Święty Antoni Padewski („Encyklopedia Katolicka”)


Święty Antoni z Padwy. Franciszkanin, cudotwórca, urodzony w Lizbonie w 1195; zmarł w Vercelli 13 czerwca 1231. Na chrzcie otrzymał imię Ferdynand.

Pisarze z końca piętnastego wieku utrzymywali, że jego ojcem był Marcin Bouillon, potomek sławnego Godfryda de Bouillon, przywódcy pierwszej krucjaty, matką zaś – Teresa Tavejra, potomkini Frueli I, czwartego króla Asturii. Niestety, o rodowodzie Antoniego trudno powiedzieć coś pewnego. O jego rodzicach wiemy z pewnością tyle, że należeli do wpływowej szlachty, byli ludźmi bogobojnymi, a w momencie narodzenia Ferdynanda oboje byli wciąż młodzi; mieszkali zaś nieopodal lizbońskiej katedry.

Otrzymawszy wykształcenie w szkole katedralnej, w wieku piętnastu lat Ferdynand wstąpił do kanoników regularnych św. Augustyna w klasztorze św. Wincentego położonym zaraz za murami miasta (1210). Dwa lata później w trosce o unikanie rozproszeń z powodu częstych wizyt krewnych i znajomych, za zezwoleniem przełożonego przeniósł się do klasztoru Świętego Krzyża w Coimbrze (1212), gdzie pozostał przez osiem lat, poświęcając czas głównie nauce i modlitwie. Obdarzony wspaniałą inteligencją i doskonałą pamięcią, w niedługim czasie zyskał oparty o studiowanie Biblii oraz pism ojców Kościoła skarb wiedzy teologicznej.

W roku 1220, gdy ujrzał wnoszone do kościoła Świętego Krzyża ciała pierwszych franciszkańskich męczenników, którzy 16 stycznia tego samego roku ponieśli śmierć w Maroku, jego również porwało pragnienie męczeństwa i postanowił wstąpić do zakonu Braci Mniejszych, by zyskać sposobność głoszenia Wiary Saracenom i cierpieć dla Chrystusa. Zwierzywszy się ze swego zamiaru niektórym braciom z klasztoru Olivares (nieopodal Coimbry), w tym samym klasztorze Świętego Krzyża otrzymał z ich rąk franciszkański habit. W ten sposób Ferdynand opuścił kanoników regularnych św. Augustyna i przystąpił do zakonu Braci Mniejszych, przyjmując jednocześnie imię Antoniego – imię, które później przyjął również klasztor Olivares.

Wkrótce po wstąpieniu do franciszkanów Antoni wyruszył w drogę do Maroka, lecz poważna choroba, która dokuczała mu przez całą zimę, wiosną roku 1221 zmusiła go do powrotu do Portugalii. Jednak statek, którym płynął, zaskoczony gwałtownym sztormem, musiał przybić do wybrzeża Sycylii. Antoni pozostał tam przez pewien czas, do chwili odzyskania zdrowia. Usłyszawszy tymczasem od braci z Mesyny, że w Asyżu ma się odbyć 30 maja kapituła generalna, udał się tam i przybył na czas, aby wziąć w niej udział. Przez cały czas trwania kapituły Antoni pozostawał całkiem niezauważony.

Nie powiedział ani słowa o swoich studiach” – pisze jego pierwszy biograf – „ani o posługach, które wykonał; jego jedynym pragnieniem było naśladowanie Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Zwrócił się przeto do ojca Graziano, prowincjała Coimbry, z prośbą o wyznaczenie miejsca, w którym mógłby żyć samotnie, czyniąc pokutę, i głębiej wniknąć w ducha i dyscyplinę franciszkańskiego życia. Ojciec Graziano akurat w tamtym momencie potrzebował kapłana dla pustelni w Montepaolo (w pobliżu Forli); wysłał tam Antoniego, by ten sprawował Mszę świętą dla braci zakonnych.

Gdy Antoni mieszkał na ustroniu w Montepaolo, pewnego dnia zdarzyło się, iż kilku franciszkańskich i dominikańskich braci wysłano razem do Forli, aby otrzymali święcenia kapłańskie. Antoni także był obecny, ale tylko w roli osoby towarzyszącej prowincjałowi. Gdy nadszedł czas święceń, okazało się, iż nikt nie został wyznaczony do wygłoszenia kazania. Przełożony zwrócił się najpierw do dominikanów, prosząc, by jeden z nich powiedział do zgromadzonych braci kilka słów; wszyscy jednak odmówili, twierdząc, że nie są przygotowani. W tej nagłej sytuacji wybrali Antoniego, o którym myśleli, że umie tylko czytać mszał i brewiarz, i polecili mu, aby powiedział, cokolwiek duch Boży włoży w jego usta. Antoni w imię posłuszeństwa zaczął mówić – z początku wolno i nieśmiało – lecz wkrótce, porwany zapałem, począł wyjaśniać najtrudniejsze tajemnice Pisma Świętego z tak głęboką znajomością rzeczy i tak wspaniałym rozumieniem doktryny, że zgromadzeni aż osłupieli. Z tą chwilą rozpoczęła się publiczna działalność Antoniego.

Święty Franciszek, dowiedziawszy się o jego wykształceniu, polecił mu w następującym liście nauczać braci teologii:

Bratu Antoniemu, mojemu biskupowi [tj. nauczycielowi nauk teologicznych], brat Franciszek przesyła pozdrowienie. Sprawia mi wielkie zadowolenie, że będziesz nauczał braci teologii, pod warunkiem jednak, że – zgodnie z tym, co przepisuje Reguła, duch modlitwy i pobożności nie zostanie zagaszony. Bywaj zdrów” (1224).

Nim Antoni podjął nauczanie, udał się na pewien czas do Vercelli, by odbyć naradę ze słynnym opatem, Tomaszem Gallo. Począwszy od roku 1224 nauczał z powodzeniem w Bolonii oraz Montpellier, a następnie w Tuluzie. Nie przetrwało do naszych czasów żadne pisane źródło dotyczące jego nauczania; najstarsze istniejące dokumenty, jak również te legendarne zachowują w tej kwestii całkowite milczenie. Niemniej jednak badanie dokonań Antoniego daje nam dość dobre pojęcie o charakterze jego nauczania; nauczania, które, odsuwając na bok wszelkie jałowe dywagacje, przyjmuje charakter całkowicie seraficzny, odpowiadający duchowi oraz ideałowi św. Franciszka.

To jednak jako mówca, nie zaś jako nauczyciel, Antoni zebrał najobfitsze żniwo. Posiadł w wybitnym stopniu wszystkie dobre cechy właściwe wymownemu kaznodziei: donośny i czysty głos, sympatyczną twarz, wyśmienitą pamięć i głęboką wiedzę, do których dodano mu z góry ducha proroctwa oraz niezwykły dar czynienia cudów. Z apostolskim zapałem podjął się naprawy moralności swoich czasów, walcząc w sposób szczególny z występkami zbytkowności, chciwości i tyranii. Owoc jego kazań był tak godny podziwu jak sama jego wymowność. Nie mniej zapału okazywał w plenieniu herezji, szczególnie patarenów i katarów, które rozprzestrzeniły się po środkowej i północnej Italii, a prawdopodobnie także albigensów w południowej Francji – brak nam jednak stosownej potwierdzającej to dokumentacji. Spośród wielu zanotowanych przez biografów św. Antoniego cudów, jakich dokonał on, nawracając heretyków, wyróżniają się trzy następujące:

  • Pierwszy dotyczy konia, który, pozbawiony pożywienia przez trzy dni, nie chciał zjeść położonego przed sobą owsa, zanim nie uklęknął i nie oddał czci Najświętszemu Sakramentowi, trzymanemu w rękach przez św. Antoniego. Według legendarnych podań z czternastego wieku cud ów miał miejsce w Tuluzie, w Wadding, w Brugii; naprawdę wydarzył się jednak w Rimini.
  • Drugi z najważniejszych cudów dotyczył zatrutego jedzenia podanego mu przez grupę włoskich heretyków; św. Antoni unieszkodliwił truciznę znakiem krzyża.
  • Trzecim godnym wspomnienia cudem jest słynne kazanie do ryb na brzegu rzeki Brenty w okolicach Padwy (nie w samej Padwie, jak zwykło się uważać).

Zapał, z jakim św. Antoni walczył przeciw herezji, oraz wielkie i liczne nawrócenia, jakie dokonały się za jego przyczyną, uczyniły go godnym zaszczytnego tytułu Malleus hereticorum (Młota na heretyków). Choć swoje kaznodziejstwo zawsze przyprawiał odrobiną powściągliwości, zawsze przemawiał otwarcie do wszystkich, tak do bogatych, jak i do biednych – do zwykłych ludzi, jak i do wielmożów. Na synodzie w Bourges wobec wielu dostojników zganił arcybiskupa, Szymona de Sully'ego, tak słowach tak ostrych, że skłonił go do szczerej poprawy.

Po odbyciu służby gwardiana w Le-Puy (1224), Antoni znalazł się w r. 1226 jako kustosz w prowincji Limousin. Najlepiej potwierdzone cuda z tego okresu są następujące:

  • Gdy w wieczorem w Wielki Czwartek głosił kazanie w kościele św. Piotra du Queyroix w Limoges, przypomniał sobie, że ma do zaśpiewania lekcję Officium Divinum. Przerwawszy nagle wygłaszaną naukę, w tym samym momencie pojawił się wśród braci w chórze, aby zaśpiewać lekcję, po czym kontynuował kazanie.
  • Innego dnia, gdy głosił kazanie na Place des creux des Arenes w Limoges, w cudowny sposób uchronił swoich słuchaczy przed deszczem.
  • Podczas kazania w St. Junien przepowiedział, że wskutek diabelskiej sztuczki ambona zawali się, ale nikt w żaden sposób nie ucierpi z tego powodu. I stało się tak, bo gdy kazał, ambona została zniszczona, lecz nikomu nic nie odniósł żadnego uszczerbku – nawet sam święty.
  • W klasztorze benedyktynów, gdzie zachorował, uwolnił jednego z mnichów od wielkich pokus za pomocą tuniki.
  • Podobnie, chuchając na twarz nowicjusza (którego sam przyjął do zakonu), utwierdził go w jego powołaniu.
  • W Brive, gdzie założył klasztor, uchronił od deszczu służącą dobrodziejki, gdy niosła braciom nieco warzyw na ich skromny posiłek.


Tyle mamy potwierdzonych historycznie wieści na temat pobytu św. Antoniego w Limousin.

W sprawie sławnego ukazania się naszemu świętemu Pana Jezusa francuscy pisarze utrzymują, że zdarzenie to miało miejsce w prowincji Limousin na zamku w Chateauneuf-la-Forêt, położonym pomiędzy Limoges a Eymoutiers, podczas gdy hagiografowie włoscy wskazują Camposanpiero niedaleko Padwy. Istniejące dokumenty nie dają nam jednoznacznej odpowiedzi. Więcej pewności mamy w sprawie ukazania się św. Antoniemu św. Franciszka podczas kapituły prowincji Arles, na której nasz święty wygłaszał kazanie poświęcone tajemnicom Krzyża.

Po śmierci św. Franciszka (3 października 1226) Antoni wrócił do Italii. Droga prowadziła go przez Prowansję, a w jej trakcie dokonał następującego cudu. Zmęczony podróżą wszedł wspólnie z towarzyszem do domu pewnej ubogiej kobiety, która położyła przed nimi chleb i wino. Zapomniała jednak zakręcić kurka na baryłce z winem, a na większe nieszczęście towarzysz świętego stłukł swój kubek. Antoni zaczął się modlić i raptem kubek na powrót był cały, baryłka zaś na nowo napełniła się winem.

Wkrótce po powrocie do Italii Antoniego obrano prowincjałem regionu Emilia. Jednakowoż dla poświęcenia większej ilości czasu na głoszenie kazań zrezygnował z tego urzędu na kapitule generalnej w Asyżu 30 maja 1230 r. i wycofał się do klasztoru w Padwie, który osobiście założył. Ostatnie kazania wygłosił w Wielkim Poście roku 1231. Tłum ludzi, który przybywał zewsząd, aby go słuchać, często osiągał liczbę trzydziestu tysięcy lub więcej. Ostatnie kazania skierował głównie przeciw nienawiści i wrogości, a jego wysiłki uwieńczył wspaniały sukces: dokonywały się trwałe nawrócenia, przywracano pokój i zgodę, zwracano wolność dłużnikom oraz innym więźniom, zadośćuczyniano pokrzywdzonym i naprawiano wielkie zgorszenia. W Padwie zabrakło księży dla wielkiej liczby penitentów, z których wielu oświadczało, że otrzymali w wizjach z nieba ostrzeżenie i zostali wysłani do św. Antoniego, by postępować zgodnie z jego radą. Po jego śmierci inni mówili, że pojawiał im się we śnie, nakłaniając, by udali się do spowiedzi.

W Padwie zdarzył się również słynny cud amputowanej stopy, który franciszkańscy autorzy przypisują św. Antoniemu. Młodzieniec imieniem Leonard w napadzie gniewu kopnął własną matkę. Skruszony, wyznał swoją winę św. Antoniemu, który rzekł: „Stopa tego, który kopie własną matkę, zasługuje na to, aby ją obciąć”. Leonard pobiegł do domu i obciął sobie stopę. Dowiedziawszy się o tym, św. Antoni wziął amputowaną część ciała i w cudowny sposób na powrót ją do niego przyłączył.

Wskutek wysiłków św. Antoniego 15 marca 1231 r. władze Padwy ustanowiły prawo na korzyść dłużników, którzy nie byli w stanie spłacić swoich zobowiązań. Kopię tej uchwały wciąż przechowuje się w padewskim muzeum. Powyższy, jak poniższy przykład, jasno pokazują nam wagę wpływu Świętego na życie obywatelskie i religijne w XIII wieku. W roku 1230, gdy w Lombardii szalała wojna, św. Antoni udał się do Werony, by ubiegać się u okrutnego Ezzelino o wolność dla gwelfickich więźniów. Według apokryfu tyran upokorzył się przed Świętym i spełnił jego prośbę. W rzeczywistości tak się nie stało, ale jakież ma to znaczenie, nawet jeśli próba była nieudana; tak czy inaczej Antoni zaryzykował własnym życiem dla uciskanych przez ciemiężcę, okazując w ten sposób swoją miłość i współczucie dla ludu. Zaproszony, by wygłosić kazanie na pogrzebie lichwiarza, osnuł je na motywie ewangelicznych słów: „gdzie jest skarb twój, tam jest i serce twoje”. W trakcie kazania powiedział: „Ten bogacz jest martwy i pogrzebany w piekle, lecz idźcie zobaczyć jego bogactwa, a tam znajdziecie jego serce”. Powodowani ciekawością krewni i znajomi zmarłego spełnili owo polecenie i znaleźli serce bogacza – wciąż ciepłe – wśród monet. Tak więc powodzenie pracy misyjnej Antoniego okazuje się nie tylko w jego świętości i licznych dokonanych przezeń cudach, lecz także w popularności i tematyce jego kazań, jako że musiał walczyć z trzema najbardziej uporczywymi występkami: upodobaniem do zbytku, chciwością i tyranią.

W roku 1231 pod koniec Wielkiego Postu Antoni usunął się do Camposanpiero, gdzie wkrótce zapadł na poważną chorobę. Przeniesiony do Vercelli i umocniony ukazaniem się Naszego Pana, zmarł 13 czerwca 1231 r. w wieku trzydziestu sześciu lat. Przez piętnaście lat żył z rodzicami, dziesięć – jako kanonik regularny św. Augustyna i jedenaście w Zakonie Braci Mniejszych.

Bezpośrednio po jego śmierci ukazał się w Vercelli opatowi, Tomaszowi Gallo, a jego zgon obwieściła mieszkańcom Padwy gromada dzieciaków, krzyczących: „Święty Ojciec nie żyje; święty Antoni nie żyje!”. Grzegorz IX, mocno przekonany o jego świętości licznymi dokonanymi przezeń cudami wpisał go po upływie niespełna roku (na Zesłanie Ducha Świętego, 30 maja 1232) do kalendarza świętych katedry w Spoleto. W bulli kanonizacyjnej oznajmił, że osobiście znał świętego, a wiemy, że ten sam papież, usłyszawszy jedno z kazań Antoniego w Rzymie i zaskoczony jego głęboką znajomością Pisma Świętego, nazwał go „Arką Przymierza”. Na rzecz tego, iż tytuł ten jest w pełni zasłużony, świadczy też kilka jego prac: Expositio in Psalmos, napisana w Montpellier w roku 1224, oraz Sermones de tempore i Sermones de Sanctis napisane w Padwie w latach 1229–1230.

Imię Antoniego stało się sławne na całym świecie, a razem z nim nazwa Padwy. Mieszkańcy tego miasta wznieśli na pamiątkę Świętego wspaniałą świątynię, do której w 1263 r. w obecności św. Bonawentury, będącego w owym czasie generałem franciszkanów, przeniesiono drogocenne relikwie Antoniego. Gdy otworzono kryptę, w której jego święte zwłoki spoczywały przez trzydzieści lat, znaleziono ciało obrócone w proch, lecz język pozostał nietknięty przez czas i miał wciąż żywy czerwony kolor. Święty Bonawentura, ujrzawszy ten cud, z czułością ujął język w ręce i pocałował go, wykrzykując: „O, błogosławiony języku, który zawsze chwaliłeś Boga i skłaniałeś innych, aby Go chwalili, teraz jest jasne, jak wielką zasługę masz przed Bogiem”.

Sława cudów św. Antoniego nigdy nie zmalała i nawet dziś uważa się go za największego cudotwórcę swoich czasów. Wzywa się go szczególnie w intencji odnalezienia zgubionych rzeczy, co zostało wyrażone również w sławnym responsorium brata Juliana ze Spiry:

Si quaeris miracula [...]
[...] resque perditas.

Ta popularność Antoniego właściwie nawet do pewnego stopnia przyćmiła jego osobowość. Jeśli wierzyć wnioskom współczesnych krytyków, niektórzy z biografów Świętego dla zaspokojenia wytworzonego przez jego pobożnych klientów rosnącego popytu na cudowne wydarzenia, niepomni na historyczne fakty, poświęcili się zadaniu doniesienia potomności o cudach, do jakich doszło po śmierci Antoniego dzięki jego wstawiennictwu. Nie trzeba się zatem dziwić, że we wcześniejszych biografiach św. Antoniego tak dużo miejsca zajmują opisy jego cudów, które współczesnemu umysłowi mogą się wydać trywialne lub niewiarygodne. Być może to prawda, że niektóre spośród przypisywanych św. Antoniemu cudów są tylko legendą, ale o innych wiemy ze źródeł tak bardzo wiarygodnych, że nie da się im zaprzeczyć albo wykluczyć ich a priori bez czynienia krzywdy historycznym faktom.


Autor hasła: Dal-Gal, Niccolò.
"St. Anthony of Padua." The Catholic Encyclopedia. Vol. 1. New York: Robert Appleton Company, 1907.


Tłum. Łukasz Makowski


Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (3)


  
ROZDZIAŁ 3
New Smyrna Beach, Floryda • 1966–71 • Lata młodości

Wciąż pamiętam jak bawiłem się w chowanego za naszym starym domem w New Smyrna Beach na Florydzie. Mieliśmy małą piaskownicę; w środku leżała stara opona od traktora; za piaskownicą zaś podwórko graniczyło z małym gajem pomarańczowym. – Chowaj się! – zwykł krzyczeć z kuchennego okna mój brat i rozpoczynał odliczanie – jeden, dwa, trzy... – Gdy zaczynałem bawić się w chowanego, zwijałem się w kłębek wewnątrz wielkiej opony od traktora, lecz ta kryjówka stała się zbyt oczywista; zacząłem więc chować się w gaju. Za każdym kolejnym razem szedłem trochę głębiej między drzewa. Poszukiwania zaczynały się na poważnie. Mój brat szybko męczył się tą zabawą. Był starszy i miał lepsze pomysły na spędzanie czasu niż ganianie za brzdącem po gaju pomarańczowym. Ale mi tej zabawy nigdy nie było dość. Gaj pomarańczowy był jak zaczarowany – pełen magii i tajemniczy. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców; powietrze przesycone było zapachem cytrusów. Sad nie miał nawet kilku akrów, ale w mojej wyobraźni dwulatka zdawał się rozległą dziczą – miejscem, w którym mogłem się ukryć i nigdy nie zostać odnalezionym.

***

Moja matka, Patrycja (z domu Murphy), pochodziła z irlandzkiej rodziny, która osiedliła się w Filadelfii, długiego rodu murarzy i politycznych liderów. Patsy, jak na nią mówiono, miała osobowość ekstrowertyczną; była stanowcza i do bólu szczera. Bez wątpienia to ona dzierżyła w rękach ster losów naszej rodziny. Mama miała niespokojną duszę; bez ustanku szukała kolejnego wyznania czy filozofii, które pozwoliłyby na ucieczkę od banalności życia. – Mam włóczęgostwo we krwi – lubiła mówić. [„Włóczęgami” („tinkers”) nazywano irlandzkich cyganów, znanych z wędrownego stylu życia]. Zaraz po ukończeniu college'u Patsy rozważała wstąpienie na drogę życia zakonnego, ale wycofała się przed złożeniem wieczystych ślubów. Życie kontemplacyjne nie leżało w jej naturze; podobnie jak całe to „klęczenie i modły”. Chciała dokonać czegoś nadzwyczajnego – na przykład zbawić świat.

W połowie lat pięćdziesiątych Patsy spakowała swój dobytek do walizki i przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie dołączyła do Ruchu Katolickich Robotników. Założycielka Ruchu, Dorothy Day, niegdyś wyznawczyni marksizmu-ateizmu, wstąpiła do Kościoła katolickiego po tym, jak jej chłopak-marksista zapłodnił ją i porzucił. Później otworzyła sieć hospicjów i schronisk dla bezdomnych w Nowym Jorku i okolicach. Katoliccy Robotnicy byli pacyfistami – innymi słowy: „komuszkami”, jak pogardliwie nazywał ich ojciec Patsy. Poza karmieniem bezdomnych angażowali się w różnorodne działania polityczne, takie jak demonstracje antywojenne.

W trakcie pobytu i pracy w komunie Katolickich Robotników w Brookfield w stanie Massachusetts, Patsy poznała przystojnego młodego mężczyznę z Missouri imieniem Bob. Niebieskooki ciemnowłosy Bob wyglądał jak „dokładna kopia Montgomery’ego Clifta z filmu «Miejsce pod słońcem»” – to były słowa Mamy. Jej serce podbiły wygląd Boba oraz jego nienaganne maniery.

Patsy i Bob, za starzy na szczenięcą miłość i zbyt pewni swoich uczuć, nie tracili czasu na zaloty; młoda para zdecydowała się bezzwłocznie wstąpić w związek małżeński. Pierwsze lata wspólnego pożycia spędzili w Missouri, gdzie planowali powiększyć rodzinę o dzieci oraz, jeśli to możliwe, założyć komunę Ruchu Katolickich Robotników na kształt tej w Brookfield. Komuna nie przyniosła spodziewanych owoców, ale małżeństwo przyniosło je bez wątpienia. Dzieci przychodziły na świat w prawdziwie katolickim stylu – przez następną dekadę pojawiały się regularnie co dwa lata. – Każde z was kosztowało mnie jeden ząb – mówiła Mama macając kciukiem policzek, by zaprezentować swoje matczyne rany bitewne. – Dzieci potrzebują dużo wapnia. Po każdym porodzie – bum! – wypadał mi kolejny ząb. Ale było warto.

Podczas gdy Mama koncentrowała swojee wysiłki na trosce o wzrastające potomstwo, mój ojciec opanował sztukę precyzyjnej obróbki drewna. Właściciel zakładu produkującego szafki był oszczędny i nie płacił dobrze. Tata zarabiał ledwie tyle, żeby starczyło dla wszystkich dzieciaków na pieluchy. W poszukiwaniu lepszej płacy tata zatrudnił się w liniach Trans World Airlines (TWA) na lotnisku z St. Louis. Mój ojciec, Bob, pochodził z „Niemców” z St. Louis – niegdysiejszych mieszkańców Palatynatu Reńskiego, którzy wyemigrowali do Missouri na krótko przed wybuchem wojny secesyjnej. Tata, spokojny i skłonny do namysłu, pracował jako mechanik samolotowy, ale zamiłowaniem darzył tak naprawdę ciesiołkę i muzykę. Nauczywszy się od swych niemieckich przodków sztuki obróbki drewna, robił przepiękne szafki, meble i gitary akustyczne. Miał słabość do czarnego orzecha i zawsze trzymał za naszym domem stosik tego ciemnej barwy drewna. Gdziekolwiek się przeprowadzaliśmy, orzech przeprowadzał się z nami. Tata grał też na gitarze akustycznej i pisał własną muzykę w stylu gospel. Unikał kostek i fantazyjnych metalowych mostków; był urodzony do gry palcami. Nosił cygańską kozią bródkę i uwielbiał kanapki z sardynkami, na których musiały leżeć grube plastry sera cheddar. Schylony nad stolikiem do kawy z półokularami osadzonymi na czubku nosa miał w zwyczaju brząkać sobie na gitarze, robiąc co jakiś czas przerwę na zapisanie paru nut. Tata był z pokolenia ludzi, którzy w tylnej kieszeni zawsze nosili materiałową chustkę. I zawsze robił z niej dobry użytek. Jeśli widział, że kapie ci z nosa, wydobywał ową śluzowatą, inkrustowaną kozami chusteczkę i szedł na ciebie niczym Boris Karloff usiłujący obezwładnić cię chloroformem. Nie miał jednak żadnych złych intencji; nie było w nim ani krztyny złośliwości.

W roku 1965 NASA uczestniczyła we wczesnych etapach Kosmicznego Wyścigu. TWA podpisało z NASA kontrakt na wybudowanie wyrzutni rakiet na przylądku Canaveral na Florydzie. Płacono lepiej niż za pracę na lotnisku, więc Tata najął się do ekipy na Cape Canaveral.

W połowie lat sześćdziesiątych naprzeciw kosmodromu na przylądku Canaveral budowano w nowym stylu ul, mający pomieścić wszystkich nowych przybyszów. Coraz liczniejszy klan Rudolphów gnieździł się w malutkiej jednoizbowej kawalerce na Merritt Island. Ledwie starczało miejsca na to, by dzieci – trzech chłopców i dziewczynka – miały gdzie ułożyć się do snu (spały na podłodze w salonie). A w drodze było kolejne dziecko – ja.

Niedługo wcześniej Mama stała się entuzjastką naturalnego porodu techniką Lamaze’a, więc gdy 19 września 1966 r. odeszły jej wody, nie zawracała sobie nawet głowy jechaniem do szpitala. Wezwała swojego lekarza i urodziła mnie tam, gdzie właśnie się znajdowała – przyszedłem na świat na naszym kuchennym stole. Później Mama przez lata niezmordowanie opowiadała o tym doświadczeniu osobom goszczącym u nas na obiedzie. Co bardziej wrażliwi powoli odsuwali od siebie talerze i dziwnie wgapiali się w nasz kuchenny stół, wyobrażając sobie opisaną scenę.

W roku 1969, po narodzinach mojego młodszego brata, Jamiego, znaleźliśmy w końcu lokum wystarczająco duże, by pomieściło naszą rodzinę. Dwupiętrowy wikoriański dom z drewnianymi podłogami usytuowany był zaraz obok autostrady numer 1 w jednej z najstarszych części New Smyrna Beach. Miejsce to miało posmak starego Południa; domy usadowiły się wygodnie pod rozłożystymi hiszpańskimi dębami. Tutejsze rodziny żyły tu od pokoleń. Podwórka roiły się od dzieci, psów i tłustych szarych wiewiórek.

Nie nastały jeszcze czasy dzieci pijących mleko z kartonów i wsiadających na rower w kaskach. Jeśli nie znajdowaliśmy się akurat w szkole albo w kościele, szliśmy tam, gdzie nam się żywnie podobało. Mama nie martwiła się o to, co się z nami dzieje – o ile wracaliśmy do domu na obiad. Wsiadaliśmy na nasze schwinny i włóczyliśmy się po okolicy bandami liczącymi dziesięciu-piętnastu chłopaków. Dzieciaki, które uchodziły za najbardziej „spoko” jeździły na „chopperach” z wydłużonymi siodełkami. Konstruowanie chopperów należało do dziedziny sztuk pięknych. Należało odciąć piłą widelec ze starego roweru i osadzić go na nowym, co dawało dodatkowych sześćdziesiąt centymetrów z przodu. Jeździliśmy godzinami w poszukiwaniu przygody, w drodze do naszego celu przecinając autostrady i mosty. Moi starsi bracia traktowali mnie jak piąte koło u wozu. Ponieważ nie miałem własnego roweru, musiałem zawsze ubłagać jednego z nich, żeby pozwolił mi jechać na kierownicy. Moje króciutkie nogi pięciolatka ledwie sięgały śrub zaciskających oś przedniego koła. Musiałem podwijać palce u stóp mocno ściskając nogami widelec i kurczowo trzymać się kierownicy. Wpatrywałem się niezwykle bacznie w drogę przede mną, żebym na jakimś wyboju nie puścił widelca i nie wylądował twarzą na chodniku.

Najchętniej jeździliśmy do doków w porcie New Smyrna. Cumowały tam łodzie rybackie, z których wyładowywano to, co udało się złowić. Oblepione wąsonogami pomosty przystani wchodziły głęboko w wodę. Nadpływające fale podnosiły się wolno pod deskami pomostu, a potem śpiesznie wracały do morza. Znalazłszy pusty pomost, zabieraliśmy się do pływania i na zmianę nurkowaliśmy skacząc z końca doku. Co jakiś czas jeden z chłopców dostrzegał charakterystyczną płetwę: „Wyłazić z wody!” – brzmiało ostrzeżenie. Gramoląc się po drabinie, wyłanialiśmy się z morza. Stojąc na skraju doku dało się dostrzec płetwę grzbietową rekina. Płynął nieśpiesznie po płyciźnie w poszukiwaniu resztek ryb z połowu. Gdy tylko znikał nam z oczu, bez większego namysłu skakaliśmy z powrotem do wody.

Moi bracia kolegowali się z chłopakami Wheelerów. Wheelerowie byli wsteczniakami, rodowitymi mieszkańcami Florydy, żyjącymi w rozpadającej się chałupie zagrzebanej pod nadającymi się wyłącznie na złom samochodami. Pod chylącą się ku upadkowi frontową werandą wylegiwały się gończaki. Na cegłach stały buicki i fordy bez kół. Z dębu przed domem zwieszał się ubrudzony smarem blok silnika. Mimo całego tego rozgardiaszu Wheelerowie zawsze znajdowali przed domem kawałek wolnego miejsca na swoją ulubioną rozrywkę: zapasy (zwali je „pasowaniem”). Za każdym razem, gdy szliśmy do Wheelerów, łączyli nas w pary według kategorii wagowych i rzucali wyzwanie: „Pasujecie się?”.

Na frontowej werandzie gromadził się cały klan Wheelerów, aby przyglądać się widowisku. Gdy przygwożdżono cię do ziemi, całe twoje ciało oblepiało się charakterystycznym dla New Smyrna szarym piaskiem. Moi bracia nie byli w stanie pokonać Wheelerów, bo ci byli troszkę starsi i nieco mocniejsi. Wyczerpani i pobici dawaliśmy sygnał do pośpiesznego odwrotu, poprzysięgając zemstę. W następnym tygodniu Wheelerowie bałamucili nas, abyśmy przyszli po rewanż.

Przynajmniej raz w roku nasza rodzina wybierała się w podróż. Mój ojciec pracował dla TWA, co oznaczało dla nas loty tanie jak barszcz. Pewnego lata wszyscy polecieliśmy do Londynu. Innym razem mojemu rodzeństwu udało się odwiedzić Izrael. Zasadniczo jednak spędzaliśmy wakacje na Florydzie. Tata załadowywał naszego kombiaka marki dodge sprzętem i jedzeniem; ruszaliśmy obozować w jednym z parków na terenie stanu. Moim ulubionym był Ponce de León Springs. Stanowiący prywatną własność park leżał głęboko w patrolowanym przez wielkie pawie starodawnym dębowym gaju. Z płaskiego piaszczystego gruntu wytryskiwała bulgocząca źródlana woda, tworząc szereg jeziorek. Woda była zimna jak lód i krystalicznie czysta aż do samego dna. Nasze zanurzone w lodowatej wodzie ciała dostawały takiej gęsiej skóry, że zaczynały wyglądać jak nakrapiane. Bawiliśmy się setnie.

Właściciel parku otoczył ogrodzeniem podwodną jaskinię i umieścił koło niej złowieszcze tablice ostrzegawcze. Wieść niosła, że jaskinię postanowił zbadać kiedyś zespół płetwonurków, ale już z niej nie wypłynął. „Nie zbliżajcie się do jaskini” – ostrzegała nas Mama. Ale i tak się do niej wymykaliśmy. Pamiętam jak wgapiałem w wejście do jaskini, obserwując kołyszące się wokół niego liście poruszanych prądem wodnych roślin i zastanawiając, czy „podwodni ludzie” wyjdą kiedykolwiek ze środka.

Nasi rodzice ochrzcili nas w Kościele katolickim, ale kilka lat po przeprowadzce na Florydę moja matka przeszła na protestantyzm. Podczas modlitewnego spotkania zielonoświątkowców doświadczyła dotknięcia Ducha Świętego. Tata był z początku sceptyczny. Wkrótce jednak przekonał się do jej punktu widzenia. Tym sposobem rozpoczęła się nasza dziesięcioletnia odyseja po zielonoświątkowym uniwersum.

W roku 1972 Tata przeniósł się na Międzynarodowe Lotnisko w Miami. Nasza rodzina przeprowadziła się trochę na północ od Ft. Lauderdale. W tamtych czasach spędzaliśmy gros czasu w zborach i na spotkaniach modlitewnych. Dwa, może trzy razy w tygodniu uczestniczyliśmy w nabożeństwach. Po tym krótkim spotkaniu z Duchem Świętym w New Smyrna Beach Mamie jakoś nigdy nie udało się już na Niego natrafić. Ciągle znajdował się gdzie indziej – a ona wciąż Go poszukiwała. Podążała za nim do zborów baptystycznych, namiotów odnowy w Duchu Świętym i rekolekcji rozmaitych chrześcijańskich denominacji. Zaangażowała się w pracę misjonarską na Haiti oraz nawiedzała chrześcijańską wspólnotę w górach Santa Cruz w Kalifornii. Gdziekolwiek zaś podążała Mama – my podążaliśmy za nią. Ale zdawało się, że staruszek-Duch Święty nigdzie nie zabawia zbyt długo. Mama zwykła mawiać: „Duch jest ciągle w drodze”. Niedługo potem w drogę ruszaliśmy i my.

Zazwyczaj uczestniczyliśmy w nieformalnych spotkaniach modlitewnych. W czyimś salonie gromadziło się od dziesięciu do dwudziestu osób. Czytały Biblię, śpiewały, tańczyły, wygłaszały proroctwa, składały świadectwa i mówiły językami. Niemal każdego lata odwiedzaliśmy chrześcijańskie centrum rekolekcyjne w Bradenton na Florydzie. Usytuowane było nad rzeką Manatee, a składało się z pola kempingowego, małych apartamentów gościnnych, pokojów gier oraz stajni. Dzieciaki mogły jeździć na kucykach, poznawać rzekę w ramach rejsu rowerem wodnym lub kanadyjką albo pływać. Rodziny były duże. Do zabawy zawsze chętnych było wiele dzieci.

Każda msza katolicka ma dość podobny przebieg. Odmawiasz różaniec, słuchasz krótkiego kazania i przyjmujesz Komunię Świętą. Potem wracasz do domu. Z kolei nabożeństwa zielonoświątkowe nie mają ustalonej struktury i mogą trwać godzinami. Jakiś gość może zdecydować, że poświęci godzinę na składanie świadectwa na temat swojego grzesznego życia obfitującego w spotkania z prostytutkami oraz picie piwa. Dziesięciu kolejnych może potrzebować uleczenia („nakładania rąk”). Kilku odstępców może znienacka postanowić, że chcą ponownie załapać się na wózek o nazwie „zmartwychwstanie Chrystusa”. Kaznodzieja zaś może „zapalić się ogniem Ducha Świętego” i kazać przez bite trzy godziny. Zanim się zorientujesz, zaczynają piać koguty.

Siedzieć nieruchomo całymi godzinami to dla dzieci piekło. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu Mama postanowiła ubrać wszystkich swoich synów w poliestrowe garnitury sportowe z ery disco. Nie ma doprawdy nic gorszego niż noszenie w promieniach gorącego słońca Florydy poliestrowego garnituru sportowego – masz wrażenie, jakby zjadała cię żywcem gromada afrykańskich mrówek legionistek. Wierciliśmy się w ławce obłapiając nasze garnitury. Czekaliśmy aż zagra organista – stanowiło to sygnał, że nabożeństwo ma się ku końcowi. Organy wzywały grzeszników, aby zbliżyli się do ołtarza i wyrazili skruchę. Jeśli nikt w jego kierunku nie ruszał, nabożeństwo dobiegało wreszcie końca. Przypatrywaliśmy się organiście jak psy czekające na obiadowe resztki. Najlżejszy jego ruch powodował, że aż pochylaliśmy się w ławce do przodu.

I wreszcie organy grały. Dorośli zostawali w przybytku, żeby jeszcze przez godzinę porozmawiać (nazywano to „integrowaniem się”). Nas jednak puszczano wolno – wypadaliśmy przez drzwi jak pełnej krwi konie podczas Kentucky Derby. Pierwszy przystanek mieliśmy w naszym pokoju, gdzie zrzucaliśmy z grzbietów garnitury i wrzucaliśmy na siebie kąpielówki. Następnym przystankiem była rzeka.

Rzeka Manatee wiła się mijając przybudówki, stodoły i pomosty, do których przymocowano rzędy łodzi wiosłowych i kanadyjek. Naszym śladem podążały przekarmione białe kaczki; błagały nas o kawałeczek chleba. Nie mieliśmy czasu na kanadyjki ani na kaczki. Dalej w dole rzeki rósł wielki dąb; jego gałęzie zwieszały się nad wodą. Wysoko na dębie wisiała huśtawka. A obok niego zbudowano całkiem spory mostek, który górował nad wodą.

Woda z rzeki Manatee nie nadawała się do picia; miała kolor mocnej herbaty. Jak wskazuje sama nazwa, rzeka stanowiła siedlisko niezliczonych manatów – ogromnych morskich ssaków, które przypominają morsy – ale nie mają kłów. Odważniejsi chłopcy używali huśtawki; „cykory” korzystały z mostka. Ściskając nogami linę huśtawki, odbijałeś się od wysokiego brzegu rzeki i żeglowałeś nad wodę, mając we włosach świszczący wiatr. Na wysokości sześciu metrów nad wodą puszczałeś się i spadałeś – wydawało się, że trwa to całą wieczność. Plusk! – pogrążałeś się w brunatnej wodzie. Nagle robiło się zupełnie ciemno – jakby ktoś znienacka zamknął cię w komórce. Opanowywał cię na chwilę klaustrofobiczny lęk i zmuszał, abyś szaleńczymi ruchami rąk i nóg usiłował wydostać się na powierzchnię.

A potem przebijałeś się przez powierzchnię wody; owiewało cię świeże powietrze, a promienie słońca i głosy piszczących dzieci witały cię z powrotem w świecie żywych.



[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (0)


MAPY WPROWADZAJĄCE




Po zamachach bombowych oraz później, będąc ściganym, Eryk przebywał przez większość czasu w Karolinie Północnej – w jej części wysuniętej najbardziej na południowy zachód. Mapa poniżej pokazuje wspomniany obszar bardziej szczegółowo:





[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski

Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (2)


 
ROZDZIAŁ 2

Atlanta, Georgia • 1996 • Zamach bombowy w Parku Olimpijskim

Wczesnym rankiem 29 czerwca 1994 roku człowiek nazwiskiem Paul Hill czekał przed Kobiecym Centrum Aborcyjnym w Pensacoli na Florydzie; pod płaszczem ukrywał półautomatycznego mossberga. Hill, aktywny przez całe życie jako działacz antyaborcyjny, regularnie wyrażał sprzeciw wobec działalności kliniki – chodził z tablicami protestacyjnymi, rozdawał literaturę i napominał napotkane kobiety w ciąży. Lecz mimo wszystkich jego wysiłków, dzieci nadal w najlepsze zabijano. Ten ranek był inny. Tego ranka Hill zamierzał zakończyć działalność aborterców na dobre. Gdy jeden z nich, dr John Britton, wraz ze swoim ochroniarzem, Jamesem Barrettem, wjechali na parking, Hill podszedł do auta z boku i otworzył ogień. Britton i Barrett osunęli się na siedzenia – martwi. Hill spokojnie usiadł na chodniku i czekał na przybycie policji.

Parę miesięcy później obejrzałem przeprowadzony w więzieniu wywiad z Paulem Hillem. Wyjaśnił on powody swojego uczynku w prostych, niepodważalnych słowach. „Dr Britton był z zawodu seryjnym mordercą” – powiedział Hill. – „Podjąłem działanie w celu obrony tych dwudziestu nienarodzonych dzieci, które planowano tego dnia dać Brittonowi pod nóż”. Hill wydawał się całkowitą anomalią, prawdziwym amerykańskim bohaterem w naznaczonej tchórzostwem epoce. Czytałem o takich ludziach w książkach historycznych, ale nie sądziłem, że jeszcze istnieją. Za wypowiadanymi przez ludzi słowami w końcu zaczęły podążać czyny. Zdałem sobie sprawę, że nadszedł czas, abym też zaczął działać.

Pokojowe metody skończenia z aborcją zawiodły. Każda kolejna decyzja sądów w tej sprawie brzmiała: odmawiamy powstrzymania tej rzezi. Od roku 1973 zamordowano [w Stanach Zjednoczonych] ponad 35 milionów nienarodzonych dzieci. Kandydujący na urzędy politycy składali gołosłowne deklaracje poparcia dla sprawy pro-life, lecz z chwilą, gdy ich wybierano, nie robili absolutnie nic. Ronald Reagan i George H. W. Bush wygłaszali wspaniałe mowy na temat „świętości każdego ludzkiego życia”. Ale w trakcie swoich rządów powołali do Sądu Najwyższego trzech sędziów – Kennedy’ego, Soutera i Sandrę O’Connor – którzy ponoszą odpowiedzialność za podtrzymanie decyzji o aborcji jako „fundamentalnym prawie”.

Jednocześnie lobby aborcyjne pod wodzą Planned Parenthood usiłowało przekształcić aborcję w uprawnienie finansowane z podatków. W odpowiedzi Partia Republikańska uchwaliła poprawkę Hyde’a, pozornie zakazującą przeznaczania na aborcję dolarów pochodzących z podatków. Poprawka Hyde’a miała jednak zasadniczą wadę. Chociaż ustawa ta zakazywała finansowania z pieniędzy podatników procedur aborcyjnych, milczała w kwestii przeznaczania podatków na opłacanie całej infrastruktury Planned Parenthood. Ta hipokryzja przyprawiała o mdłości. To jakby republikanie twierdzili, że nie ponoszą odpowiedzialności za dokonywane na zamówienie morderstwa, bo zgodzili się płacić zawodowemu zabójcy tylko za pokój hotelowy, wynajęcie samochodu oraz wyżywienie, ale na samo zabójstwo nie przeznaczyli ani grosza. Partia Republikańska zapewniała wyborców, że pieniędzy z ich podatków nie wykorzystuje się do finansowania aborcji. Ale rząd federalny rokrocznie, z tytułu uchwalonego w 1970 r. programu planowania rodziny przekazywał Planned Parenthood setki milionów na „infrastrukturę”. Na tym polegała prowadzona na Kapitolu polityka.

Grupy pro-life takie jak Operation Rescue, nie mogąc liczyć na nikogo wewnątrz systemu, uciekły się do działań bezpośrednich. Rozpoczęły pikietowanie budynków Kongresu i Sądu Najwyższego. Ich członkowie wystawali przed abortowniami i błagali matki, aby nie mordowały swoich nienarodzonych dzieci. Usiłowały nawet doprowadzić do zamknięcia abortowni blokując ich drzwi wejściowe.

Waszyngton odpowiedział pobiciami, aresztowaniami i długimi wyrokami więzienia. Uchwalając ustawę o swobodzie dostępu do klinik (FACE), rząd jasno pokazał, po czyjej stronie stoi. Nowe prawo czyniło próbę przeszkodzenia w mordowaniu dzieci przestępstwem federalnym. Gdy jakiś lewicowy „obrońca środowiska” przykuł się łańcuchem do sekwoi i zdołał powstrzymać całą operację wyrębu, rząd odmówił interwencji. Przedsiębiorstwo zajmujące się wyrębem musiało radzić sobie na własną rękę. A „ochroniarz środowiska” po negocjacjach zszedł z drzewa i udał się prosto do programu Larry’ego Kinga. Ale gdy uczestnik demontracji pro-life choćby mocniej odetchnął, owiewając abortercę swoim oddechem, Waszyngton skazywał go na więzienie federalne. Uczestnicy ruchu pro-life nie mieli przedstawicieli w Waszyngtonie, ani głosu w dyskusji. Zaczęli więc działać.

Paul Hill dokonał swojego czynu, gdy w kraju panowała szczególna zawierucha. Konserwatyści i lewicowcy spierali się o rozmaite kwestie – od prawa do posiadania broni po homoseksualistów w armii. Katalizatorem konfliktu był William Jefferson Clinton. W roku 1992 Partia Demokratyczna nominowała go na swojego kandydata do urzędu prezydenta. Jego zwycięstwo oznaczałoby zmianę warty. Ci, którzy szturmowali plaże Normandii, odchodzili – na ich miejsce przychodzili ci, którzy uchylali się od poboru w trakcie wojny wietnamskiej. Clinton był wybitnym przykładem członków swojej generacji. Na koledżu ćpali kwas, czytali Karola Marksa i protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie. Marzyli o dniu, w którym ich pokolenie ostatecznie przejmie władzę i zaprowadzi autentycznie „sprawiedliwe” społeczeństwo – społeczeństwo oparte o ideały demokratycznego socjalizmu. Potem przystąpiliby do redystrybucji bogactwa. Przebrzmiałe pojęcia takie jak patriotyzm odeszłyby do lamusa. Patriarchalna rodzina trafiłaby do jakiegoś muzeum. Na Woodstocku generacja Clintona tarzała się we własnych ekskrementach. Teraz znajdowała się o krok od Białego Domu. Niektórzy wpadli z tego powodu w ekstazę; inni czuli niepokój, a nawet przerażenie.

Zgodnie z oczekiwaniami wygrana Clintona zaowocowała całą serią „postępowych” reform: homoseksualistami w armii, zsocjalizowaną opieką zdrowotną, ustawą Brady’ego o kontroli nabywców broni na szczeblu federalnym, zawierającą zakaz posiadania tak zwanej broni ofensywnej. Clinton dostał od Planned Parenthood najwyższą możliwą ocenę za konsekwentną postawę proaborcyjną. Program Clintona wywołał burzę, która szalała w sercu Ameryki przez osiem długich lat. Poparcie Clintona dla aborcji i usilne dążenie do wprowadzenia do armii homoseksualistów wprawiło „obyczajowych” konserwatystów we wściekłość. Zsocjalizowana opieka zdrowotna rozgniewała lekarzy oraz republikanów zaliczających się do śmietanki towarzyskiej. Ustawa Brady’ego doprowadziła do wściekłości skrajną prawicę. To w szczególności wprowadzenie na szczeblu federalnym zakazu posiadania tzw. broni ofensywnej [Federal Assault Weapons Ban (AWB)] spowodowało, że odżyły wszystkie odwieczne obawy. Skrajna prawica przez dziesiątki lat ostrzegała przed nadchodzącym Nowym Porządkiem Światowym. Stowarzyszenie im. Johna Bircha twierdziło, że światowe elity spiskują w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych celem obalenia Konstytucji i ustanowienia rządu światowego. „Strzeżcie się konfiskaty broni” – mówili członkowie Stowarzyszenia. – „To ostateczny krok w długim marszu ku tyranii”. Wtedy Clinton ogłosił swój zakaz posiadania broni i wszystkie przewidywania zdawały się spełniać. Odziane w wojskowe kamasze zbiry na usługach rządu już wkrótce zaczną wyłamywać kopniakami nasze drzwi. A potem zdarzyło się coś jeszcze. Na dwa miesiące przed objęciem przez Clintona władzy, agenci federalni otoczyli rodzinę Weaverów w Ruby Ridge w stanie Idaho. Działając w oparciu o sfabrykowane oskarżenie dotyczące nielegalnego posiadania broni ubrani w kamuflujące stroje funkcjonariusze strzelili nastoletniemu synowi Weavera, Sammy’emu, w plecy, zabijając go na miejscu. Dzień później snajper FBI zabił matkę Sammy’ego, Vicki, strzelając jej w twarz, gdy trzymała ona w ramionach swoją dziesięciomiesięczną córkę.

Media głównego nurtu usiłowały ukryć te wydarzenia, lecz wiadomości o nich rozprzestrzeniły się mimo tych prób. Z radia na falach krótkich, z gazetek o niewielkim nakładzie, z kazań w kościołach – ludzie dowiedzieli się o masakrze w Ruby Ridge. Moja rodzina, podobnie jak Weaverowie, wyjechała z dużego miasta, by zamieszkać w górach. Zrezygnowaliśmy z życia w „społeczeństwie głównego nurtu”; chcieliśmy prowadzić proste życie oparte o uprawę ziemi. Hodowaliśmy kury, uprawialiśmy ziemniaki i czytaliśmy tradycyjne tłumaczenie Biblii Króla Jakóba. Poza tym – tak, zgadza się – mieliśmy broń; interesowaliśmy się też koncepcjami, które na pewno nie podobały się komisarzom-politrukom z lewackich organizacji „walczących z nienawiścią”. A poza tym po prostu chcieliśmy żyć w spokoju.

Dla tych, którzy dorastali w podobnych do nas warunkach, masakra w Ruby Ridge oznaczała ostatni sygnał ostrzegawczy. Potwierdziła nasze najgorsze obawy dotyczące tego, czym stał się rząd federalny. Waszyngton nie miał zamiaru zostawić nas w spokoju. Rząd traktował ludzi takich jak my jako zagrożenie. Sposób, w jaki Waszyngton potraktował Weaverów, pokazał, że użyje on każdej dostępnej taktyki, aby nas zneutralizować. Spróbuje umieścić w naszych szeregach wtyczki, skazać nas na podstawie sfabrykowanych oskarżeń, a następnie nasłać na nas wynajętych zabójców w kamuflujących strojach, aby nas zamordowali.

Clintona wybrano we wrześniu, a ktokolwiek miał jakieś wątpliwości co do jego złych z gruntu intencji, nie miał ich już obejrzawszy jak powołana przezeń na urząd prokurator generalna, Janet Reno, pali żywcem osiemdziesięciu członków sekty Gałąź Dawidowa w Waco w stanie Teksas. Wściekłość na prawicy osiągnęła swoje apogeum. Dla ofiar miano wiele współczucia. Podobnie jak większość, z obojętnością odnosiłem się do wyznawanej przez dawidian heretyckiej odmiany chrześcijaństwa. To nie kwestie religijne wywołały we mnie współczucie; chodziło raczej o sposób, w jaki Waszyngton z dawidianami się rozprawił. Federalni sprzątnęli Weaverów z powodu jednego obrzyna. W Waco spalili żywcem osiemdziesięciu ludzi, ponieważ podejrzewali ich o „gromadzenie broni”. Zdaniem większości komentatorów miejscowy szeryf powinien był wezwać Davida Koresha, przywódcę dawidian, do swojego biura i tam rozwiązać sprawę. Nie, to byłoby zbyt łatwe. Waszyngton chciał zrobić z dawidian przykład; tak jak zrobił przykład z Weaverów. Reżim Clintona chciał wysłać do wszystkich dysydenckich grup i jednostek jasny sygnał ostrzegawczy: nie zdołacie zerwać z naszym systemem i zbudować swojego własnego Idaho – a jeśli spróbujecie, strzelimy wam w twarz, spalimy was żywcem albo wpakujemy was do więzienia.

Zrozumiałem ten przekaz jasno i wyraźnie. Podobnie jak mnóstwo innych osób. Sądziłem, że rząd właśnie stracił resztki zdrowego rozsądku. Myślałem, że Biały Dom objął w posiadanie jakiś tyran, który wysłał psychopatyczną prokurator generalną, by włóczyła się po prowincji ze swoją własną prywatną armią. W takich sytuacjach obowiązkiem niższych rangą urzędników państwowych jest pozbawienie tyrana urzędu i przywrócenie prawa i porządku. Rozglądałem się w poszukiwaniu tych urzędników, lecz natrafiłem tylko na oszołomów i półgłówków. Tak zwani politycy konserwatywni (jak Newt Gingrich) mówili o „republikańskiej rewolucji”, ale ta rewolucja okazała się pustosłowiem. Republikanie krytykowali reżim Clintona. Niektórzy posunęli się nawet tak daleko, że potępili masakry w Ruby Ridge i Waco. Przemawiali z wielką elokwencją na temat upadku konstytucyjnej republiki. Ale ich „rewolucja” sprowadzała się tylko do gadania.

Podczas gdy świeccy przywódcy pletli komunały, przywódcy religijni wzywali do biernego poddania się biegowi wypadków. Połowa duszpasterstw poświęcała się przygotowaniom na drugie nadejście Chrystusa, którego spodziewano się niebawem. Drugie pół głosiło zapatrzenie się w samych siebie w oczekiwaniu osobistego zbawienia. Wydawało się, że Kościół tracił już swoje zadanie na planecie Ziemia. „Zapomnijcie o tym świecie” – mówiono. – „Zadbajcie o własne zbawienie i przygotujcie się na ponowne przyjście Jezusa”. Podczas gdy chrześcijanie wpatrywali się z wyczekiwaniem w niebo albo we własne pępki, marksiści dalej w najlepsze niszczyli nasz kraj. Chrześcijaństwo stało się religią bez jaj.

W dniu, w którym Waszyngton zdecydował się zalegalizować aborcję, naruszył najbardziej fundamentalne oczekiwanie obywateli wobec rządu: aby chronił ich życie. Rząd stracił autorytet moralny. Gdy po licznych próbach zmiany tej decyzji sądy podniosły aborcję na życzenie do rangi „fundamentalnego prawa”, Waszyngton stracił legitymację do rządzenia. Potem reżim zaczął strzelać do pań domu i palić żywcem parafian. W mojej opinii żyliśmy w „stanie natury” opisanym przez Tomasza Hobbesa. (Por. polityczne teorie Locke’a i Hobbesa dotyczące stanu natury). Społeczeństwo obywatelskie rozpadło się. Kościół tkwił gdzieś w kosmosie. Obowiązujące w kraju prawo stało się bezprawiem. Byliśmy zdani na samych siebie.

Pisał o takich czasach Franciszek Suarez, teolog i filozof. Twierdził, że z chwilą, gdy rząd staje się tyranią, i brakuje odpowiedniej reakcji niższych rangą urzędników, każdy musi postępować według swojej własnej interpretacji Prawa Moralnego. Prosty człowiek musi na nowo kształtować społeczeństwo według rozpoznanych przez siebie zasad. Byłem przekonany, że władzę nad naszym krajem przejął nielegalny rząd. A skoro wszystkie pokojowe próby usunięcia go zawiodły, jedynym rozwiązaniem było usunąć go siłą. Naturalnie, wiedziałem, że sam nie zdołam tego zrobić. Nie miałem w tym względzie żadnych złudzeń. Musiałem jakimś sposobem zachęcić innych do pomocy. Wiosną roku 1995 podjąłem decyzję o rozpoczęciu misji. Przeprowadzę serię głośnych zamachów na symbole reżimu: abortownie, organizacje sodomitów, lewicowe grupy interesu oraz na funkcjonariuszy waszyngtońskiego rządu. Ponieważ aborcja stanowi najpotworniejszą spośród zbrodni Waszyngtonu, skupię się na osobach i ośrodkach związanych z tym procederem. Miałem nadzieję, że moje czyny skłonią innych obrońców życia i patriotów, by przeszli od słów do czynów. Planowane przeze mnie zamachy nie były częścią jakiejś osobistej zemsty na abortercach, homoseksualistach, czy funkcjonariuszach państwowych – to były działania wojenne mające na celu niszczenie, podważanie autorytetu i ostatecznie obalenie lewicowych elit władzy w Stanach Zjednoczonych. Gdy dowiedziałem się, że letnie igrzyska olimpijskie mają odbyć się w Atlancie, pomyślałem, że będzie to doskonały cel ataku.

* * *

Zainspirowany myślą starożytnych Greków Francuz nazwiskiem Pierre de Fredy, baron de Coubertin, podjął decyzję o wskrzeszeniu idei olimpijskiej w roku 1896. Zasadniczy cel nowożytnych igrzysk de Fredy’ego (inny niż cel przyświecający starożytnym Grekom) stanowiło promowanie ideałów globalnej współpracy. Sport stał się narzędziem mającym posuwać naprzód sprawę wprowadzenia światowych rządów na modłę socjalistyczną. Przez lata komitety olimpijskie i państwa-gospodarze przyzwalały na ten programowy globalizm, prezentując jednocześnie swoje narodowe osiągnięcia i, przy odrobinie szczęścia, dając pokaźne zyski finansowe korporacjom.

Rządy i korporacje zainwestowały w igrzyska w Altancie niemal miliard dolarów. Jako zwykły Amerykanin nienawidziłem tych elit. Ci sami organizatorzy – amerykański rząd w ramach ustawy o planowaniu rodziny; AT&T oraz Cola-Cola w formie corocznych dotacji – kierowały setki milionów dolarów do unurzanych w krwi rąk Planned Parenthood, największego na świecie mordercy dzieci. Aby skutecznie uderzyć w tych sponsorów, wezmę na cel ich portfele. Spowodować, żeby odwołali olimpiadę – to byłoby olbrzymie zwycięstwo; pozostawało jednak poza moim zasięgiem. Miałem jednak świadomość, że mogę olimpiadę przynajmniej zakłócić, wywołując ogromne straty finansowe i stawiając władze w trudnym położeniu.

Wiosną roku 1996 sprzedałem mój dom w Karolinie Północnej. Pieniądze podzieliłem z moją matką i dwoma braćmi. Prędko zamieniłem część, która mi przypadła, na gotówkę i zakopałem ją w górach. Te meble i narzędzia, które chciałem sobie zostawić, przewieziono do Mini-Przechowalni Cal’s przy zjeździe z autostrady numer 19 w miejscowości Marble w Karolinie Północnej. Resztę sprzedano na aukcji. W kilka tygodni pozbyłem się starego życia i przekształciłem je w paliwo potrzebne do nadania rozpędu nowemu.

O moich planach nie wiedział nikt. Mając dwadzieścia dziewięć lat żyłem już wystarczająco długo, by rozumieć niebezpieczeństwa nawiązywania współpracy z innymi. Uświadomiłem sobie, że tego, o czym ludzie nie wiedzą, nie da się użyć, by zaszkodzić mnie albo komukolwiek innemu. Powiedziałem rodzinie i przyjaciołom, że jadę na zachód – może „kupię trochę ziemi” albo „znajdę pracę jako drwal”. Gdy wspominali o Idaho czy Montanie, uśmiechałem się tylko nic nie mówiąc. I faktycznie pojechałem na zachód – jakieś czterdzieści mil na zachód – aby osiedlić się w przyczepie na południe od Murphy w Karolinie Północnej.

Rozmawiałem z właścicielką przyczepy na temat jej najmu na początku czerwca. Chciała 275 dolarów miesięcznie i naciskała, aby media nadal opłacać na jej nazwisko. Te warunki wydały mi się w porządku. Właścicielka przyczepy, kobieta między sześćdziesiątką a siedemdziesiątką, miała długie siwe włosy spięte w koński ogon. Gdy mówiła, w jej ustach dyndał tlący się papieros. Głos kobiety brzmiał jak silnik lekkiej terenówki, jakby miała gardło z metalu.

Powiedziałem jej, że nazywam się Bob Randolph, że odziedziczyłem pewną sumkę i kupiłem ziemię na zachód od Murphy. W nadchodzącym roku planuję zbudować tam domek, który będę na lato wynajmował. – Prowadzimy tu uczciwe interesy – burknęła pokazując mi przyczepę. – Żądamy kaucji w wysokości 275 dolarów – na wypadek, gdyby coś pan rozwalił. Mówiła tak, jakbym wprowadzał się na ekskluzywne osiedle zamknięte. Rozejrzałem się po przyczepie i w duchu uśmiałem. Nie zdołałoby jej rozwalić nawet całe stado pawianów.

Przyczepa, stojąca powyżej bielonego blokhauzu właścicielki, wyglądała jak nora, do której alkoholicy udają się, by umrzeć. Kudłaty żółtawy dywan był poplamiony i tak rozdeptany, że aż stracił kolory, zaś podłej jakości „najwyższego gatunku” ornamenty rodem z pchlego targu dodawały miejscu „atmosfery”. Łóżko miało na środku rdzawoczerwoną plamę. A całość śmierdziała kocimi szczynami.

Nie było jednak co tracić czasu na prowadzenie rozważań dotyczących mojego nowego wspaniałego lokum. Do rozpoczęcia olimpiady zostało zaledwie sześć tygodni. Na przygotowania było niewiele czasu. Spędzałem całe dnie na eksperymentach ze skonstruowanymi własnoręcznie materiałami wybuchowymi w oddalonych od siedzib ludzkich kotlinach wzdłuż granicy między Karoliną Północną a Tennessee. Pod koniec dnia jeździłem do Grape Creek Bridge i przepływałem dwie mile w jeziorze Hiwassee. Wieczorem woda była ciepła i gładka jak szkło. Pojawiały się rybackie łódki; nurkowałem pod nimi i patrzyłem jak przepływają mi nad głową.

Pierwotny pomysł zakładał zniszczenie sieci energetycznej Atlanty. Linie wysokiego napięcia w miejscowościach wokół miasta zbiegały się w nim jak szprychy w piaście koła. Wspomniane linie dostarczały prąd podstacjom energetycznym, które z kolei rozdzielały go poszczególnym osiedlom. Jeśli udało by mi się przeciąć wystarczająco dużo szprych wysadzając słupy energetyczne i niszcząc transformatory na podstacjach, mógłbym spowodować na tyle długą przerwę w dostawie prądu, że zakłóciło by to igrzyska.

Eksperymentowałem z kilkoma rodzajami materiałów wybuchowych. Najłatwiejszym do zrobienia materiałem inicjującym była heksametylenotriperoksydiamina (HMTD). Ładunki z dziecinną łatwością przebijały grubą na ćwierć cala stal. Zrobienie choć kilku małych ładunków tego typu wymagało jednak dużo pracy. Wytworzenie liczby wystarczającej do sparaliżowania sieci energetycznej Atlanty pochłonęłoby zbyt dużo czasu i pieniędzy. Nie miałem ani jednego, ani drugiego. Olimpiada zbliżała się wielkimi krokami, a ja potrzebowałem nowego planu.

Nowy plan był prosty. Zamiast używać trudnych do wytworzenia silnych materiałów wybuchowych, zdecydowałem się na materiały o mniejszej mocy i umieściłem je w złączkach rurowych – nazywa się to bombami rurowymi. Miałem w planie podłożyć taką bombę w pobliżu któregoś z tłumnie odwiedzanych miejsc w Atlancie, a potem zadzwonić na policję z ostrzeżeniem. Służby odpowiedzialne za ochronę obiektu zdążyłyby ewakuować go przed wybuchem. Kolejnego wieczoru zrobiłbym to samo. Kumulacyjny efekt czterech czy pięciu takich eksplozji powinien wytworzyć w Atlancie atmosferę niepewności. Jeśli ludzie poczują się zagrożeni, wrócą do domów zabierając ze sobą pieniądze. Frekwencja spadnie na łeb na szyję, a razem z nią – zyski. Choć nowy plan był prosty, był również niebezpieczny. Policja mogłaby zlekceważyć telefon z ostrzeżeniem. Bomba mogłaby eksplodować przedwcześnie zabijając niewinnych cywilów. Zbagatelizowałem jednak te potencjalne niebezpieczeństwa i podjąłem decyzję, że realizuję plan. Ta decyzja okazała się zgubna w skutkach.

Pojechałem sto mil do Gadsden w Alabamie, gdzie kupiłem rury, budziki, baterie i przewody elektryczne. Potem wybrałem się kawałek dalej, mając nadzieję, że utrudnię tropienie moich ruchów. W garażu na południe od Rome w stanie Georgia zleciłem przycięcie przewierconej metalowej płyty w ten sposób, by zmieściła się do średniej wielkości plecaka systemu ALICE. Uniwersalny System Przenoszenia Oporządzenia Osobistego – zwany ALICE – został przyjęty przez Armię USA w roli lekkiego plecaka – aby zmniejszyć całkowity ciężar ekwipunku żołnierza. Umieszczona wewnątrz plecaka, gruba na 1/8 cala metalowa płyta z otworem skierowałaby siłę wybuchu w wybranym przeze mnie kierunku.

Skonstruowałem pięć bomb rurowych. W czterech użyłem po złączce rurowej. Ostatni i największy ładunek składał się z sześciu połączonych drutem złączek, przymocowanych do przewierconej metalowej płyty. Był to niemożebnie wielki kawał żelastwa. Ledwie mieścił się do starego ALICE. Z plecaka wyjąłem kieszenie i ramę, żeby nadać mu mniej wojskowy charakter. Przed wyruszeniem do Atlanty miałem do zrobienia jeszcze tylko jedno.

Pracując cały dzień i do późna w nocy zakopałem w lasach powyżej Little Snowbird Creek „pakiet awaryjny”. Nigdy nie myślałem poważnie o tym, żeby opuścić Stany, gdyby w Atlancie coś poszło nie tak. Moim zdaniem walka toczyła się tu, w Ameryce, a nie w Kanadzie. Gdyby odkryto moją tożsamość, ukryłbym się w górach i stamtąd kontynuował walkę. Dla zabezpieczenia sobie bytu na rok umieściłem w tajnym składzie pszenicę, soczewicę, fasolę pinto, olej z orzechów arachidowych i żyto. Znalazły się tam również: żeliwny kociołek, patelnia, namiot, plandeki, lina, siekiera, nóż i wiele innych niezbędnych przedmiotów.


Ilustracja 1:  Lokalizacja "pakietu awaryjnego" w Snowbird

Kolejne trzy pojemniki na śmieci – pełne jedzenia i sprzętu – stały w pokoju na zapleczu mojej przyczepy. Wszystko, czego potrzebowałem, to kilka minut, żeby załadować je na mojego pick-upa i już mnie nie ma. Zapasy w przyczepie i leśnej kryjówce łącznie powinny wystarczyć mi na dwa lata.

Tymczasem ceremonia otwarcia olimpiady miała odbyć się za kilka dni, a ja nawet nie byłem jeszcze w Atlancie. Zostawiwszy zapasy w lesie, ruszyłem pogórzami Georgii na południe. Atlantę dzieliły od Murphy mniej więcej dwie godziny jazdy. Zwaną ją niegdyś Terminusem, Przystankiem Końcowym, ponieważ w literalnie kończyła się tam linia kolejowa. W końcu tory pociągnięto dalej na zachód, a miasto stało się ważnym węzłem komunikacyjnym. Nazwa miasta nie zgadzała się już ze stanem faktycznym; przemianowano je zatem na Atlantę – na podobieństwo mitycznej Altantydy z greckiej legendy. W trakcie wojny secesyjnej Jankesi puścili miasto z dymem. Po wojnie Atlanta powstała z popiołów i stała się największym miastem na Południu i najgorszym przykładem nieokiełznanego rozrostu aglomeracji w całym kraju. Miejsce do spania w nocy znalazłem na skraju tejże aglomeracji: jakieś dwadzieścia mil na wschód od Atlanty, obok drogi I-20, w księżycowej scenerii złożonej ze zwałów ziemi i sosen. Olbrzymi teren wyglądał jak przeznaczony pod budowę centrum handlowego. Z asfaltową szosą łączyły go wąziutkie bite drogi, które wiły się dalej między stosami gontu i pordzewiałych urządzeń. Zaparkowałem wśród przytłaczających swą wielkością sosen dokładnie w momencie, gdy z nieba znikała ostatnia kropla światła. Stadko jeleni jak zjawy otoczyło mojego pick-upa. Pasły się jakby wcale mnie tam nie było. To był mój biedaczy motel: żadnych rezerwacji, żadnej obsługi gości, żadnych kart kredytowych i żadnych kłopotów. Prawie każdy hotel, sklep, restauracja i stacja benzynowa nagrywają klientów kamerami. Więc nawet jeśli zapłaciłeś za wszystko gotówką, by uniknąć zostawiania elektronicznych śladów transakcji, zostawiasz swoją podobiznę. W Atlancie nie chciałem zostawić po sobie żadnego śladu. Powłoka kempingowa mojego nissana służyła mi w nocy za łóżko. Jadłem tylko to, co ze sobą wziąłem. A paliwo w kanistrach o pojemności pięciu galonów każdy dała swobodę omijania stacji benzynowych.

Obiekty olimpijskie zostały rozrzucone po całej północnej Georgii. Zapewniono im dosyć ścisłą ochronę. Trudno byłoby mi niepostrzeżenie wnieść tam bombę. Z drugiej zaś strony: aby zrobić to, co zamierzyłem, nie musiałem dostawać się na teren obiektu.

Skoncentrowałem się na położonym w centrum Atlanty miejscu zwanym Five Points. Tu tętniło serce igrzysk. Gdyby jakimś sposobem udało mi się przepędzić stamtąd ludzi, doprowadziłbym do przerwania olimpiady. Five Points wyglądało jak skrzyżowanie Disneylandu z pchlim targiem. Organizatorzy olimpiady twierdzili, że można się łatwo wzbogacić sprzedając turystom tandetę. Ludzie pobrali kredyty pod zastaw swoich domów. Za pożyczone pieniądze kupili pozwolenia na sprzedaż towarów wzdłuż chodników Altanty. Próbowali handlować wszystkim: zimnym piwem, koszulkami i pluszowymi maskotkami. Byli też wytatuowani włóczędzy; stanowili obsługę rozstawionych na parkingach wesołych miasteczek.

W centrum całego tego pchlego targu – zwanym Centennial Olympic Park, Parkiem Olimpijskim – korporacyjni sponsorzy ustawili swoje własne stoiska. Park reklamował się wielkim napisem: „Globalna wioska olimpijska”, usiłując wytworzyć atmosferę wielokulturowej komuny. Pod tym sztandarem korporacje sprzedawały swój wizerunek – spekulantom korzącym się przed bożkiem politycznej poprawności i mającym nadzieję, że wyzyskają sytuację. W klimatyzowanym namiocie Budweisera turyści pili po zawyżonych cenach piwo. Swatch miał pawilon, w którym sprzedawał tanie zegarki. Był Superstore, oferujący cały wachlarz markowych produktów – każdy wytwarzany przez „oficjalnego sponsora”. Wyglądało na to, że każdy usiłuje ci coś sprzedać. Hipis ubrany w strój Wuja Sama głośno zachwalał bilety do House of Blues. Odziane zaś w skąpe bikini striptizerki rozdawały kupony promocyjne do Gold Club. Darmowa była tylko muzyka. Po zachodzie słońca tłumy gromadziły się przed sceną AT&T i skakały w rytm granych na żywo koncertów. Cały park aż ociekał dziwaczną aurą kapitalistycznej chciwości wymieszanej z socjalistycznym idealizmem.

Lipiec jest w Georgii gorący, a wilgotne powietrze tak gęste, że odnosisz wrażenie, jakbyś oddychał przez słomkę. Aby uchronić turystów od śmierci z udaru cieplnego, organizatorzy zbudowali na środku Parku Olimpijskiego fontannę. Wbudowane w czerwoną kostkę na kształt pięciu olimpijskich kółek dysze co kilka sekund wypluwały z siebie wodę. Wyczerpani turyści brodzili w pierścieniach wody, aby się ochłodzić. W nocy fontannę podświetlano. To była Atlanta, jaką organizatorzy reklamowali światu pod hasłem „Miasto, które nie ma czasu na nienawiść”.

Tam, gdzie jasne światła Five Points nie sięgały – tam była prawdziwa Atlanta, „najbardziej niebezpieczne miasto na Południu”. We wszystkie poza olimpijskimi dni roku Five Points aż roiło się od żebraków, alfonsów, prostytutek i kokainiarzy. Normalni ludzie po zmroku centrum zwyczajnie omijali. Organizatorzy olimpiady nie chcieli, by turyści spotkali się twarzą w twarz z tym obliczem Atlanty, więc miejscy urzędnicy doprowadzili do usunięcia uliczników. Nie usunęli ich zbyt daleko – zaledwie o parę przecznic. W Midtown, nie będąc już w zasięgu wzroku gliniarzy, dalej trudnili się swoim rzemiosłem. Handlarze crackiem szeptali japońskim turystom do ucha: „Czego potrzebujeta? Mamy kokę; mamy dobrą kokę”. Na całej długości Peachtree Street turystów obdzierali żebracy. Całkiem wielu z nich nosiło wojskowe ubrania i twierdziło, że wzięło udział w jakichś wyimaginowanych bitwach. Pewien facet, wyglądający na nie więcej niż trzydzieści lat, przysięgał, że walczył w Korei. Inny gość podszedł do mnie z Biblią w ręku; powiedział, że jest kierowcą kościelnej furgonetki, która popsuła się tuż za rogiem. Wszystko, czego potrzebuje, to pięć dolarów – żeby ją naprawić. Dałem mu te pieniądze – w uznaniu jego pomysłowości.

Planowałem dostać się do Parku Olimpijskiego, żeby zbadać, jak wygląda ochrona przy wejściach. Zachowywałem się ostrożnie, aby uniknąć płatnego parkowania i nie dostać się w pole widzenia kamer na Five Points – samochód zostawiłem poza „strefą bezpieczeństwa”, na wschód od Peachtree Street. W bocznych ulicach mrowili się wykolejeńcy, których usunięto z centrum. Parkowanie tam pick-upa to było duże ryzyko – nie wiedziałem, czy zastanę tam samochód, kiedy wrócę. Po zachodzie słońca to miejsce robiło się jeszcze bardziej niebezpieczne – wetknąłem więc do kabury na pasie mój rewolwer Smith and Wesson kalibru 38. Nie chciałem jednak wnosić go do Parku. Zanim tam wszedłem, schowałem broń w krzakach na południe od tunelu na Spring Street. Zabrałem ze sobą wracając do mojego pick-upa.

Park Olimpijski otoczono wysokim na dwa i pół metra tymczasowym ogrodzeniem, a do środka prowadziły trzy wejścia. Umieszczono przy nich – podobnie jak na korporacyjnych pawilonach w parku – statyczne kamery. Ponadto praktycznie każdy z setek tysięcy turystów miał przy sobie aparat. Nie dało się tych sprzętów uniknąć. Było ich po prostu zbyt dużo.

Koniec końców i tak ktoś zrobi mi zdjęcie. Pytanie brzmiało tylko: jak będę na nim wyglądał? Miałem na sobie dyskretne przebranie. Linię szczęki ukryłem za bujną brodą, oczy zasłoniłem okularami przeciwsłonecznymi. Wieczorem zmieniałem je na okulary ochronne z nieprzyciemnianego szkła. Miałem nadzieję, że noszenie podczas każdej wycieczki do Parku innego zestawu ubrań oraz innego nakrycia głowy, utrudni rozpoznanie mnie. Niezależnie jednak od tego, co na sobie miałem, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że kamery jakimś sposobem przenikną moje przebranie. To całkowicie wyprowadzało mnie z równowagi – czułem się jakby śledziła mnie jakaś niewidzialna siła. Park patrolowały setki ochroniarzy i glin. Mierzyli mnie wzrokiem, kiedy mijałem wejście. Nie było jednak wykrywaczy metali, a torby i plecaki przeszukiwano wybiórczo. Po zachodzie słońca tłumy stawały się doprawdy nieprzeliczone. Na Five Points gromadziło się nawet sto tysięcy ludzi. Sytuacja przerastała ochroniarzy. W ogóle przestali przeszukiwać to, co ludzie wnosili do środka, a bramki wejściowe otwarto na oścież. Zdałem sobie wtedy sprawę, że zdołam wnieść bombę do środka.

Ceremonia rozpoczęcia igrzysk już się odbyła, a ja wciąż nie byłem gotowy. Nie wszystko jeszcze grało. Wróciłem do Karoliny Północnej. Następnego dnia załadowałem bomby na pick-upa i ponownie ruszyłem w stronę Atlanty, gdzie ukryłem ładunki w stosach śmieci na opuszczonym placu na wschód od miasta.

Plan przewidywał umieszczenie największej bomby w Parku Olimpijskim i wykonanie telefonu na policję. Chciałem podłożyć ładunek nieopodal jakiegoś charakterystycznego punktu, miejsca, o którym mógłbym bez obawy niezrozumienia powiadomić operatora numeru alarmowego. Ławki u podnóża wieży telewizyjnej przed firmowaną przez AT&T sceną wyglądały na dobre miejsce. Zegar bomby nastawiłem na 55 minut. To zapewni mi mnóstwo czasu, aby dostać się do automatu telefonicznego, przekazać operatorowi krótki komunikat i powiadomić o tym, gdzie podłożyłem ładunek i kiedy ma nastąpić wybuch. Służby zapewniające bezpieczeństwo powinny mieć awaryjny plan na wypadek każdego możliwego scenariusza – włącznie z groźbą zamachu bombowego. W chwili eksplozji Park Olimpijski będzie niemal pusty. Zostaną tam jedynie funkcjonariusze strzegący bezpieczeństwa. Wszystko pójdzie jak w zegarku.

Zdałem sobie sprawę, że odgłos pierwszego wybuchu wywoła długotrwałe echo. Sam huk i widok eksplozji spowoduje, że tysiące ludzi opuszczą Atlantę. Kolejnej nocy planowałem zrobić to samo: następny ładunek w nowym miejscu i znów telefon na 911. Dalej będę podkładał bomby – albo do momentu, gdy przerwą olimpiadę, albo do chwili, gdy bomby mi się skończą. Taki był plan.

W trakcie ostatniego testu wszystko poszło gładko. Przeszedłem przez chronione bramki wejściowe na Baker Street z plecakiem pełnym jedzenia, ubrań i kremu przeciwsłonecznego. Nikt nie sprawdzał tego, co wnosiłem. Jutrzejszego wieczora wniosę do parku coś innego.

Gdy wróciłem do mojego nissana, zauważyłem, że na chodniku coś się świeci. Zbliżyłem się do auta; okazało się, że ktoś wybił szybę od strony pasażera. Szkło leżało na całej długości chodnika. Wewnątrz leżały moje porozrzucane ubrania i sprzęt. A więc szczęście w końcu mnie opuściło. Ja byłem w parku, a złodzieje przetrząsali mój wóz.

Przeszukałem wszystko dokładnie, aby ustalić, co ukradziono. Dziwne – brakowało tylko uniwersalnego narzędzia firmy Leatherman. Musieli to zrobić kokainiarze – szukali łatwego łupu: kamery, biżuterii, gotówki – czegoś, co mogliby szybko opylić paserowi i kupić sobie narkotyki. Na całe szczęście nie trzymałem w aucie niczego wartościowego. Miałem fart: mogli ukraść całego nissana.

Złodzieje pokrzyżowali jednak mój plan. Będę musiał przełożyć termin zamachu do chwili, gdy naprawię okno. Nie mogę ryzykować, że zostanę zatrzymany za wybitą szybę i znajdą u mnie na przednim siedzeniu ogromną bombę. Mój pickup musiał spełniać wszystkie wymogi dopuszczenia do ruchu.

Nie mogłem wstawić nowej szyby w Atlancie. Pokazywanie się na złomowisku w mieście na dzień przed rozpoczęciem ataków bombowych to nie był dobry pomysł. Zadałem sobie naprawdę dużo trudu, aby nie wyszło na jaw, skąd do Georgii przyjechałem. Gdy po dokonaniu zamachów będę opuszczał ten stan, nie chcę, by ktokolwiek podążał moim śladem.

Pojechałem na północ. Gdy mijałem granicę Georgii i Karoliny Północnej, wstawał już świt. Na wschód od Murphy znajdowało się złomowisko Peachtree. Rano zaczęły się burze i trwały przez cały dzień. Gruby mechanior w kanciapie kierowniczej skierował mnie do auta na tyłach wrakowiska. – Jak je pan chcesz, to sam se musisz wziąć – rzekł. Lało jak z cebra. Wymontowałem z rozbitego auta szybę i przymierzyłem do mojego nissana. Była za mała.

To wszystko, co mamy – rzekł gruby mechanior z kanciapy. Naraz podniósł palec wskazujący. – Daj mi pan chwilę. – Na całej długości zatłuszczonego biurka leżały burger i frytki. Przerwałem mechaniorowi drugie śniadanie; nie był z tego powodu zadowolony. Jadł bez pośpiechu, a ja stałem na jego otłuszczonej podłodze i cały ociekałem wodą. W końcu strzepnął z potłuszczonego kałduna okruchy i podniósł słuchawkę zatłuszczonego telefonu.

Po minucie rozmowy rzucił na mnie okiem i rzekł: – Panie, mam dla ciebie łokno, ale w Cleveland,
Tennessee. Popędziłem do Cleveland – czterdzieści mil – przedzierając się przez burze, które cały czas podążały za mną. Suche miejsce, w którym mogłem nad oknem popracować, znalazłem w myjni. Granicę Georgii przekroczyłem następnego ranka – 26 lipca 1996 roku.

Olimpiada trwała już od tygodnia. Mocno spóźniony przygotowałem się tej nocy do przeprowadzenia zamachu. Jeszcze raz powtórzyłem sobie w myślach plan – wyglądało na to, że wszystko gra; nie spodziewałem się żadnych kłopotów.

***

Była prawie północ; gdy wjeżdżałem do Midtown, ulice wyglądały na opustoszałe. Lecz kiedy przyjrzałem się dokładniej, dojrzałem skulone w cieniu budynków postacie. Z ciemności wyłoniła się wynędzniała kobieta w naprawdę krótkich obcisłych szortach i butach na wysokim obcasie; zamachała na mnie, żebym podjechał do krawężnika. Pojechałem dalej nie zatrzymując się, a kobieta pokazała mi środkowy palec. Na światłach przede mną stał policyjny radiowóz. Poczułem w głowie jakby liczne ukłucia – to mózg reagował na sytuację podenerwowaniem. „Uważaj na prędkość” – powiedziałem do siebie. – „Nie daj się teraz zatrzymać”. Włączyłem kierunkowskaz i skręciłem w prawo. Radiowóz skręcił w lewo. Ciężka bomba rurowa bujała się na podłodze po stronie pasażera. Zwolniłem szukając miejsca do zaparkowania.

Naprzeciw miejskiej hali widowiskowej znalazłem miejsce za starym chevroletem monte carlo. Po drugiej stronie ulicy dwóch bezdomnych obrzucało się wyzwiskami. Po raz ostatni sprawdziłem bombę, upewniając się, że zegar nie został włączony. Bezdomni gdzieś sobie poszli, wciąż wrzeszcząc. Zamknąłem obwód. Bomba była gotowa. Wszystko, co zostało do zrobienia, to nastawić zegar i uruchomić odliczanie.

Ukryta w moim starym plecaku olbrzymia bomba rurowa ważyła jakieś pięćdziesiąt kilo. Ostrożnie umieściłem plecak na krawędzi siedzenia, ustawiłem się plecami do niego i wsunąłem ręce pod paski. Ledwie wstałem; czułem jak płócienne paski wbijają mi się w łopatki. Na Peachtree Street tłoczyli się piesi i samochody. Handlarze sprzedawali hot dogi i piwo. Po kolejnym upalnym dniu w Georgii wieczorne powietrze prawie się nie schłodziło. Zacząłem się obficie pocić. Koszulka przesiąkła do suchej nitki. Plecak okazał się cięższy niż się spodziewałem. Żeby zachować formę podnosiłem ciężary i pływałem. Ale nawet dziewięćdziesiąt kilo mięśni nie pozwoliło mi poruszać się w naturalny sposób pod miażdżącym ciężarem olbrzymiej bomby.

Doszedłszy do końca Peachtree Street skręciłem w biegnący pod drogą I-85 tunel na Spring Street. Światła tunelu oślepiły mnie. Piesi na chodniku mijali mnie prędkim krokiem. Odwracałem oczy, aby unikać kontaktu wzrokowego. Gdy wyszedłem z tunelu, znalazłem się na jednym z poddanych najściślejszej obserwacji miejsc na całej planecie. W poprzednim tygodniu naliczyłem tu kilkadziesiąt statycznych kamer. I prawie każdy z setek tysięcy turystów miał ze sobą jakiś sprzęt fotograficzny. Nie było sposobu, by uniknąć znalezienia się na jakimś zdjęciu. Miałem tylko jedną możliwość: zachowywać się naturalnie i mieć nadzieję, że moje przebranie zda egzamin. Zmieniłem swój wygląd tylko trochę. Ogoliłem się, zostawiając sobie kozią bródkę; włożyłem okulary ochronne i żółtobrązowy kapelusz rybacki. Jeśli będę trzymał wzrok spuszczony, powinno się udać. Ale na wypadek gdyby coś poszło nie tak, wetknąłem w ukrytą kaburę mój rewolwer. Tym razem wezmę go ze sobą do parku.

Ludzie tłoczyli się wzdłuż Baker Street ramię przy ramieniu, czekając na wejście do Parku Olimpijskiego. Trzymałem się na tyłach tłumu obserwując strzegących wejścia funkcjonariuszy ochrony. Przypatrywali się rzędom wlewających się do parku ludzi. Ale nie przeszukiwali niczyjej torby ani plecaka. Ludzi było po prostu za dużo. Wbiłem się w kolejkę i zsunąłem nisko daszek czapki zasłaniając oczy – i tak przeszedłem mrowie funkcjonariuszy ochrony i kamer wideo. Spiąłem się wewnętrznie, gotów sięgnąć po rewolwer – ale już znajdowałem się w parku.

Przeciskając się przez gęsty tłum przedostałem się szybko na duży trawiasty plac przed muzyczną sceną AT&T. Tę część parku poddano najsłabszemu monitoringowi. Znalazłszy kawałek wolnego miejsca między ławkami i pustymi puszkami po piwie, postawiłem bombę na ziemi, a sam położyłem się koło niej.

Na scenie leciwy zespół rockowy grał jeden ze swoich przebojów z lat sześćdziesiątych: „Wojna / Dobry Boże / Na co się zda / Absolutnie na nic”. Obok mnie stał kurduplowaty człowiek o długich siwych włosach, kołysał się w rytm muzyki i śpiewał słowa piosenki.

Plan przewidywał, że zaczekam, aż park zacznie pustoszeć po godzinie pierwszej w nocy. Wtedy przeniosę ładunek w stronę wieży telewizyjnej koło sceny. Przed liczącą trzy piętra wieżą, skonstruowaną z rusztowań i brezentowych plandek, biegł rząd ławek. Wpakuję bombę pod ławki i uruchomię zegar.

Jedyną problematyczną kwestią było przedostanie się przez bramki wejściowe. Teraz wszystko, co mi pozostawało, to trzymać się poza zasięgiem wzroku kamery. Reszta pójdzie łatwo. Na nosie miałem okulary ochronne, które mogły uchodzić za korekcyjne. Szkła nie były jednak ani trochę przyciemnione. Po parku blyskały flesze aparatów – mogłem skończyć u kogoś w rodzinnym albumie ze zdjęciami. Wolałem tego uniknąć. Opuściłem rondo mojego rybackiego kapelusza jeszcze niżej.

Znalazłem się w dobrym miejscu. Ludzie robiący zdjęcia zdawali się kierować swoje obiektywy głównie w stronę znajdującej się przede mną sceny oraz placu za moimi plecami; tam, gdzie fontanna w kształcie olimpijskich kółek wypluwała z siebie wodę. Turyści krążyli po całym placu, strzelając znajomym fotki; fontanna służyła ich zdjęciom za tło.

Skoncentrowałem się tak bardzo na patrolujących chodniki funkcjonariuszach ochrony, że ledwie dostrzegłem klęczącego przede mną młodego człowieka. Gdy spojrzałem w górę, zrobił zdjęcie. Błysk flesza wprawił mnie w oszołomienie. Jak oślepiony światłami nadjeżdżającego samochodu jeleń siedziałem po prostu osłupiały i przyglądałem się jak odchodzi.

Ilustracja 2: Park Olimpijski

Fotografował fontannę za moimi plecami, ale na zdjęciu znalazła się także moja twarz. – „To się nie uda” – pomyślałem. – „Ma na zdjęciu moją twarz. Jeśli kiedykolwiek aresztują mnie jako podejrzanego, ten facet będzie miał w swoim albumie ze zdjęciami pierwszorzędny dowód”.

Walcząc z silną pokusą ucieczki, usiłowałem przeanalizować moje możliwości: „Jeśli spróbuję wynieść bombę z parku, ochrona może mnie przeszukać” – myślałem. – „Ale, z drugiej strony, jeżeli zostawię ją tutaj nie wysadzoną, znajdę się w tak samo ciężkim położeniu, jak gdyby eksplodowała – w gorszym nawet: bo zamiast odłamków wysadzonej bomby zostawię po sobie ślad w postaci nienaruszonego ładunku”.

Żadna z możliwości nie rokowała dobrze. Po kilku pełnych napięcia chwilach wahania, zdecydowałem, że dalej realizuję plan. Ale czasu miałem coraz mniej. Uświadomiłem sobie, że jeśli szybko nie wydostanę się z parku, skończę w kolejnym albumie fotograficznym.

Przemieściłem się prędko w stronę zielonych ławek u stóp wieży telewizyjnej i postawiłem plecak przed sobą na ziemi. Niedaleko mnie kilku pijaczków walczyło ze sobą tarzając się po ziemi. „Poczekaj jeszcze chwilkę” – powiedziałem sobie. Na drugim końcu ławki siedział mężczyzna, który co i rusz na mnie spoglądał. Kiedy obracał głowę w prawo, ja obracałem w prawo swoją. W końcu zmęczył się naszą gierką w „główkowanie”, wstał i odszedł. Wciągnąłem rękawiczki.

Tak, zrobić to teraz?” – spytałem sam siebie. Sięgnąłem do plecaka, przekręciłem kluczyk z tyłu mechanizmu zegarowego bomby i poczułem, że zaczął tykać: cyk – cyk – cyk. Za późno już na zmianę decyzji. Mój zegarek wskazywał dwadzieścia sześć minut po północy. Bomba wybuchnie około pierwszej dwadzieścia. Miałem mniej niż godzinę na to, aby wydostać się z parku. Plecak był wetknięty pod ławkę, a metalowa płyta z otworem leżała płasko na ziemi; w ten sposób siła wybuchu powinna pójść głównie w górę. Pośpiesznie minąłem pawilon Swatcha i opuściłem park wyjściem na Techwood Drive. Dziesięć minut – tyle miałem czasu, aby dostać się do publicznego automatu telefonicznego. Tłum był jednak gęsty i przeciskanie się przychodziło mi z trudem. Z chwilą gdy wykonam telefon, operator numeru alarmowego powinien w ciągu pięciu minut przekazać ostrzeżenie funkcjonariuszom ochrony parku. Im z kolei ewakuowanie parku powinno zająć maksymalnie pół godziny. Gdy dojdzie do eksplozji, park będzie już od dziesięciu minut pusty.

Dotarłem do placyku z trzydziestoma automatami na Simpson Street. Kilka innych osób prowadziło właśnie rozmowy telefoniczne, ale poza tym plac był pusty. Podszedłem do automatu na tyłach placu. Szybciuteńko wetknąłem w nozdrza kawałki wilgotnego papieru toaletowego, znów wsunąłem rękawiczki i wyciągnąłem z kieszeni małą plastykową tuleję. Papier i tuleja miały za zadanie zniekształcić mój głos.

Atlanta, dziewięć – jeden – jeden – usłyszałem głos operatorki.

Czy rozumie pani, co mówię? – spytałem.

Taa.

Rzucamy wyzwanie waszemu... – połączenie nagle się urwało. Nim zdołałem wypowiedzieć w całości pierwsze zdanie mojego komunikatu, operatorka odłożyła słuchawkę! Bomba wybuchnie za czterdzieści minut. „Muszę stąd wiać” – pomyślałem. Wysyłanie policji, aby sprawdziła przerwane połączenia alarmowe, stanowi czynność rutynową. Za moment może się tu pojawić radiowóz. Musiałem znaleźć inny aparat.

Skręciwszy w następną przecznicę w prawo, dostrzegłem przed sobą hotel Days Inn. Wzdłuż chodnika ciągnął się rząd automatów telefonicznych. Ale ulica aż roiła się od ludzi. Mijały mnie grupy turystów. Czekałem. Upływały cenne minuty. W tłumie pojawiła się luka. Obejrzałem się za siebie i dostrzegłem telefon. „Zrób to szybko; samo suche ostrzeżenie; żadnego oświadczenia” – powiedziałem sobie.

Odebrała chyba ta sama operatorka. Zatkałem nos palcami:
W Parku Olimpijskim jest bomba. Macie trzydzieści minut.
Wypowiadałem każdą sylabę powoli; starałem się, by dobrze mnie zrozumiano. To nie były żarty.

Podniosłem głowę i ujrzałem jak w moim kierunku idzie kolejna grupa turystów. Nie zauważyli, że korzystam z telefonu. Odwiesiłem słuchawkę, rękawiczki schowałem do kieszeni i poszedłem w górę ulicy. W całym tym zamieszaniu straciłem poczucie czasu. Powiedziałem operatorce, że eksplozja nastąpi za trzydzieści minut, ale do wybuchu zostało ich najprawdopodobniej tylko około dwudziestu. I nie powiedziałem operatorce, gdzie bomba się znajduje. Musiałem z powrotem przemierzyć drogę do parku, żeby zobaczyć, co się dzieje; czy ewakuują ludzi.

Idąc Harris Street znalazłem się na wysokości Parku Olimpijskiego. Graniczący z Parkiem od wschodu Techwood Drive biegł u stóp wzgórza. Wieża telewizyjna znalazła się w zasięgu mojego wzroku. U stóp wieży dostrzegłem dwóch mężczyzn na czworaka. Jeden z nich świecił małą latarką do wnętrza plecaka z bombą.

Niewiarygodne! – aż otworzyłem usta ze zdumienia. – Ci goście są nieźli. Nie potrzebowałem ich nawet ostrzegać. Już znaleźli bombę.

Dwaj mężczyźni na ziemi to z pewnością pirotechnicy. Przypuszczałem, że właśnie rozbrajają ładunek. Funkcjonariusze ochrony otaczali ich szerokim kręgiem, nie pozwalając zbliżać się tłumowi. Pirotechnicy przecinali przewody elektryczne. Nie mogłem jednak dalej stać i patrzeć; musiałem się ruszyć. Okrążyłem kwartał ulic od strony południowej i zbliżyłem się do Techwood Drive w okolicach House of Blues. Cały budynek jaśniał niczym choinka, a z otwartych okien na drugim piętrze dobiegała głośna muzyka. Pokręciłem się tam przez chwilę, a potem skierowałem swoje kroki z powrotem na Harris Street, skąd znowu mogłem obserwować wieżę telewizyjną. Teraz nikt już nie zajmował się bombą. Leżała sobie na trawie przed ławką. „Musieli już ją rozbroić” – powiedziałem do siebie. – „Mało brakowało!”.

Opanowało mnie uczucie ulgi. Adrenalina zaczęła opadać. Właśnie uniknąłem katastrofy. Ale dałem też FBI wspaniały prezent. Będą mieli używanie z nietkniętą bombą rurową. Nie uda im się dojść do tego, kto ją skonstruował; użyte przeze mnie części można było kupić praktycznie wszędzie. Ale przyjdzie im do głowy wiele koncepcji na temat tego, gdzie zacząć szukać sprawcy.

Z drugiej strony: coś udało mi się osiągnąć. Odnalezienie tykającej już bomby zegarowej spowoduje paraliż miasta. Środki bezpieczeństwa zostaną zaostrzone. Gdy jutro wieczorem zadzwonię z informacją o kolejnym ładunku, będą już na to przygotowani.

Rzuciłem okiem na zegarek. Była pierwsza dziewiętnaście. Nagle uszy aż zabolały mnie od głośnego HUKU. Spojrzałem w górę i zobaczyłem okalającą dolną część wieży telewizyjnej kulę ognia i ludzi rzucanych w powietrze niczym szmaciane lalki. Osoby znajdujące się dalej od epicentrum eksplozji padły na ziemię jak źdźbła trawy ścięte niewidzialną kosą. Tłum osnuła na chwilę niebieska chmura o zapachu kordytu. Wszyscy zamilkli. Potem wieść o wybuchu się rozniosła. Rozpętało się piekło. Ludzie w popłochu rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Bomba wybuchła o pierwszej dwadzieścia.

***

Wróciwszy tam, gdzie byłem już wcześniej, w okolice szosy I-20, przygotowałem się do odjazdu. Nie było mowy o kontynuowaniu akcji. Wybuch w Parku Olimpijskim to był błąd. Nie pozwolę, aby to się powtórzyło.

Łaziłem wokół stosów śmieci jak odurzony. Nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie ukryłem pozostałe bomby. Nie potrafiłem się skoncentrować nawet na minutę. Ledwie świadom tego, gdzie się znajduję, chodziłem oszołomiony w kółko, wciąż mając przed oczyma błysk eksplozji i ludzi padających jak ścięci w parku. W ciemności góry odpadów wyglądały inaczej niż w dzień. Wysokie sosny rzucały cienie o pajęczych kształtach, zmieniając całkowicie wygląd krajobrazu. Ostatecznie odnalezienie bomb zajęło mi godzinę.

Mechanizmy zegarowe nastawiłem na piętnaście minut. Uruchomiłem je i wpakowałem bomby z powrotem w stosy śmieci. Wyjechałem pick-upem na asfalt i czekałem aż upłyną ostatnie sekundy do wybuchu: „Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...”. Nastąpiła krótka cisza, a potem bum – bum – bum – bum – głuche odgłosy eksplozji odbiły się echem między sosnami.

Co najmniej jeden aparat w parku zrobił mojej twarzy przyzwoite zdjęcie. Może być tych fotografii i więcej. Federalni mogą wkrótce puścić je w telewizji. Nie było czasu do stracenia. Najlepiej będzie nie wychylać nosa, dopóki nie uda mi się dowiedzieć więcej o rozwoju sytuacji. Zrobiłem krótki postój w mojej przyczepie w Murphy; wziąłem prysznic i załadowałem na nissana pojemniki Rubbermaid pełne jedzenia i sprzętu.

Wjechałem głęboko w lasy ciągnące się wzdłuż granicy między Karoliną Północną a Tennessee i odnalazłem znajomy szlak drwali, prowadzący przez gęsty rododendron wzdłuż łożyska potoku. Spadły niedawno deszcz spowodował, że woda zmieniła kolor na brązowy. Raz musiałem wysiąść z pick-upa i wydobyć go z błota za pomocą ręcznej wciągarki. Wyłączyłem silnik, aby wsłuchać się w odgłosy lasu. W oddali dzięcioł stukał rytmicznie w pustą kłodę drewna. Mętna woda potoku szemrała i marszczyła się natrafiając na kamienie.


[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski