmychałem na dół i ustawiałem się na czatach pod wiatr, mając nadzieję, że złowię indyka albo jelenia.

W głębi duszy cały czas obawiałem się, że zamiast ujrzeć wyłaniającego z porannej mgły się jelenia, zobaczę człowieka. W zasobniku na plecach nosiłem dwie pary kajdanek. Gdybym natknął się na myśliwego, przykułbym go do drzewa, a następnie skorzystał z jego auta, by przetransportować mój ekwipunek w inne miejsce. Potem porzuciłbym jego wóz i powiadomił o miejscu pobytu myśliwego jego żonę lub operatora numeru alarmowego. Taki był plan. Ale ostatnio żaden z moich planów nie zdawał egzaminu. Bałem się, że mogę trafić na myśliwego, który zechce zostać bohaterem, i wyceluje we mnie broń.

Pewnego ranka usłyszałem jak coś zbliża się ścieżką. Musiało poruszać się na czterech nogach. Wytężając uszy, nasłuchiwałem. "Nie wpatruj się w drzewa" – powiedziałem sobie. Bacznie przyglądałem się przestrzeni między drzewami, usiłując dostrzec jakiś ruch. I wtedy ujrzałem: na ścieżce nade mną znajdował się jeleń. Był jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie. Wolałbym strzelać z mniejszej odległości, ale musiałem korzystać z nadarzającej się okazji. Objąłem okrakiem pień orzesznika, nogi wbiłem w korę niczym pazury i podniosłem karabin do oka. Nie miałem dla niego żadnej podpórki. Wycelowałem w przestrzeń między drzewami – za chwilę miał tam pojawić się jeleń. Gdy było go już widać, wydałem z siebie dwa chrząknięcia – uuh! uuh! – stosując jeleni "język", by zwrócić na siebie uwagę zwierzęcia i spowodować, że stanie jak wryte. Jeleń zatrzymał się bez ruchu i obrócił głowę w moją stronę. Wystawił się na strzał idealnie. Pociągnąłem za spust. Liście spod brzucha zwierzęcia wystrzeliły w górę. Jeleń jednym susem znalazł się po drugiej stronie grani. Wzdrygnąłem się i dlatego chybiłem.

Po kilku kolejnych niecelnych strzałach zdecydowałem się spróbować sił w zakresie rybołówstwa. Wyłowiłem z potoku garść salamander i poszedłem do Fires Creek. Po przebyciu sześćdziesięciu metrów w górę, przejściu na drugą stronę Tarkiln Ridge i zejściu trzystu metrów dotarłem nad strumień od jego północnego brzegu. Mniejsze potoczki z okolic wąwozu Tom Cove łączyły się tu z Fires Creek na małych płaskich wysepkach lądu. Z myślą o wędkarzach, którzy wiosną i latem tłumnie tu przybywają, służby leśne zasadziły trawę i przygotowały miejsca do rozpalenia ognisk.

Główna droga biegła wzdłuż południowego brzegu strumienia. Był środek zimy, więc nie spotykało się żadnych biwakowiczów ani wędkarzy. On czasu do czasu jednak odwiedzający to miejsce parkują auta powyżej strumienia i schodzą niżej między trawy. Szum potoku utrudniał usłyszenie samochodów na drodze. Musiałem zachować ostrożność. Ktoś mógł niepostrzeżenie zbliżyć się do mnie, a ja nawet nie zdałbym sobie z tego sprawy.

Wziąłem ze szpuli cztery odcinki wędkarskiej żyłki – każdy długości sześciu metrów – a następnie przywiązałem do jednego ich końca haczyk, do drugiego zaś – krótki patyk. Na haczyki nabiłem salamandry. Podszedłem dyskretnie do miejsca, gdzie ląd spotykał się z wodą, i wrzuciłem żyłkę do sporych rozmiarów oczka wodnego. Przyczepiona do haczyka salamadra osiadła na dnie. Wcisnąłem patyk pod kamienie i poszedłem w dół strumienia do następnego jeziorka, gdzie rzuciłem pozostałe linki. Wspiąwszy się północnym brzegiem strumienia usiadłem w lesie i czekałem.

Zanim poszedłem sprawdzić linki, minęła godzina. Na dwa pierwsze haczyki nic się nie złapało, ale trzecia była napięta. Chwyciłem patyk i poczułem szarpnięcie, które niemal wyrwało mi go z dłoni. Ciągnąc żyłkę i nawijając ją na patyk sprowadziłem rybę na płyciznę. Zaciągnąłem ją na skały i wydostałem na brzeg. Trzydziestocentymetrowy pstrąg tęczowy trzepotał płetwami. Jego błyszcząca skóra mieniła się w porannym słońcu. Do końca dnia złapałem jeszcze pięć ryb i pół tuzina raków.

Usmażona na oleju arachidowym ryba była przepyszna. Pierwszy od tygodni smaczny posiłek. Wycieczka nad potok wiele mnie nauczyła. W trawie nieopodal strumienia spłoszyłem kilka dużych farbowików (młodych samców dzikiego indyka). Znalazłem też mnóstwo jelenich odchodów. Te informacje zachowałem sobie do późniejszego wykorzystania.

Zejście do szerokiego strumienia zabierało sporo czasu i energii. Byłoby warte spalonych w jego trakcie kalorii, gdyby udało mi się ustrzelić kilka indorów albo jelenia. Ale za cenę pięciu ryb było zbyt kosztowne, szczególnie biorąc pod uwagę ryzyko, że zauważy mnie jakiś wycieczkowicz. Podjąłem decyzję, że skupię się na polowaniu w okolicy wysokich grzbietów górskich na północ od obozowiska. Znajdowały się one bliżej obozu niż szeroki potok,  dawały mi większe bezpieczeństwo, a ewentualna zdobycz byłaby okazalsza niż ta znad strumienia – jednak tylko pod warunkiem, że udałoby mi się upolować jelenia albo dzika.

Wkrótce zacząłem śledzić ruchy zgrai dzikich świń. Żerowały na zboczu Tarkiln, na przełęczy i niżej po jej drugiej stronie. Wieprze nie żywią się w sposób elegancki. W porównaniu z nimi indyki czy jelenie poruszają się jak baletnice. Dzika świnia ryje las niczym pług. Jej sposób żywienia się doprowadza rokrocznie do zniszczenia niezliczonych kilometrów kwadratowych lasu. Dzik wsadza ryj w najbardziej urodzajną warstwę gleby na głębokość dziesięciu centymetrów, a następnie robi długą na metr bruzdę, po drodze pałaszując wszelkie żołędzie i korzenie, na jakie tylko natrafi. Niucha, po czym ryje kolejną bruzdę. Dzikie świnie, włóczące się w stadach liczących aż do piętnastu osobników, potrafią w ciągu jednej nocy zaorać w ten sposób ściółkę na obszarze o szerokości dwudziestu metrów i długości mili. Robią przerwy tylko po to, żeby się ochłodzić. Ponieważ nie mają gruczołów potowych, dla ochłody tarzają się w błocie.

Błotniste strumyczki przecinające ścieżki po drugiej stronie przełęczy stanowiły dla dzików doskonałe miejsce do tarzania się. Wyruszywszy pewnego wieczoru z podnóża Tarkiln, wpadłem na trop stada wieprzy. Wiatr uderzał mnie w twarz; wiedziałem zatem, że nie są w stanie mnie wyczuć. Ślady były świeże: zryta ziemia i liście oraz znakomicie widoczne odciski kwadratowych racic. Miałem przełęcz przed sobą w górze; spojrzałem więc w poszukiwaniu dzików przez lornetkę. Figa z makiem. Przelazły już na drugą stronę przełęczy. Zbliżyłem się do grani, zatrzymałem, by złapać oddech i nasłuchiwałem: szur – szur – trzask – szur – znajdowały się niedaleko po drugiej stronie grzbietu. Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Spokojnie! – powiedziałem do siebie. Przypomniawszy sobie jak tydzień wcześniej chybiłem strzelając do jelenia, zacząłem wątpić o szansach powodzenia. Nim cokolwiek zrobiłem, wziąłem kilka głębokich oddechów.

Zbocze po przeciwnej stronie przełęczy zbiegało ostro w dół. Spojrzałem na drugą stronę grani i zobaczyłem  jak na dnie uskoku skała wypłaszcza się w Jake Cove, ale na zboczu nie dostrzegłem dzików. Były dwie możliwości: ruszyć dalej granią ryzykując, że spłoszę zwierzynę, albo strzelać dopiero gdy dotrą na sam dół. Wybrałem wariant numer dwa.

Czekałem, a tymczasem słońce nachyliło się już za horyzont i las powoli zalewała ciemność. Zająłem stanowisko za młodym drzewkiem. Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej; zmniejszało to szanse na celny strzał, a wieprze wciąż znajdowały się poza zasięgiem mojego wzroku.

Gdy w końcu doszły na sam dół, wyglądały jak malutkie czarne myszki. Nie byłem w stanie dobrze wycelować. Niemniej jednak wybrałem i wziąłem na cel najdorodniejszą świnię. Głośno chrząknąłem, by osadzić ją w miejscu, ale znajdowała się w zbyt dużej odległości, by mnie usłyszeć. Powoli ściągnąłem spust czekając aż poczuję siłę odrzutu – BUM!

Prosiaki rozbiegły się na wszystkie strony. – Mam cię! – krzyknąłem triumfalnie. To ześlizgując się, to schodząc do Jake Cove koncentrowałem wzrok na miejscu, w które trafiła kula. Byłem podekscytowany: nareszcie jakieś prawdziwe mięso. Moja cierpliwość się opłaciła – na śniadanie zjem dzika.

Przyjrzałem się starannie liściom w poszukiwaniu śladów krwi – chwytałem całe ich garście i dokładnie przeglądałem trąc między dłońmi. I nic – żadnej krwi – ani kropelki. Zarzuciwszy karabin na plecy poszedłem za śladami racic dzika aż na sam dół, do Jake Cove. Ale nie było żadnych śladów krwi, żadnego martwego dzika.

