John S. Daly "Księża, czarownica i stara szafa" (fragment)


[...]

5. "Noli me tangere!"

Istota ludzka, którą widzimy, może łatwo stać się obiektem zbyt zmysłowego, zbyt naturalnego przywiązania. Boża miłość, którą Chrystus chce w nas wlać, jest miłością wynikającą z woli – nie zaś z emocji. Nie ma niebezpieczeństwa sentymentalizmu, kiedy rzeczywistość jest przed nami zasłonięta jakby welonem, niczym obecność Chrystusa wśród nas po Wniebowstąpieniu (patrz: Katechizm Soboru Trydenckiego: Inne dobra, jakie niesie ze sobą Wniebowstąpienie) albo ukryta pod postaciami eucharystycznymi, czy też w symbolice, tak jak w wielu naszych rytuałach liturgicznych.

Wśród świadków Chrystusowej męki w jej całej brutalnej rzeczywistości On uznał za potrzebne napomnieć kobiety jerozolimskie za ich wylewane w niewłaściwej sprawie łzy wywołane tylko naturalnym współczuciem. To może po części stanowić wyjaśnienie, dlaczego przez dwadzieścia wieków chrześcijanie stronili od bezpośredniego ukazywania Chrystusa bez symbolu albo jakiejś zasłony. Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać zdumiewające, ale słuchowisko radiowe Dorothy L. Sayers z 1941 r. pt. Człowiek urodzony, by być królem [The Man Born to be King] zostało uznane za rewolucyjne, a nawet bluźniercze, ze względu na to, że aktor-człowiek wypowiadał słowa Chrystusa. Z nastaniem roku 1959 film Ben-Hur z Charltonem Hestonem w roli głównej dał widzom możliwość rzucić jedno czy dwa krótkie spojrzenia na Chrystusa bez pokazywania możliwej do rozpoznania twarzy. Cokolwiek więcej byłoby absolutnie nie do przyjęcia dla pobożnych chrześcijan wszystkich denominacji, w szczególności zaś dla katolików, których wpływ na brzmienie kodeksu Haysa był w tamtym okresie najsilniejszy. Dopiero w roku 1961, gdy w powietrzu krążyło już widmo soboru watykańskiego II, a wpływ przypominającego niegdyś monolit Kościoła na rzeczywistość zmniejszał się, w filmie Król królów pozwolono, żeby aktor został wyraźnie pokazany i słyszany w roli Pana Jezusa. Jeśli traktujesz jako pewnik, że obiekcje, które wyrażali katolicy pokolenie lub dwa wcześniej, były bezpodstawne, możliwe, że cierpisz na ciasnotę umysłową. Głos i twarz Słowa Wcielonego, podmiotu naszej czci i miłości, z pewnością nie mogą zostać odpowiednio zagrane przez żadnego aktora i wątpliwe, czy bezkrytyczne uznanie należy się nawet najlepszym, choć zawsze nieodpowiednim próbom.

[...]

7. Im więcej widzimy, tym mniej myślimy

Wszyscy się zgodzą, że obrazowe, zupełnie pozbawione symboliki przestawienie Męki Chrystusa, takie jak zrealizowane przez Mela Gibsona, daje zmysłom bogatą pożywkę. Odbiorca widzi wszystko. Ale można wątpić, czy to coś tak pożądanego jak mogłoby się wydawać. Papież Pius XII zauważył: "Gdy wzrokowi człowieka udostępnimy wszystko (l'uomo onniveggente), daje się on niemal bez reszty pochłonąć odbieraniu [rzeczywistości] na poziomie zmysłowym, co prowadzi go, nieświadomie, ku rzadszemu stosowaniu całkowicie duchowej umiejętności «czytania wewnątrz» rzeczy (tj. inteligencji); w ten sposób człowiek ów staje sie w coraz mniejszym stopniu zdolny prowadzić gruntowne rozważanie na temat prawdziwych idei, dzięki którym podtrzymywane jest życie" (orędzie radiowe na Boże Narodzenie, 1957). Innymi słowy: im więcej widzimy, tym mniej myślimy. Alegoria i symbolika natomiast karmią zmysły i wyobraźnię w taki sposób, który zamiast intelekt ograniczać, pobudza go do większej aktywności. To dlatego najwspanialsze przedstawienie Męki Chrystusa to nie to, które dzieje się na ekranie, ale to, które dzieje się na ołtarzu, gdzie ofiarowanie się przez Boga-Człowieka jest obecne nie tylko w mistycznej, sakramentalnej rzeczywistości, ale jest również symbolizowane przez to, co odbierają zmysły. [...] Kościół wie, do czego należy pobudzić serce człowieka, a o tym, jak to zrobić, wie lepiej niż Hollywood.

(2007)

Tłum. Matjas & TŁM