Ten chybiony strzał spowodował, że wpadłem w przygnębienie. Położyłem się wśród liści i spojrzałem w górę na niebo. Zaczynały ukazywać się gwiazdy. Mój żołądek burczał mi z głodu i warczał z bólu.

Powoli podniosłem się i ruszyłem z powrotem w stronę obozu. Wczołgałem się tam do śpiwora – zbyt zmęczony, by cokolwiek zjeść. Opuściła mnie pewność siebie. Nad Fires Creek nadciągnął zimny front, przynosząc ze sobą obfite opady. Pogoda dawała mi tak w kość, że uświadomiłem sobie jak jestem bezradny. Mżyło całymi godzinami, a nasiąknięta wodą ściółka zamieniała się w mokradło. Na dachu mojego namiotu zbierały się kropelki wody, które następnie spadały mi na twarz.

Gdy skończyły się deszcze, zaczęły się wiatry. Zimne podmuchy arktycznego powietrza uderzały we mnie z regularnością bijących o brzeg fal oceanu. Zwinąłem plandeki, wlałem trochę wody do butelki, a nieco jedzenia zapakowałem do torby. Potem wpakowałem butelkę i torbę na dno śpiwora, żeby nie zamarzły. Temperatury zrobiły się naprawdę niskie – wszystko, co zostało na zewnątrz, zamarzało na kość.

Po dwóch dniach wiatr ustał. Wychynąłem z mojego kokonu w postaci śpiwora i znalazłem się wśród martwej ciszy lasu. Liście rododendronów położyły się płasko na swoich łodygach. Chroniąca mnie od góry osłona zniknęła. Różanecznik można traktować jako swego rodzaju termometr. Jego liście, w normalnych warunkach rozpięte na kształt parasola, więdną i kładą się płasko na łodygach, gdy temperatura spada poniżej zera. Gdy znów się podnosi, liście ożywają i podnoszą się.

Nie jadłem nic przez cały poprzedni dzień – zacząłem więc podgrzewać w garnku fasolę pinto. Gdy płomienie zaczęły lizać czarne naczynie, kucnąłem przy ogniu, by się ogrzać. W pewnej odległości ode mnie po lewej stronie usłyszałem szelest deptanych liści. Rozejrzałem się w poszukiwaniu karabinu, ale w tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że zostawiłem go w namiocie.

Z różanecznikowego komyszu wypadła i minęła mnie kłusem ciężarna łania. Z nozdrzy buchały jej kryształki szronu. Nie skoczyła w bok; nie okazywała też żadnego strachu. Odwróciła jedynie na chwilę głowę, a potem biegła dalej. Gdy mnie mijała, przez chwilę spojrzeliśmy sobie w oczy – znajdowaliśmy się w odległości dwóch i pół metra od siebie. W jej spojrzeniu była nieomal pogarda – jakby ze mnie szydziła.

Czułem się jak dupek żołędny, w dodatku zmarznięty. Po miesiącu polowań jedynym, czego się dorobiłem, była masa bąbli na ciele. Poziom mojego morale spadł jeszcze niżej niż poziom konsumowanych przeze mnie kalorii. Ale zebrałem się w sobie i znów wyszedłem polować.

Kilka dni później zauważyłem stado farbowików drapiących się na przełęcz z Jake Cove.

– Nadeszła chwila prawdy – powiedziałem. – Ustrzelę jednego z tych ptaków albo powyrywam sobie z głowy wszystkie włosy. – Słońce odbijało się od opalizujących piór indyków, zmieniając ich wygląd jakby były kameleonami. Wystające im z klatek piersiowych długie brody zamiatały ziemię, gdy ptaki schylały się, by sięgnąć żołędzi.

Ukryłem się za zwalonym drzewem i oparłem karabin o jego martwe konary. Stałem bez ruchu. Indyki szły równolegle względem drzewa. Powoli ściągnąłem spust celując w indyka najbliżej mnie. Wyskoczył w powietrze jak diabeł z pudełka, szaleńczo trzepocąc skrzydłami. Z początku zdało mi się, że chybiłem, ale indyk upadł na ziemię jak dojrzały owoc i potoczył po zboczu. Był martwy. Szybko obróciłem karabin w stronę pozostałych farbowików, ale wszystkie już uciekły – oprócz jednego. Siedział na ziemi jak nafaszerowany na Święto Dziękczynienia. Zacząłem ściągać spust, ale w tej właśnie chwili głowa indyka opadła na liście. "Co takiego?" – zdziwiłem się. – "Udaje martwego?". Podszedłem, aby przyjrzeć się z bliska. Nie udawał – był martwy naprawdę. Zabiłem oba ptaki jedną kulą.

Uradowałem się. Zapomniałem o jeleniach i dzikach, których nie trafiłem. Wypatroszywszy i oskórowawszy ptaki powiesiłem ich tusze na środkowej żerdzi nad paleniskiem. Jadłem dobrze przez dwa tygodnie. Rankiem napełniłem patelnię stekami z indyka i obsmażyłem je na oleju arachidowym. Zima miała się ku końcowi – w dzień temperatura znacznie wzrastała. Ciepłe powietrze przywabiało do mięsa czarne muchy-plujki o zielonych grzbietach. Owady te były nieubłagane. Nie miałem jednak zamiaru oddać moich indyków jakimś smrodliwym muchom i pozwolić, aby złożyły w mięsie larwy. Kroiłem indyki, jednocześnie gotując całą resztę mięsa. Kiedy się ostudziło, zamknąłem je szczelnie w zaciskanych plastykowych workach. Kości położyłem na ogniu. Gdy mięso i tłuszcz się spaliły, starłem kości na proszek, by użyć ich jako suplementu wapnia. Worki z gotowanym mięsem umieściłem w dwudziestolitrowym wiadrze i zanurzyłem je do połowy w źródełku. Duże kamienie przytrzymywały wiadro w miejscu. Jako lodówka służyło nieźle.

Wiosenne burze uderzyły na góry z zaciekłością pod koniec marca. Tarkiln zaczęły nękać silne wiatry. Pewnego ranka usłyszałem jak zza grani po stronie Tom Cove dobiega odgłos niezwykle silnego powiewu. Plandeka nad namiotem napełniła się nagle wiatrem, który wyrwał z ziemi paliki i cisnął nimi w pobliskie drzewo. Namiot rozłożył mi się płasko na twarzy, a przez jego powłokę zaczął bombardować mnie grad. Otworzyłem suwak i wystawiłem głowę na zewnątrz. Kule gradu wielkości piłki do golfa odbijały się od wszystkiego, włączając w to moją łepetynę. Stojąca przed namiotem olbrzymia trzydziestometrowa sosna niemal zgięła się w pół; jej gałęzie trzepotały wśród podmuchów niczym rozwiane długie włosy pasażerki siedzącej z tyłu motocykla. Było zbyt późno, żeby ukryć się pod półkami skalnymi poniżej obozowiska. Zapiąłem suwak śpiwora zdecydowany przetrwać burzę nie ruszając się z miejsca. Deszcz wdarł się do środka przez wszystkie szczeliny.

Gdy nawałnica dobiegła końca, wyczołgałem się z przemoczonego śpiwora, by zlustrować obszar działań wojennych. W niektórych miejscach las na grani został tak przetrzebiony jakby dotknął go zmasowany atak artylerii. Starodawne drzewa zostały powalone na ziemię i przygniotły połacie rododendronu. W radiu usłyszałem, że ten sam front burzowy wywołał w północnej Atlancie tornada, w których zginęło dwadzieścia osób. Nawałnica okazała się naprawdę groźna.

Wiosenne burze mają właściwości oczyszczające. Wywiewają zatęchłe powietrze i przywiewają świeże. Wysuszyłem wszystko na słońcu i ruszyłem na polowanie. Z bladoniebieskiego nieba spływały na mnie promienie słoneczne. Wiatr nieco się uciszył, choć powiew nadal dawał się odczuć. Wszędzie wokół drzewka sasafrzanu puszczały pąki. Powietrze miało zdecydowany, ostry zapach. Idąc ścieżką w górę Tarkiln skubałem pąki sasafrzanu i pakowałem do ust. Sasafrzan ma niezwykle aromatyczny smak i doskonale sprawdza się jako środek zapobiegający szkorbutowi. W istocie nie tyle polowałem, co rozkoszowałem się widokiem oraz tym, że udało mi się przeżyć wczorajszą burzę.

Znalazłszy się na środku "siodła", spojrzałem w dół poszukując tropów zwierząt. Wszędzie pełno było świeżych śladów grzebania w ziemi przez indyki. Opodal z prawej strony usłyszałem niemożliwy do pomylenia z czym innym odgłos indyczego "szurania": szur-szur-szur. Indyki, odgarniając liście w poszukiwaniu robaków i żołędzi, wydają z siebie złożony z trzech dźwięków bardzo charakterystyczny odgłos. Na skraju grani usłyszałem go ponownie: szur-szur-szur. W pewnej odległości przed sobą zauważyłem ślady grzebania w ziemi. Zdjąłem karabin z ramienia i, trzymając go jedną ręką, a kolbę mając pod pachą, przekradłem się na drugą stronę grani. W polu mojego widzenia znalazły się dwie czarne sylwetki indyków. Jeden trzymał głowę nisko przy ziemi, którą dziobał w poszukiwaniu robaków, ale drugi stał wyprostowany z wyciągniętą wysoko w górę długą mięsistą szyją. Patrzył wprost na mnie. Strzeliłem – BUM! – indyk momentalnie przewrócił się na ziemię, machając skrzydłami i kopiąc. Jego towarzysz przerwał jedzenie i zaczął bacznie się rozglądać. Kręcił głową to w prawo, to w lewo usiłując zlokalizować źródło zagrożenia. Posłana przeze mnie kula trafiła go w skrzydło. Usiłował odlecieć machając skrzydłem niezranionym, ale nie był w stanie wznieść się wyżej w powietrze. Wylądował w trybie awaryjnym na ścieżce drwali, która przecinała zbocze jakieś dziewięć metrów poniżej grzbietu. Zrozumiawszy, że nie zdoła polecieć, puścił się do ucieczki biegiem. I to jak szybkim! Błyskawicznie przyklęknąłem i strzeliłem – bardzo celnie. Nie poruszył się już.

Kolejne dwa indyki – byłem na fali. Przez parę następnych tygodni kilkukrotnie (a tak naprawdę to wiele razy) kroczyłem po moim obozie napuszony dumnie jak indor. Wyczyściłem karabin, naostrzyłem nóż i zapomniałem o jeleniach i dzikach. Czułem się jak prawdziwy Daniel Boone.

* * *

Sezon polowań na indyki rozpoczął się ósmego kwietnia. Sezon trwa dokładnie miesiąc. Szeryf hrabstwa Cherokee, Jack Thompson, ogłosił w radio, że schwyta mnie "nim nadejdzie maj". Na wczesnym etapie poszukiwań FBI odstawiło starego Jacka na boczny tor. Poczuł się oburzony, że go zlekceważono. Chciał więc pokazać miastowym mądralom z FBI jeden czy drugi sposób, na który bierze się chłopak ze wsi. Stawiam na to, że Jack sądził, iż któryś z polujących na indyki musi się na mnie natknąć. Roześmiałem się w głos usłyszawszy jego przechwałki: "Złapiesz mnie nim nadejdzie maj? Ha! Nie jesteś w stanie złapać nawet kataru, biedny wsiuro".

Podobnie jak szeryf Thompson wiedziałem, że w kwietniu rozpoczyna się sezon na indyki i że myśliwi wkrótce zaczną wspinać się na Tarkiln Ridge. Trasa ścieżki z Roadhouse Road biegła wzdłuż widocznej z dala grani zaraz na północ od mojego obozowiska. Odległość wynosiła w prostej linii mniej niż trzysta metrów. Nie miałem jednak zamiaru wpaść na któregoś z polujących. Przygotowałem się na długi pobyt w komyszu. Myśliwi zjawią się na żerowiskach i na przełęczy, które znajdują się na północ od obozu. Wiedziałem jednak, że nie będą pakować się w rododendron. "Niech przybywają" – powiedziałem. – "A ja będę siedział tu w krzakach".

Tak to wyglądało w teorii – praktyka okazała się inna. Na stromych zboczach Rockhouse Creek mieszkało mnóstwo indyków. Olbrzymie dęby i urwista okolica dostarczały tym dużym ptakom doskonałego żeru i schronienia. Stada liczące od dziesięciu do dwudziestu ptaków stanowiły tutaj typowy widok. Indyki latały od grani do grani uciekając przed drapieżnikami, zdobywając pokarm, a na wiosnę odprawiając gody.

Od końca marca do połowy maja miłość wisiała w powietrzu. Samice wabiły młodsze i starsze samce cichym szczebiotem. Samce odpowiadały gulgotem. Z mojego obozu, położonego wysoko na grani, miałem dobrą perspektywę na znajdujące się dalej na północ kotliny. Miałem w zasięgu słuchu olbrzymią połać lasu. Praktycznie rzecz biorąc każdego wiosennego poranka dochodził mnie z gór gulgot indyka. Brzmiał niemal jak obiadowy dzwonek zapraszający mnie do rozpoczęcia posiłku. Częstokroć dorosły samiec zaczynał gulgotać w swoim legowisku o samym brzasku dnia i zazwyczaj robił do nieprzerwanie aż do momentu, gdy leciał w niższe rejony gór, by napić się wody. Jeśli znajdował się nie dalej niż czterysta metrów ode mnie, zdążałem zwykle przebyć dzielący nas odcinek lasu i zaskoczyć go zanim dotarł do potoku.

Kilka dni po rozpoczęciu sezonu łowieckiego usłyszałem gulgoczącego w swoim schronieniu dorosłego samca. Skutecznie oparłem się pokusie strzelenia do niego. Kolejnego ranka znów go usłyszałem, lecz tym razem przegrałem walkę z samym sobą. Na wspomnienie wyśmienitych steków z indyka, które jadłem w marcu, przesunąłem językiem po wargach i nim zdążyłem się zorientować pędziłem w porannym słońcu przez las. Dostałem się na miejsce pierwszy. Celowałem już z karabinu tam, gdzie indor za chwilę miał się pojawić. Wytoczył się z mgły licząc, że napije się chłodnej wody, a zamiast tego skończył skwiercząc na mojej patelni. Jeden indyk nie był jednak w stanie zaspokoić mojego głodu. Byłem uzależniony.

Pewnego ranka w połowie kwietnia stado młodych samców przywitało mnie o świcie serenadą. Nocowały na  grani naprzeciw obozu, wysoko wśród konarów sosen wejmutek. Ścieżka z Rockhouse Road biegła bezpośrednio poniżej miejsca ich noclegu. Z tej właśnie drogi myśliwi korzystali wspinając się na Tarkiln. Była sobota, co oznaczało, że polowanie na indyki to dla mnie zdwojone ryzyko. Nie słyszałem jednak nawet jednego myśliwskiego wabika ani gwizdka przez ponad tydzień. Bez wahania ruszyłem w las.

Od gulgoczących farbowików dzielił mnie strumyczek. Dźwięki wydawane przez ptaki mówiły mi, że opuściły już miejsce, gdzie nocowały, i zmierzają granią w dół. Sądziłem, że pójdą niżej w kierunku strumienia, więc ruszyłem, aby je zaskoczyć.

Nocą padało, więc wilgotną ziemię spowijała gruba warstwa mgły. Widziałem na odległość najwyżej sześciu metrów. To oznaczało, że indyki również nie zdołają mnie zauważyć. Sytuacja była idealna. Wejdą prosto w moją pułapkę.

Przeszedłem na drugą stronę potoczku i zająłem stanowisko za niewielką wejmutką. Indyki, w liczbie czterech lub pięciu, szły jeden za drugim i gulgotały. Ten dźwięk mnie zelektryzował. Ale ptaki wciąż znajdowały się wyżej na ścieżce, nadal jeszcze schodziły w stronę Rockhouse. Zdecydowałem zaczaić się przy samej ścieżce i zaskoczyć je nim zdołają zejść niżej. Zacząłem wspinać się na grzbiet grani, a do ścieżki brakowało mi już niespełna dziesięciu  metrów, gdy w powietrzu nagle rozległ się huk: BUM! – [dźwięk przeładowania dubeltówki] – BUM! Rzuciłem się plackiem na ziemię. Kilka indyków przeleciało nade mną i zniknęło w gęstej mgle. Nie widziałem go, ale słyszałem: to był myśliwy na ścieżce – w odległości mniejszej niż dziesięć metrów ode mnie. Wstrzymałem oddech. Znów dźwięk przeładowania – wprowadził do komory nabojowej swojej strzelby kolejną kulę. Nim wróciłem do obozu, leżałem na ziemi bez najmniejszego ruchu przez następnych dwadzieścia minut.

Życzenie szeryfa Thompsona nieomal się spełniło. Po tej przygodzie całkowicie zrezygnowałem z wyprawiania się na polowanie. Pokusa upolowania gulgoczących ptaków nie była już w stanie wywabić mnie z obozu. Dostałem ważną nauczkę: trzymaj się z dala od ścieżek pod koniec tygodnia i podczas sezonu polowań.

* * *

Poza indykami i rybami miałem do dyspozycji zapasy żywności zakupionej niegdyś w sklepie. Prowiant, który nabyłem w Bi-Lo, prawie się skończył. Pod koniec kwietnia w mojej spiżarce znajdowały się jeszcze resztki fasoli pinto, ryżu i oleju arachidowego. Jeśli nadal będę jadł w tym co dotychczas tempie, zapasów starczy mi jeszcze na dwa tygodnie.

Las obudził się z zimowego snu w kwietniu. Zacząłem wzbogacać dietę o dziko rosnące zieleninę i korzenie. Nazbierałem rosnących wzdłuż grzbietu Tarkiln zielonych pędów dzikiej róży. Droga w Tom Cove, z której korzystała służba leśna, dostarczyła mi szkarłatki w ilości wystarczającej, by przygotować towarzyszącą kilku posiłkom sałatkę. Pąki oraz korzenie sasafrzanu w połączeniu z liśćmi mięty pozwalały rozkoszować się herbatą. Bez wątpienia jednak najsmaczniejszą spośród rosnących dziko w Appalachach roślin jest "indiański ogórek" – malutkie jego bulwy rosły w kotlinach na północ od mojego obozowiska. Owoce stopkowca to niebo w gębie, ale ptaki zjadły większość nim nadszedł maj. Całe to jedzenie nie wystarczało mi. Kalorie, jakich dostarczała mi zdobycz w postaci zieleniny i korzeni, nie pozwalały nawet w przybliżeniu uzupełnić kalorii, które spalałem przy ich zbieraniu.

Gdy przybyłem do lasu, by się ukryć, ważyłem osiemdziesiąt pięć kilogramów. Z początkiem maja moja masa wynosiła zapewne koło sześćdziesięciu pięciu. Skutkiem wspinania się po górach zupełnie utraciłem tkankę tłuszczową. Następnie zacząłem spalać masę mięśniową. W istotny sposób nie doszacowałem potrzebnej mi do przetrwania liczby kalorii. Przypuszczałem, że dziennie będę potrzebować dwóch tysięcy, ale najpewniej spalałem ponad trzy, zaś w bardziej fizycznie wymagające dni zużywałem ich od pięciu do ośmiu tysięcy. Nie było jednak powodu do paniki. W górach Snowbird miałem zapas jedzenia na rok. Wszystko, czego potrzebowałem, to tam dotrzeć.

Wyruszyłem w kierunku Snowbird Mountains w połowie maja, po zakończeniu sezonu polowań na indyki. W przeciągu paru tygodni szkielety drzew pokryły się listowiem. Nagi brunatny krajobraz przeobraził się w bujną dżunglę. Brodziłem po dywanie stopkowców zwanych tarczowatymi. Ich płaskie zielone liście wyglądały jak u lilie wodne unoszące się na leśnym poszyciu. Odpocząłem przez chwilkę na skalnym stopniu, z którego rozciągał się niesamowity widok na Fires Creek. W oddali wyrastał szczyt Tusquitee Bald – przez mgłę zdawał się błękitny. Latem góry wyglądają niczym fantazyjny i pełen delikatności szkic pastelowy. Bujny baldachim zieleni sprawia wrażenie, jakby skrywał jakąś tajemnicę. Jeśli Góry Skaliste naprawdę zawierają fizyczną istotę świata, to Góry Mgliste [Smoky Mountains] stanowią jego duszę.

Cel mojej wyprawy – strumienie zasilające w górnym biegu Little Snowbird Creek – znajdował się w prostej linii około piętnaście mil od Fires Creek. Ostatecznie zanim ukończyłem podróż przebyłem dystans dwakroć dłuższy. Snowbird Mountains sąsiadują od południa z łańcuchem Valley River. Aby dostać się do celu, będę musiał zejść w dolinę między miasteczkami Andrews i Marble, a następnie przejść na drugą stronę gór Snowbird. Dolina była ucywilizowana. Przez rzeki będę musiał przeprawić się na dziko, autostrady przeciąć, domostwa omijać szerokim łukiem, a psów i ludzi unikać. I gdzieś tam w dole rozlokował się jeszcze oddział specjalny – Southeast Bomb Task Force.

\Ilustracja 6: Snowbird Mountains, Valley River\

Z grzbietu Valley River Mountains widziałem położone między Andrews a Murphy lotnisko, wtulone w pola młodej kukurydzy. Asfalt pasa startowego skrzył się w promieniach porannego słońca. Przez okres ostatnich niemal trzech miesięcy widok i dźwięki cywilizacji stały się dla mnie obce. Wysokie granie Fires Creek całkowicie mnie od niej odizolowały – jeśli nie brać pod uwagę przelatującego mi z rzadka nad głową samolotu czy też auta na żwirowej drodze poniżej obozu. Te nowe bodźce rozbudziły we mnie emocje. Delektowałem się perspektywą nowej przygody.

Korzystając ze ścieżek drwali dotarłem do Fairview – zakątka położonego kilka mil na zachód od Andrews. Asfaltowa jednopasmówka kładła się bruzdami na pastwiskach dla koni i polach kukurydzy. Zauważywszy  między stojącymi wzdłuż drogi domami miejsce dobre na kryjówkę, przeciąłem jezdnię sprintem. W pewnej odległości przede mną znajdowała się Valley River. Krajobraz po obu stronach rzeki zdominowały otwarte pastwiska. To zmusiło mnie, bym próbę jej przebycia podjął dopiero po zapadnięciu zmroku.

Valley River, w suchych jesiennych miesiącach głęboka na sześćdziesiąt centymetrów, wiosną przybiera i staje się dwukrotnie głębsza. W pewnych miejscach rzeka rozlewa się szeroko, ułatwiając przeprawę. Nie byłem jednak w stanie przeprowadzić rekonesansu w ciągu dnia. Zdecydowałem poczekać aż się ściemni, a następnie iść w górę rzeki południowym jej brzegiem do mostu kolejowego nieopodal Andrews. Według mapy znajdowałem się w odległości mili od mostu. Byłem gotów podjąć się tej wyprawy. W górę rzeki musiałem iść i tak, więc cóż szkodzi nie moczyć sobie nóg?

Słońce chowało się właśnie za horyzont, gdy na skraju pastwiska zrywałem niedojrzałe jeżyny. Ich cierpki smak zdawał się zwiastować to, co mnie czekało.

Mapy topograficzne to dla człowieka lasu nieoceniona pomoc. Bez nich nie byłbym w stanie poruszać się po górach tak, jak mi się to udawało. Jednak bardzo szczegółowe mapy niekiedy kłamią – lub, ujmując to inaczej: nie mówią całej prawdy. To, co na mapie wyglądało jak otwarte pastwisko, było w istocie ziemią niczyją opasaną drutem kolczastym autorstwa siostry-natury. Granice między poletkami położonymi wzdłuż rzeki stanowił gąszcz kolczastych krzaków. Rosną one kępami. Ich trzymetrowe pędy są twarde i naszpikowane ostrymi jak żyletka kolcami. Nadziej się na taki, a ciernie zatroszczą się o to, by skóra zeszła z ciebie jak z banana.

Wstąpiłem w kolczasty żywopłot i wyszedłem po drugiej jego stronie pozbawiony rękawa i kawałka skóry. Wszedłem w następny i wyszedłem zeń bez nogawki spodni oraz fragmentu mojej męskości. Piszczałem jak dziecko. Czułem się jak w piekle!

W pewnej chwili drogę zatarasowała mi mała grań, zmuszając, bym zszedł bezpośrednio nad brzeg rzeki. Tam odkryłem nową przeszkodę: wraki samochodów. Na mapie też ich nie było. Wraki ustawiono jeden na drugim – jak kawałki przeznaczonego na opał drewna. W środku stał stary szkolny autobus. Wspiąłem się na szczyt stosu i z trudnością przeciskałem między wrakami. Poczułem jak metal powoli kruszeje mi pod stopami i znienacka znalazłem się po pachy w zardzewiałej blasze. Mój entuzjazm dla nowych przygód nieco zmalał.

Wydostawszy się spośród wraków postanowiłem spróbować szczęścia wyżej na grani. Wspiąwszy się zaledwie dwadzieścia metrów, natrafiłem na wąską ścieżkę, z której korzystali tutejsi farmerzy. Przecinała ona grań i biegła w kierunku pól truskawkowych. Ścieżki na mapie też nie było.

Po przebyciu mostu kolejowego usiadłem na poboczu autostrady numer 19. Czułem na sobie podmuch mijających mnie raz po raz ciężarówek. Gdy nie wiesz dokąd zmierzasz, piekielnie się męczysz.

Następnego dnia przebyłem Snowbird Mountains, a obozowałem wysoko nad Bear Creek nieopodal Moody Stamp. Kolejnego ranka poszedłem do mojej skrytki. Jej zawartość, zakopana w ziemi niedługo przed zamachem w Parku Olimpijskim, leżała tam ukryta od niemal dwóch lat. Zamknąłem ją w wodoszczelnej beczce, nie miałem więc wątpliwości, że jedzenie zachowało świeżość.

Wśród leżących na ziemi liści coś zwróciło moją uwagę. Wyglądało to jak urodzinowy balonik dziecka – błyszcząca folia aluminiowa. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, czym jest w istocie. Kolana ugięły się pode mną; upadłem na ziemię jak długi. Zdołałem wydusić z siebie tylko jęk: "Nie!".

Przedmiotem wśród liści był jeden z moich kocy z folii termicznej – poszarpany i wciśnięty w glebę. Pokrywa dwustulitrowej beczki została z niej przemocą zdarta i leżała nieopodal. Jej krawędź znaczyły ślady zębów. Wyglądało to jak przeżuta lukrecja. Beczka wciąż spoczywała w ziemi, mając wokół siebie usypaną górkę ziemi, ale była pełna cuchnącej wody i liści, a ponadto podartych na strzępy plandek oraz innego ekwipunku.

– Niedźwiedzie – warknąłem. – Cholerne niedźwiedzie.

Przekopałem się przez pobojowisko i natrafiłem na garnek oraz patelnię. Oba naczynia poczerwieniały od rdzy, ale wciąż były do uratowania. Amunicja do karabinu kalibru .223 przetrwała masakrę – podobnie jak sznurek, lina i siekiera. Nic innego nie nadawało się do użytku: cały zapas jedzenia, przeżuty jak nieboskie stworzenie – zniszczony.

Co teraz? Zamiast popadać w głębszą rozpacz, skupiłem się na tym, co zrobić mogę. Po pierwsze: w górach Snowbird zostać nie mogłem. Bujna w lecie roślinność utrudniała polowanie – ograniczała bowiem widoczność do dwudziestu metrów. Nawet jeśli udało by mi się coś ustrzelić, w upale mięso popsułoby się w przeciągu trzech dni. Jakiekolwiek zwierzę większe od indyka trzeba by osolić i ususzyć. Potrzebowałem podstawowych produktów spożywczych. Można polować na jelenie i zbierać zieleninę, ale bez podstawowego pożywienia na dłuższą metę w górach przetrwać się nie da. Jedynym naturalnym spośród podstawowych produktów spożywczych, jaki spotyka się w lesie, są żołędzie. Jednak z końcem kwietnia większość żołędzi została już zjedzona albo wykiełkowała.

"Gdzie znajdę podstawowe pożywienie?" – dumałem. Nie w Fires Creek. Mogłem żywność kupić – miałem bowiem przy sobie osiemset dolarów. Jednak koncepcja odwiedzenia sklepu spożywczego nie przemawiała do mnie. Innym potencjalnym źródłem pokarmu mogło okazać się pięć silosów położonych na północ od lotniska Andrews-Murphy – tam, gdzie latem roku 1997 testowałem mój zdalny wyzwalacz bomby. Oceniłem jednak, że zbliżanie się do silosów – podobnie jak do spożywczaka – wiązało się ze zbyt dużym ryzykiem. Na początku maja FBI zwiększyło do miliona dolarów nagrodę za pomoc w schwytaniu mnie. Oddział specjalny w Andrews zaczął zwracać się do mieszkańców z apelem, by mieli oko na swoje ogródki warzywne. Federalni, nie mając żadnych innych tropów, usiłowali postawić czujki przy każdym znanym im potencjalnym źródle pożywienia w całej okolicy. Czytałem kiedyś, że FBI schwytało pewnego faceta używając do tego celu zdalnie wyzwalanych aparatów fotograficznych – wytypowano, gdzie może się pojawić, i tam je rozmieszczono. Podejrzewałem, że FBI wycelowało jedną z takich kamer w silosy, aby mnie namierzyć. Poza tym wątpiłem, czy w tym okresie roku w środku znajdowało się jakiekolwiek ziarno, a żniwa wypadały dopiero w październiku.

Musiałem zdobyć pożywienie, a jeśli nie zdołam zdobyć go samodzielnie, znajdę kogoś, kto zdobędzie je dla mnie. Ale kto? Kogo mógłbym obdarzyć zaufaniem? FBI miało już sporządzoną krótką listę członków mojej rodziny oraz znajomych – ludzi, z którymi mógłbym usiłować nawiązać kontakt. Musiałem zakładać, że wszyscy oni znajdowali się pod ścisłą obserwacją. Potrzebowałem kogoś, kto nie znajdował się na liście. Nazwiskiem, które co i rusz przychodziło mi do głowy, był George Nordmann.

Moja znajomość z Nordmannem, właścicielem sklepu ze zdrową żywnością w Andrews, była powierzchowna. Znaliśmy kilka tych samych osób i podzielaliśmy pewne konserwatywne przekonania. Gdy po raz ostatni rozmawialiśmy, Nordmann wciąż mieszkał sam w Nantahali. Nawiązanie z nim kontaktu oznaczałoby ujawnienie się przed jedną tylko osobą. A co najlepsze, Nordmann trzymał w piwnicy ogromny zapas żywności, która nadawała się do długiego przechowywania. Większość prowiantu, który zjadły niedźwiedzie, nabyłem właśnie w jego sklepie. Nordmann mógł z łatwością jeszcze raz przyszykować dla mnie zapas jedzenia. Ale czy to zrobi? Odpowiedzi na to pytanie mogłem się tylko domyślać. Ostatnio zaś wszystkie moje domysły okazywały się nietrafione. W każdej sytuacji kryzysowej połowa boju odbywa się w sferze psychologii. Każde niepowodzenie raniło mnie wewnętrznie do głębi. Czułem, jakbym stał o błąd od grobu. Słyszałem krążące nad głową walkirie, gotujące się do zdecydowania o moim losie.

* * *

"Nim pójdę do domu Nordmanna, spróbuję wytrzymać tak długo jak się da" – postanowiłem. Wróciłem znaną mi już drogą do Fires Creek. Z ledwością utrzymywałem się przy życiu – głodowałem. Gęsty las niemal uniemożliwiał polowanie. Zwyczaje żywieniowe zwierząt uległy zmianie, a miejsca, w których dawniej się je spotykało, świeciły pustką.

Upolowałem indyka i zdołałem schwytać we wnyki dwa świstaki. Większość czasu spędzałem jednak zbierając zieleninę, żołędzie, salamandry i raki. Żołędzie gotowałem w raz po raz zmienianej wodzie, by usunąć z nich taniny. Salamandry oraz raki patroszyłem i smażyłem. Tymczasem masa mojego ciała dramatycznie spadała. Przez trzy miesiące pobytu na Tarkiln nie zebrałem ani jednego żołędzia. Teraz większość z nich do niczego się już nie nadawała. Te, które jeszcze leżały na ziemi, zgniły lub zarobaczały. Przeklinałem mój brak zapobiegliwości.

Wiosną służby leśne wpuszczają do rzek i większych strumieni pstrągi tęczowe. Zszedłem do potoku Fires Creek, żeby coś złowić. Trawiasty teren wzdłuż całego strumienia usiany był kopułkami namiotów, a w wodzie brodzili wędkarze łowiący ryby na muszkę. Nie warto było ryzykować, wycofałem się więc w wyższe partie gór i powoli marniałem. Znajdowałem się w potrzasku wśród ciemnych, bezlistnych różaneczników.

Zdaniem współczesnych ekspertów od zdrowego żywienia, największe zagrożenie dla cywilizacji stanowią tłuszcze nasycone. Żywność ze sklepowych półek aż kipi od zawalających tętnice tłuszczów – tak nam mówią. Aby zachować zdrowie, należy jeść chude mięso, produkty pełnoziarniste oraz mnóstwo owoców i warzyw. Byłem jednym z milionów, które kupiły tę niskotłuszczową gadkę-szmatkę. A teraz z jej powodu znajdowałem się na krawędzi śmierci.

W środowisku naturalnym tłuszcz to sprzymierzeniec człowieka niezbędny mu do przetrwania. W przeciągu kolejnego miesiąca natura nauczyła mnie tej prawdy w brutalny sposób. Stworzenia leśne, zmuszone co dzień poszukiwać pożywienia, przez większą część roku nie mają tkanki tłuszczowej ani trochę grubszej niż konieczna do przeżycia. Dla zwierząt główne źródło tłuszczu stanowią żołędzie. Spadają one z drzew we wrześniu i październiku, a leśna zwierzyna zajada się tym cennym pokarmem. Jesienią zwierzęta nabierają dodatkowych kilogramów, aby pomogły im przetrwać zimne i chude miesiące zimowe. Gdy wszędzie wokół czuć wiosnę, żołędzi już nie ma, zwierzęta zaś chudną.

Więcej energii potrzeba do strawienia białka niż tłuszczu albo węglowodanów. Stosowanie diety bogatej w białka przy braku tłuszczu lub węglowodanów może doprowadzić do zatrucia organizmu. Można zjeść całego jelenia i umrzeć z głodu ze względu na brak tłuszczu i węglowodanów.

Nie miałem żołędzi, nie miałem oleju do gotowania, nie miałem zapasu węglowodanów, ani tłuszczu. Zjadałem głównie zieleninę, chude mięso i salamandry – wychudłem jak szczapa. Żołędzie zgniły. Moje ciało kawałeczek po kawałeczku marniało. Po pożarciu całego garnka listków winorośli posypanych garścią salamander, wciąż dręczył mnie głód. Spędzałem na nogach cały dzień zbierając zieleninę, sprawdzając wnyki, odwracając kamienie w poszukiwaniu salamader, lecz nie byłem w stanie zapewnić sobie choćby tylu kalorii, ile przy tym spalałem. Im więcej chodziłem, tym więcej kalorii spalałem. Im więcej kalorii spalałem, tym mniejszy obszar byłem w stanie obejść i tym mniej jedzenia zdobyć. To było błędne koło. W nocy nie mogłem spać. Leżałem bezsennie w śpiworze, czując, że jakaś dzika bestia usiłuje rozszarpać mnie od środka pazurami i wydostać się z mojego brzucha. Nadszedł czas odwiedzić Nordmanna.

Wyruszyłem w jego stronę z końcem czerwca. Marsz trwał długo – miałem do domu Nordmanna dwadzieścia mil w linii prostej – trasa przez góry liczyła zapewne bliżej trzydziestu. Ciężar plecaka zmuszał mnie do postoju i odpoczynku co kilkaset metrów. Szedłem w górę biegu Fires Creek – tą samą drogą, którą w lutym wracałem – przez Weatherman Bald na zachodni cypel jeziora Nantahala.

Wkraczając na znany sobie teren, musiałem zachować ostrożność. Tusquitee i Nantahala to praktycznie dwa inne światy. Choć przez terytorium obu biegnie ten sam grzbiet górski, ich mieszkańcy mogliby równie dobrze zamieszkiwać odmienne stany. Ci z Tusquitee jeżdżą celem kontaktu z cywilizacją na południe – do Hayesville; ci z Nantahali na północ – do Andrews. Poszukujący czegoś nieco bardziej wyrafinowanego, udają się nieco dalej do Wal-Martu w Murphy. Główne drogi zasadniczo okrążają góry dzielące Tusquitee od Nantahali. Można je przebyć jedynie ścieżką prowadzącą przez masyw albo wijącą się żwirową drogą biegnącą przesmykiem Tuni Gap, kilka mil na wschód od Weatherman Bald. Ale ze żwirowej drogi korzystają bardzo nieliczni ludzie, a ze ścieżki – jeszcze mniej.

Spędziłem w Nantahali większość życia; wybrałem więc na kryjówkę miejsca takie jak Tusquitee i Snowbird ze względu na to, że mało kto zna je na tyle, by poruszać się w nich swobodnie. Wiedziałem, że gdyby FBI kiedykolwiek przesłuchiwało moich dawnych sąsiadów z Nantahali, żadnemu z nich nie wpadłoby do głowy, że mogę ukrywać się w Tusquitee albo Snowbird.

Na myśl o przebyciu gór czułem niepokój. Opuszczając Tusquitee pozbywałem się swojego parasola ochronnego. Mój stary dom nad Partridge Creek, gdzie dorastałem, znajdował się niespełna trzy mile od podwórka Nordmanna. A jeśli federalni wciąż przeczesują las, całkiem prawodopodobne, że się na nich natknę.

Junaluska Gap dzieli od Nantahala River odległość pięciu mil – dla człowieka w dobrej formie to lekki spacerek. Dyszałem i sapałem jak grubas gramolący się po schodach. Na mój widok jelenie jedzące na poboczu trawę prychały i uciekały w las. Słabłem z każdą milą. Nie mając zielonego pojęcia, co może mnie w drodze spotkać, spakowałem do plecaka dość ubrań i sprzętu, by poradzić sobie na wypadek tuzina różnych scenariuszy wydarzeń. Dla człowieka w mojej formie był to ciężar zdecydowanie zbyt wielki. Gdy dotarłem do rzeki Nantahala, czułem się, jakbym zaraz miał paść nieżywy na ziemię.

Rzekę dawało się dostrzec raz po raz poniżej drogi. Mająca szerokość samochodu żwirowa szosa zwana Old River Road biegła równolegle do rzeki przez kilka mil i wkraczała w gęsto zalesiony obszar zwany Appletree. Czasopisma turystyczne uznają Nantahala River za przyzwoite miejsce do łowienia pstrągów. Wędkarze, których przyciąga, parkują wzdłuż Old River Road i brodzą w marszczącej się wodzie, usiłując nadać sobie wygląd Brada Pitta z Rzeki wspomnień. Wzdłuż drogi parkują też "rzeczni hipisi". Przybywają tu, by pływać kajakami po kataraktach. W dawnych czasach Appletree należało do miejsc, w których najchętniej spędzałem czas. FBI też o tym wiedziało.

\Ilustracja 7: Obszar wokół Nantahala Lake\

Skręciłem w Old River Road nim nastał świt i urządziłem postój w podnóża Fork Mountain. Spośród wszystkich wrażeń cielesnych odczuwałem tylko jedno: głód. Słońce widać było już nad głową, a jego promienie migotały między wysokimi topolami, gdy znalazłem w sobie dość siły, by poszukać czegoś do zjedzenia na śniadanie. Poszedłem w stronę spływającego z Fork Mountain strumyczka. Napełniwszy butelkę wodą, usiadłem, aby się napić. Plan przewidywał, że wespnę się korytem potoku, zbierając po drodze salamandry. Zrobiłem kilka kroków, odwróciłem parę kamieni i znów usiadłem. Dziesięć minut później zrobiłem jeszcze kilka kroków i odwróciłem jeszcze parę kamieni. Ta ekspedycja wyczerpała mnie do cna.

Chciałem położyć się koło strumienia i umrzeć. Udało mi się znaleźć kilka salamander, ale nie miałem siły ich ugotować. Wpakowałem je więc po prostu do ust i wciągnąłem do gardła niczym nitki spaghetti.

W wyższej partii Fork Mountain, gdzie strumień robił się coraz węższy, las kończył się, a na otwartej przestrzeni rosłą kępa topól. Ściółkę leśną pokrywał w tym miejscu nieskazitelny dywan paproci. Położyłem się w nich i zaniosłem w niebiosa prośbę: "Panie Boże, daj mi coś do zjedzenia". Taka nieskomplikowana, płynąca prosto z serca modlitwa. Dom Nordmanna znajdował się mniej niż trzy mile ode mnie, ale nie czułem się na siłach zrobić nawet trzech kroków. Wszystko, czego potrzebowałem, by dotrzeć do celu, to jeden ostatni posiłek.

Tymczasem surowe salamandry, które zjadłem, gotowały się w moim soku żołądkowym. Dostałem okropnej zgagi, a z ust zaczęły wydobywać się smrodliwe beknięcia. Mój oddech mógłby złuszczyć farbę i z okrętu wojennego.

Kuśtykając z powrotem do obozu, spłoszyłem łanię, lecz byłem zbyt osłabiony, aby na czas podnieść karabin do oka. Łania uskoczyła w las. Zwiesiłem głowę. Zauważyłem, że dziesięć metrów na lewo ode mnie nad paprociami unosi się rój much. Poszedłem więc sprawdzić, o co chodzi. W paprociach leżał drzemiąc nowo narodzony jelonek. Nie ukończył jeszcze pewnie tygodnia. Nakrapiany jelonek był zbyt młody, aby uciec wraz z matką. Jego malutka główka spoczywała na maleńkich raciczkach – wyglądał ślicznie.

Bez wahania wyjąłem z pochwy nóż. Chwyciłem jelonka za tylne nogi, malutką główkę przydusiłem do ziemi butem i rozciągnąłem zwierzątko tak, że całe się naprężyło. Wbiłem w ciało nóż, a zwierzątko wydało z siebie przeszywający pisk: Łaaa! Aż się wzdrygnąłem. Pisk jelonka, brzmiący dokładnie tak samo jak okrzyk niemowlęcia, poruszył we mnie coś pierwotnego – ale tylko przez moment. Szybko odzyskałem koncentrację i podciąłem jelonkowi gardło. Musiałem być bezwględny.

Przyniósłszy martwe już ciało do obozu, oskórowałem je, wypatroszyłem i przygotowałem Bambiego do spożycia. Kipiąc od nowo zyskanej energii, ruszałem się żwawo. Na kościach jelonka zamiast mięsa była tylko warstewka różowiutkiego mlecznego tłuszczu. Podzieliłem ciało na kawałki, włożyłem do garnka i zalałem niewielką ilością wody. Serce, płuca, wątrobę i mózg również umieściłem w garnku. W miarę gotowania wszystko przekształciło się w papkę. Popijałem ją nieśpiesznymi łyczkami i czułem jak po ciele rozlewa mi się wielkie ciepło.

Bóg odpowiedział na moją modlitwę. Jelonek spadł mi z nieba niczym manna i uratował w godzinie potrzeby. Całkiem już dziarskim krokiem przemierzyłem ostatni odcinek drogi do domu Nordmanna.


[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (7)


  


ROZDZIAŁ 7
Homestead, Floryda • 1978–82 • Walka i religia

Im bardziej na południe, tym bardziej tułów Florydy zwęża się – tworząc szpic. Dalej niczym ogon rozciąga się w turkusowej barwy wodzie Morza Karaibskiego łańcuch wysepek zwanych Florida Keys. Dokładnie w punkcie spotkania tułowia i ogona znajduje się anus Ameryki – mieścina ochrzczona mianem Homestead. Moja rodzina przeprowadziła się do Homestead jesienią 1978 roku. Miałem wtedy prawie dwanaście lat.

Nie pamiętam żadnych szczegółów przeprowadzki. Oto, co sobie przypominam: wkrótce po niedoszłych przenosinach do portu lotniczego w San Francisco mój ojciec stracił pracę w TWA. Mniej więcej w tym samym czasie przyłączyliśmy się do pochodzącego z Wirginii kaznodziei-oszusta, który organizował w Homestead nową wspólnotę. Otyły, rozlazły, wściekle rudowłosy pastor Bez dopiero co ukończył seminarium. Kupił już działkę i potrzebował inwestorów – „rodzin-założycieli”, jak je nazywał. Zaangażowaliśmy się w jego inicjatywę, lokując kapitał w to, co miało ostatecznie nazywać się Skalnym Kościołem, a później, po tym jak pastora Beza pozwano za naruszenie praw do nazwy, skończyło jako Przybytek Saleha. Przez cały rok, nim zaczęto szykować wykopy pod fundamenty, pastor Bez golił coraz liczniejszą trzódkę pod osłoną starego namiotu cyrkowego, który ustawił w polu kawałek na północ od miasta.

Z towarzyszeniem sporej liczby jęków i odgłosów zgrzytania zębami załadowano nas, dzieci, do kombiaka zmierzającego do Homestead. Jechaliśmy płatną autostradą zwaną Florida Turnpike w dolne rejony półwyspu – kierowaliśmy się na południe, by odegrać rolę jednej z „rodzin-założycieli” pastora Beza. Z każdą przebytą milą miny mieliśmy coraz smutniejsze.

Tata stracił pracę i nasza rodzina zaliczała się teraz do klasy ubogich. Byliśmy zmuszeni zamieszkać wśród gnieżdżącej się na Ósmej Alei białej niewykształconej biedoty z dołów społecznych – w śmierdzącym kocim moczem domu o zielonej barwie wymiocin. Dom znajdował się na niewłaściwym miejscu w sensie całkiem dosłownym – stał bezpośrednio za torami kolejowymi. To była prawdziwa rudera. Obok torów stały wiekowe, rozkładające się przepakownie płodów rolnych. Mieszkające nieopodal dzieci pochodziły z rozbitych domów: nieobecny ojciec; matka-alkoholiczka; rodzic pracujący na część etatu w fast foodzie albo domu starców. Nasi sąsiedzi mieszkali w obskurnych bliźniakach, wśród stosów opakowań po hamburgerach i brudnych ciuchów. Te rodziny wychowywały gniewne dzieci, z których wiele miało na koncie wyroki w poprawczaku hrabstwa Dade. Powszechnie używano narkotyków. Trawa, ludy, koka, anielski pył – wszystko, co dostało się w ich ręce, wędrowało do nosów, żył i gardeł. A mówimy tu o dzieciach dwunastoletnich. Smarkacze dla zabawy kradły motocykle i z kładki nad autostradą zrzucały pustaki na przejeżdżające samochody. Pewnego szczególnie nużącego dnia podpaliły pobliski magazyn.

Nim tańsza żywność z Trzeciego Świata wygrała konkurencję cenową z miejscowymi rolnikami, farmerzy z Homestead dostarczali na amerykański rynek większość owoców mango i awokado. Wciąż uprawiano tu fasolę tyczną, kabaczki i pomidory, ale stare sady mango i awokado wycięto, a grunt podzielono na mniejsze poletka. Całą ziemię poprzecinano kanałami nawadniającymi, dostarczającymi płytkiej skalistej glebie słodkiej wody z Everglades. Dwie mile na południe znajdowało się osiedle mieszkań socjalnych – jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Gdy przychodziły deszcze, woda niosła kanałami zwłoki.

Pamiętam pierwsze spotkanie z jednymi z owych zwłok. Myślałem, że to nadmuchiwana lalka unosząca się na wodzie twarzą do góry. Moi bardziej doświadczeni towarzysze oświecili mnie. „To trup” – powiedział jeden z nich. – „Czujecie ten smród? O, rajuśku!”. Dokładnie w tej samej chwili uderzył mnie odór tak straszliwy, że aż się cofnąłem. Zza zaciśniętych zębów wydostały się wymiociny i zaczęły spływać mi z kącików ust. Ktoś poszedł po gliny, a my staliśmy zatykając nosy i gapiąc się na ciało.

Godzinę później przyjechał samotny gliniarz i kombiak koronera. Stanęli koło nas na brzegu kanału dyskutując na temat tego, jakim sposobem najlepiej będzie wydobyć ciało z wody. Śledczy z urzędu koronera nie chcieli moczyć sobie nóg. Sfrustrowany brakiem inicjatywy gliniarz chwycił w końcu kij i przyciągnął zwłoki na brzeg kanału. Jednym końcem liny obwiązał kostkę trupa, a drugą przymocował do zderzaka swojego samochodu. BRUUM – BRUUM – wrzucił bieg w radiowozie i pociągnął napuchnięte ciało po żwirowatym brzegu. Samochód zarzucił wywłóczonymi na brzeg zwłokami – wprost na moich oczach. Widok był niezapomniany.

Staliśmy gapiąc się na trupa. Był to czarnoskóry człowiek – choć należałoby raczej powiedzieć, że czarnoskórnym człowiekiem był za swoich lepszych czasów. Od przebywania w wodzie obrzękł tak, że stał się dwakroć większy niż normalnie – napuchnięte ciało wylewało się z ubrań, palce u jego rąk wyglądały jak grube kiełbaski. W klatce piersiowej zionął mu ciemny otwór – w miejscu, w którym przedziurawiło ją ostrze noża czy też kula. Szare, pozbawione życia oczy wpatrywały się w przestrzeń bez wyrazu. Rój much plujek natychmiast ruszył w stronę trupa, na przemian wlatując w jego otwarte usta i wylatując z nich.

– Na co umarł? – spytałem gościa z trupowozu.
– Pewnie na brzydotę – odparł z chichotem.

Włożyli ciało do torby, przypięli je pasami do noszy na kółkach i wpakowali na tył karawanu. Potem odjechali. Kolejny zwykły dzień pracy. Wciąż patrzyłem na miejsce, gdzie chwilę wcześniej leżał trup, i na muchy poszukujące zabranego już ciała.

* * *

W Ft. Lauderdale byłem świadkiem napięć na tle rasowym, ale tam konflikt pozostawał niejako w ukryciu. Granice, których przekroczenie skutkowało agresją, leżały od siebie dość daleko. Jeśli nie wypuszczałeś się poza swoją okolicę, mogłeś uniknąć większości problemów. Homestead było inne. Dzielnice zamieszkałe przez ludzi odmiennych ras położone były bliżej siebie, szkoły pod względem rasowym silnie zróżnicowano, a konflikt na tle rasowym widać było gołym okiem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Homestead znajdowało się na granicy między wiejskimi polami uprawnymi a rozbudowującymi się bez ustanku przedmieściami Miami. Obszar Redlands, na którym znajdowały się gospodarstwa białych z klasy średniej, rozciągał się aż do grobli, które chroniły go przed zarośniętymi kłocią bagnami Everglades. Redlands wyglądały jak Południowa Floryda z lat czterdziestych [XX wieku – przyp. ŁM]. Na wschód od Redlands leżała nowa Floryda, misz-masz etniczno-rasowych enklaw, które wrzynały się aż na teren samego Miami. Zaraz na północ od Homestead znajdował się obóz meksykańskich imigrantów pracujących na farmach. Na terenie Florida City, Goulds i Modello stały osiedla socjalne zamieszkałe przez czarnych. W Leisure City prym wiodły społeczności kubańska i haitańska. A między to wszystko wciśnięto spłachetki, na których żyła biała biedota. Każda grupka miała poczucie własnej tożsamości i nienawidziła wszystkich pozostałych z zapamiętałością rasowych ksenofobów. Tak wyglądało Miami w latach bezpośrednio poprzedzających zamieszki w Liberty City.

Campbell Junior High, podobnie jak większość szkół państwowych w hrabstwie Dade, stanowiła w istocie pole bitewne zwaśnionych stron. Szkoła przypominała więzienie – pozbawione okien betonowe pudło ze stalowymi drzwiami i korytarzami patrolowanymi przez strażników wyposażonych w radiotelefony. Gangi reprezentujące poszczególne rasy kontrolowały swoje terytoria i brutalnie karały intruzów. Aby przetrwać, trzeba było wiedzieć, gdzie usiąść, którędy chodzić i gdzie obowiązuje zakaz oddychania.

Pierwszego dnia zajęć popełniłem błąd – usiadłem w sektorze przeznaczonym dla czarnych. Siedzący za mną dzieciak miał na głowie afro, na nogach zaś sięgające za kostkę tenisówki Converse'a, które oparł o tył mojej głowy. Nie spodobało mi się, że opiera buty o moją głowę, więc zmiotłem je szybkim ruchem ręki. Ale dzieciak kładł je tam raz po raz na nowo.

– Masz ołówek, białasie? – spytał.
– Ta – odparłem, strącając jego stopy z mojej głowy.
– Pożycz mi.

Pomyślałem, że pożyczenie mu ołówka może przyczynić się w istotny sposób do wyjaśnienia naszego małego nieporozumienia związanego z jego stopami. Odwróciłem się więc w jego stronę i dałem mu jeden z moich nowych, świeżo zatemperowanych ołówków HB. Do końca zajęć nie próbował już używać mojej głowy jako podnóżka. „Problem rozwiązany” – pomyślałem.

Zadźwięczał dzwonek wzywający nas na kolejną lekcję. Spakowałem książki.
– Czy mogę poprosić mój ołówek z powrotem? – spytałem, wyciągając rękę. Popatrzył na nią przez moment.
– Chcesz swój ołówek? Proszę! – chwycił go i z wielką siłą wbił w moją otwartą dłoń. Zgiąłem się z bólu w pół, wpatrując w ołówek sterczący ze środka mojej ręki. Oczekiwałem, że nauczycielka zrobi coś w sprawie tej jawnej napaści, ale spojrzała tylko pobieżnie na moją rękę, napastnikowi nic nie powiedziała, a mnie wysłała do szkolnej pielęgniarki. Zamiast tego poszedłem do domu.

Znów w potrzasku – w kolejnej okropnej szkole – zacząłem wagarować. Pojawiałem się na porannym apelu, a następnie wymykałem bocznymi drzwiami. Czekałem przy okolicznym kanałku pod mostkiem aż lekcje się skończyły.

Zdołałem pokonać szkolny system w zakresie frekwencji, pozorując obecność na lekcjach, ale opanowania przewidzianego materiału udać nie zdołałem. Pod koniec roku okazało się, że nie zdałem do ósmej klasy. Ale przetrwałem, a dla mnie liczyło się tylko to.

Gdy przed drzwiami naszego domu pojawił się funkcjonariusz zajmujący się wagarowiczami, Mama prawie zemdlała. Nie miała pojęcia, że miałem tyle nieobecności.

– Dlaczego uciekasz z lekcji? – spytał funkcjonariusz.
– Bo ta szkoła to nie jest szkoła – odrzekłem. – To więzienie. Co dzień toczą się bijatyki. Nie jestem w stanie niczego się tam nauczyć.

Zgodził się z mną. Nie mogłem w to uwierzyć. Mama też nie. Zapisał coś w swoim notatniku; następnie ostrzegł mnie, że jeśli dalej będę wagarował, ktoś doniesie na mnie władzom poprawczaka w hrabstwie Dade. – To miejsce gorsze niż Campbell Junior, możecie mi państwo wierzyć – powiedział. Zasugerował, abym zaczął chodzić do szkoły prywatnej. – Powodzenia – powiedział na koniec i odjechał.

Choć nadwyrężyło to nasz budżet, rodzice zapisali mnie do małej prywatnej szkoły w północnej części Homestead. Colonial Christian był typową dla owego okresu szkołą południowej konwencji baptystów. Po tym jak w latach sześćdziesiątych związek zawodowy nauczycieli wespół z lewicowymi biurokratami zniszczył szkoły państwowe, konserwatywni baptyści zaczęli otwierać prywatne szkoły takie jak Colonial, by wypełnić lukę w systemie edukacji. Silny nacisk kładziono na przewiwdziałanie wpływom kontrkultury. Zanim Colonial zgodziła się przyjąć mnie w poczet uczniów, musiałem podpisać zobowiązanie zawierające długą listę rzeczy nakazanych i zakazanych. Zgodziłem się nosić krótkie włosy, czytać Biblię i oddawać honory fladze Stanów Zjednoczonych oraz chrześcijańskiemu sztandarowi ekumenicznemu. Zakazy obejmowały używanie alkoholu oraz narkotyków i noszenie pacyfki. Szkoła wyznaczyła sobie misję wpojenia uczniom podstawowej wiedzy oraz cnót chrześcijańskich. Klasy były niezbyt liczne. Nękająca szkoły południowej Florydy wojna rasowa nie miała w Colonial racji bytu, ponieważ uczęszczali tam bez wyjątku biali.

Przez wszystkie lata szkolnej edukacji państwowej zostawałem daleko w tyle z opanowaniem wymaganego materiału. Trudno było mi również realizować program nauczania w Colonial Christian. Ale próbowałem. Przez pierwszy miesiąc co dzień spodziewałem się, że wywalą mnie ze szkoły albo wyślą, bym gnił na zajęciach wyrównawczych. Po tym jak oddałem pierwsze wypracowanie z angielskiego, nauczycielka poprosiła mnie, bym został po lekcjach. „No i masz” – powiedziałem sobie. – „Wiedziałem, że nie potrwa to długo”.

Poszedłem do nauczycielki po lekcjach spodziewając się, że z miejsca poinformuje mnie o relegacji. Kazała mi usiąść i krok po kroku przeanalizowała moją pracę, wskazując błędy i podpowiadając jak je poprawić. Zupełnie osłupiałem. Oto tu była nauczycielka, która poświęcała mi czas poza godzinami zajęć, żeby mnie czegoś nauczyć. Niewiarygodne!

Lecz wiedziałem już, że nic dobrego nie trwa wiecznie. Mój czas w Colonial Christian skończył się po zaledwie jednym semestrze. Rodziców nie było już stać na czesne. Przez ten jeden semestr zdołałem poprawić oceny na tyle, że zdałem do ósmej klasy. W przyszłym roku będę musiał wrócić do szkoły-więzienia – chyba że znajdę sposób na ucieczkę z Homestead.

* * *

Homestead nie było złe do samego cna. Znów uciekałem w sport. Na pustyni pełnej dragów i przemocy znalazłem oazę radości na boiskach baseballowych Harris Field. Położone obok autostrady numer 1 Harris Field przyciągało mnóstwo dzieciaków z Redlands oraz całkiem pokaźną grupę wysokiej klasy trenerów. Pasowałem tam jak ulał. Gdy pierwszy raz wyszedłem na plac w roli miotacza, rzucałem tak, że przeciwnicy nie zdobyli ani jednej bazy. Gdy ukończyłem dwanaście lat, osiągnąłem wiek nie pozwalający mi występować już w Little League. Nabrałem masy i wzrostu – byłem więc w stanie rzucać naprawdę szybkie piłki i nie musiałem już polegać wyłącznie na podkręconych.

Pierwszego roku Drużyna Gwiazd Homestead odpadła z rozgrywek na poziomie okręgowym. Ale w następnym sezonie, gdy kwalifikowaliśmy się już do kategorii trzynastolatków, etap rozgrywek okręgowych hrabstwa Dade przeszliśmy jak burza. W żadnym z meczów nasza dominacja nie podlegała najmniejszej nawet dyskusji. Mieliśmy nad rywalami taką przewagę, że trener kazał nam celowo nie trafiać w piłkę, aby mecze w ogóle mogły mieć pozór starcia. W finale złoiliśmy North Miami piętnaście do zera.

Ze wszystkich miejsc, w których turniej mógł zostać rozegrany na poziomie stanowym, musiało paść na Ft. Lauderdale. Kilka zaledwie dni przed naszym pierwszym meczem w Liberty City wybuchły największe w historii Miami zamieszki na tle rasowym. Ich uczestnicy strzelali do właścicieli sklepów i wyciągali kierowców z samochodów; niektórych zatłukli na śmierć kijami bejsbolowymi. Całe kwartały miasta spowijały płomienie. Jadąc w kolumnie samochodów ominęliśmy Miami korzystając z płatnej autostrady Florida Turnpike.

Nasz zespół nigdy wcześniej nie występował na tak olbrzymim obiekcie. Stadion, na którym swoje mecze w lidze stanowej rozgrywał zespół Ft. Lauderdale Yankees, przytłoczył nas. Murawa wewnętrznej części boiska była doskonale równa, linie łączące bazy doskonale proste, a trybuny zdawały się sięgać nieba. Najpierw przyszło się nam zmierzyć z drużyną Oakland Park – jednym ze starych rywali z okresu, gdy grywałem na Southwest. Sędzia wyznaczył mikroskopijnych rozmiarów strefę strike'ów. Nasi rzucający nie bardzo umieli w nią trafić. W ofensywie szło nam niewiele lepiej. Wysokie piłki rzucane skutecznie przez rywala i nędzny występ naszych pałkarzy sprawiły, że od samego początku spotkania znaleźliśmy się w opałach, z których nie zdołaliśmy już wyjść obronną ręką.

My graliśmy, a Miami płonęło. Przez cały mecz spoglądałem raz po raz na trybuny, poszukując wzrokiem Mamy i brata, którzy mieli przyjechać obejrzeć nasz występ. Ale nie było ich tam. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że znaleźli się w epicentrum zamieszek.

Mama nie posłuchała naszej rady, by okrążyć Miami. Zamiast tego podjęła próbę przedostania się przez miasto międzystanówką numer 95. Bardziej pechowo trafić nie mogła. Nieświadoma faktu, że większość stacji benzynowych w Miami właściciele zamknęli z obawy przed ewentualną napaścią, nie miała jak kupić paliwa. Znalazła się w samym środku zamieszek i właśnie wtedy jej toyocie coronie skończyła się benzyna.

Zjechawszy na pobocze autostrady, ujrzała w dole wzdłuż ulic płonące budynki. Zatrzymanie kogokolwiek na autostradzie machaniem ręką okazało się zadaniem ponad miarę. Mamie i bratu pozostawała jedynie nadzieja na dotarcie do pobliskiego Holiday Inn; na parkingu przez motelem obozowała gromada gliniarzy. Motel znajdował się jednak aż w Liberty City. Mama i brat musieli dostać się tam biegiem. Ruszyli więc w dół zjazdem z autostrady. Banda uzbrojonych w kije ulicznych rozrabiaków spostrzegła tę dwójkę i ruszyła w pogoń. Mama i brat pędzili na łeb, na szyję. Gdy dobiegli do policyjnego kordonu, od dyszącej żądzą mordu tłuszczy dzieliły ich ledwie kroki. Niezdolny zaspokoić swojej żądzy krwi rozwścieczony motłoch zaczął rzucać kamieniami i butelkami. Policja próbowała opanować sytuację – miała pełne ręce roboty. Mama musiała cierpliwie czekać aż do świtu, nim udało jej się odzyskać samochód.

* * *

W Skalnym Kościele pastor Bez głosił typ pokory graniczącej z samozaparciem. Jego przesłanie brzmiało: pozwól, by świat traktował cię jak słomiankę. Bóg odda ci sprawiedliwość w przyszłym świecie – twierdził. Zostawcie brzemiona doczesnego świata; zapewnijcie sobie zbawienie i przygotujcie się na ponowne przyjście Jezusa – wszystko inne to marność.

Według wierzeń zielonoświątkowców nie wystarczy, aby człowiek przyjął chrześcijańskie dogmaty i przestrzegał Dziesięciu Przykazań. To, czy zostaniesz zbawiony, uzależnione jest od nadprzyrodzonej, osobistej relacji z Jezusem, którą opisać są w stanie tylko wtajemniczeni. Ponieważ więź każdego człowieka z Jezusem ma charakter osobisty, jej treść jest z konieczności subiektywna. Dla jednego człowieka Jezus może być surowym nadzorcą, dla innego zaś – osobą bardzo tolerancyjną, dozwalającą na wszelkiego rodzaju zachowania. Jezus pastora Beza nie miał najwyraźniej nic przeciw jego cudzołożnemu związkowi z własną sekretarką, ani używaniu przezeń pieniędzy z funduszu budowlanego na prowadzenie wystawnego życia. Jako że wszyscy ludzie są grzesznikami, podjęcie na poważnie próby przestrzegania praw Bożych w istocie nie ma sensu. Wszystko, czego potrzebujesz, to odklepać „modlitwę grzesznika” i wychlipać przed ołtarzem parę razy wyznanie win – a zbawienie masz zapewnione. Wszystkie twoje grzechy – przeszłe i przyszłe – zostają odpuszczone. Z chwilą, gdy zyskujesz pewność zbawienia, masz ją już zawsze. Niezależnie od tego, ile grzechów popełnisz w przyszłości, możesz spać spokojnie: bilet wstępu do Nieba masz jak w banku. Nie musisz brać za swoje grzechy odpowiedzialności. Jezus zrobił to za ciebie na krzyżu. W ujęciu zielonoświątkowców Jezus to wyłącznie kozioł ofiarny złożony w ofierze za ludzkość. Jedyne obiektywne standardy obowiązujące w grupie pastora Beza miały swoje źródło w zawartości Biblii Króla Jakuba. Ponieważ jednak wszyscy wierni mieli prawo interpretować Pismo Święte, każda interpretacja była równie uprawniona. Racjonalna teologia Tomasza z Akwinu równała się w tym ujęciu majaczeniom dowolnego prostaka. W Skalnym Kościele jedynym sprawdzianem na to, czy zbawienie masz zapewnione, było posiadanie „daru Ducha”.

Pastor Bez rzadko nauczał jakiejkolwiek doktryny. Nigdy nie próbował opierać swoich kazań o rozum czy doświadczenie. Sporadycznie poruszał zagadnienie moralnych dylematów, przed którymi stają chrześcijanie we współczesnym świecie. Polityczne i społeczne krzywdy, do których dochodziło w Stanach Zjednoczonych, mogłyby zaś, jeśli o niego chodzi, równie dobrze dziać się na innej planecie. Życie jest zbyt krótkie, by żyć w rzeczywistości. W Skalnym Kościele chodziło o to, by upoić się Duchem Świętym – to była duchowa palarnia opium. Nabożeństwa zaczynały się od śpiewania i muzyki, a niedługo później następowało krótkie kazanie – wszystko to miało na celu zaktywizować „dary Ducha”. Niektórzy bezustannie wymachiwali rękami w kierunku sufitu. Inni histerycznie krzyczeli. Spora grupka tańczyła jak wirujący derwisze. Wielu mówiło w niezrozumiałym narzeczu, nazywanym przez nich „językami”. Pamiętam gościa, który miał zwyczaj robić biegiem rundki wokół zgromadzonych. Między ławkami zaś i na całej szerokości pomieszczenia przed ołtarzem leżeli plackiem ludzie, którzy potracili świadomość – popadali w Duchu.

Kościół pastora Beza przyciągał uciśnione ofiary społeczeństwa. Właściwie każdy okazywał się byłym kimś: byłym narkomanem, byłym członkiem motocyklowego gangu, byłym więźniem. I, na Boga, o tym, jakie życie dawniej prowadzili, to lubili opowiadać. Ludzie ze szczególnie ohydną przeszłością cieszyli się swoistą sławą. „Och, nie wiesz o bracie takim to a takim?” – mówił jeden drugiemu. – „Był kiedyś największym handlarzem kokainą w Miami... Aż odnalazł Pana... Tak, to prawda, miał w zwyczaju ściągać kreski z brzuchów dziwek, przypalając jednocześnie małe zwierzęta lampą lutowniczą”. Godzinami gadali o najbardziej intymnych i wywołujących zażenowanie szczegółach swoich życiorysów. W dawnym życiu odurzali się narkotykami albo alkoholem – teraz odurzali się Jezusem. Po każdym kolejnym pełnym frustracji tygodniu w świecie realnym gromadzili się i zatracali w ekstazie uwielbienia.

Rdzeń Skalnego Kościoła stanowiły kobiety. Pastor Bez opracowywał być może choreografię tanecznych kroków, ale całości ton nadawały panie. Kobiety z dziećmi przybywały na nabożeństwa zazwyczaj bez mężów. Jeśli ci w ogóle się pojawiali, to zwykle pod przymusem. Powietrze przepojone było zapachem tanich perfum. Całość pachniała na milę kobiecą grupą wsparcia – seminarium treningowym Erharda opatrzonym krzyżami.

Jako świadek tego wszystkiego siedziałem z kamienną twarzą i założonymi rękami – tego, co widziałem, nienawidziłem z całego serca. Jako jedna z rodzin-założycieli Skalnego Kościoła hojnie wspieraliśmy fundusz budowlany pastora Beza. A byliśmy ubodzy. Tata, zmuszony podjąć pracę jako budowlaniec w miejskim zoo w South Miami dzień w dzień pracował niewolniczo w palącym słońcu. Wracał do domu wieczorem widocznie zmęczony – jego opalona twarz przypominała skórzaną sakwę. Wkrótce nabawił się czerniaka. Moje rodzeństwo i ja cierpieliśmy w szkołach nękanych narkotykami i przemocą, bo nie stać nas było na edukację prywatną. Ale oto czwartą część dochodów oddawaliśmy na budowę sławetnej tancbudy pastora Beza. To było zupełnie bez sensu.

Chciałem uciec. Puszczałem wodze fantazji i widziałem się zaszywającego na Everglades z moją wiatrówką colemana – żywiłem się ustrzelonymi królikami lub czymś podobnym. Ale to były tylko marzenia. Nie miałem dokąd uciec.

[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski