PoŚcinki czwarte (4): Życie życiem, a oglądactwo oglądactwem?

IMAG1065

"Lepiej przygotować dziecko na nieuniknione spotkanie ze złem zawczasu, dopuszczając, aby pewnego rodzaju brud świata dotknął młodego człowieka w sytuacji, w której pozostaje pod rodzicielską kuratelą. Na przykład: gdy siedzimy i patrzymy wspólnie na film, którego rodzic wcześniej nie oglądał i nie do końca wie, co pokażą nam na ekranie – nie należy zbytnio przejmować się tym, iż  natrafimy na scenę dla dziecka «nieodpowiednią». Jeśli bowiem nawet tak się zdarzy, to tylko okazja, by z potomkiem porozmawiać, wyjaśnić, na czym polega «niewłaściwość» przedstawionej sceny i tym sposobem nauczyć go «radzić sobie» z podobnymi sytuacjami".

Czy bylibyśmy jednak skłonni powiedzieć: "Cóż, od czasu do czasu przeglądam z dzieckiem pisma pornograficzne. Dzięki temu moja pociecha nauczy się, jak «radzić sobie» w sytuacjach, gdy na przykład ktoś inny będzie mu podobną lekturę proponował".

Albo: "Patrzymy sobie z dzieckiem na fotografie przedstawiające ofiary morderstw – kto wie, z czym spotka się w «prawdziwym» życiu mój synek czy córeczka".

Pada również argument: "Moje dziecko ostatecznie i tak się z tym [niesprawiedliwą, brutalną przemocą lub jej obrazami oraz pornografią] spotka; lepiej więc będzie, jeśli zapozna się z nimi w moim towarzystwie, a już ja nauczę moje dziecko, jak postępować w sytuacji, w której i tak w nieunikniony sposób się znajdzie". Wspomniana "konieczność" wydaje nam się może niewesoła, lecz bez cienia wątpliwości nieunikniona – i jest to doprawdy niewesołe świadectwo: nie jesteśmy już sobie w stanie nawet wyobrazić, że nasze dziecko nie zostanie narażone na obcowanie z czymś, co może w poważny sposób zagrozić jego duszy oraz psychice.

"Aha, będziecie je trzymać pod kloszem!". Niekoniecznie. Ale na pewno nie zafundujemy mu klosza w postaci triady telewizja-telefon-internet, poza którymi nasze dziecko właściwie nie będzie widziało świata (albo przetwarzało świat realny głównie w oparciu o ekranowe wzorce). Postaramy się w rozsądny sposób pokazać mu, czym się owe techniczne nowinki je – nie na tyle restrykcyjnie, by poważnie ryzykować, że dziecko – uniezależniwszy się już od nas w odpowiednim stopniu – da się mediomanii porwać (a nam brak środków, aby temu przeszkodzić). Raczej poprzez stopniowe poszerzanie zakresów wolności i odpowiedzialności dziecka. Tak, by ono – wyfrunąwszy ostatecznie z gniazda – umiało mądrze wybierać. A przynajmniej miało solidne podstawy ku dokonywaniu takich wyborów ("Niektórzy z was i tak zostaną łotrami" – jak mawiał Ireneusz Gugulski).

A poza tym warto pokazać dziecku, że świat pozaekranowy jest o niebo atrakcyjniejszy niż ten medialny. I jeśli w przyszłości moje dziecko – mając do wyboru wyborny film, którego akcja dzieje się w lesie ~ albo własnonożną wyprawę do lasu ~ za każdym razem – zamiast ów doprawdy wartościowy film oglądać (tak że ostatecznie w życiu ani razu go nie obejrzy) – popędzi do lasu – to nie będę na to narzekał, nie będę tego żałował.

* W * W * W *

Jeden z głównych zarzutów względem samego medium jakim jest film (czy może dokładniej: film w swoim najpowszechniej proponowanym współcześnie wydaniu) nie dotyczy wcale tego, co też na ekranie można zobaczyć, lecz sposobu prezentacji owej ekranowej rzeczywistości. Dominują szybkie przeskoki. Cięcia. Nowy obraz. Zbliżenie. Tempo. Feeria obrazków. Musi się dziać. Niespokojne, sztuczne, nie-właściwe gatunkowi homo sapiens ruchy (tu w szczególności mowa o kreskówkach). R O Z E D R G A N I E. Człowiek, któremu pozwalamy regularnie obcować z takim obrazem rzeczywistości, zostaje narażony na niebezpieczeństwo życia w rozedrganiu. Takiemu odmaleńkiemu widzowi niezwykle trudno będzie się W ŻYCIU na czymkolwiek skupić. Będzie za to namiętnie sięgał do ekranu po kolejną dawkę ruchu, pary i szybkości, I po każdym takim medialnym zastrzyku wciąż odczuje niedosyt. Więc włączy yt, tv czy filmik na telefonie – po więcej...

Dla lepszego zobrazowania sobie wspomnianego rozedrgania i jego możliwych konsekwencji proponuję mały eksperyment: znajdźmy w trakcie spaceru takie mieszkanie (dom), w którym leci telewizor – i możemy go dostrzec z zewnątrz, przez okno. Widzimy ekran na tyle dokładnie, że rozpoznajemy, iż pokazują nam kolejne ujęcie i że na ekranie mamy akurat zbliżenie dwóch twarzy – ale na tyle niedokładnie, że już ich rysów nie zdołamy szczegółowo opisać. Przyjrzyjmy się ekranowej akcji przez pół minuty. Ileż tu zmian, szybkości, PRZESKOKÓW, migotania – – –  A teraz pomyślmy: Jak nam się wydaje: Czy bylibyśmy chętni, aby nasze realne życie toczyło się w podobnym rytmie?

* W * W * W *

Czy oglądać wcześniej filmy, które planujemy zaprezentować dziecku? Bezsprzecznie tak. Bez wyjątków.

* W * W * W *

"Żeby uniknąć narażania dzieci na poważne niebezpieczeństwa, trzeba by się odciąć od świata. Radykalnie". Być może. Święci Piotr, Filip Nereusz, Augustyn, Dyzma etc. etc., cała ta chestertonowa "demokracja umarłych", nigdy w życiu nie obejrzeli ani jednego filmu, co najwyraźniej nie uniemożliwiło im osiągnięcia świętości. A w ostatecznym rozrachunku tylko to się liczy.

* W * W * W *

Filmowe myślenie rodzinne:

Czy spokojnie i z radością mógłbyś na miejscu aktorów, których właśnie na ekranie widzisz, widzieć Twoją matkę / ojca, córkę / syna? Miałbyś spokojne sumienie oglądając ich odgrywających [? – bo jak można odegrać pocałunek w usta? – (może jak Groucho Marx, który, przychwycony przez żonę na całowaniu innej kobiety {akurat nie w ramach realizacji filmowej sceny}, tłumaczył, że "tylko szeptał jej do ust"?)] tę scenę?

* W * W * W *

Moralizatorska do bólu końcówka:

Strzeżmy się, aby nie niszczyć czystości dziecka i nie tępić jego wrażliwości. Młodzi ludzie żyją dziś w świecie, w którym zboczenie, pornografia i niesprawiedliwa przemoc wydają się normalnością – w świecie, w którym na ich oczach i uszach toczy się debata na temat tego, czy ich młodsze rodzeństwo i młodszych kolegów wolno mordować, czy nie (publiczne dysputy w mediach o tzw. "aborcji").

Twórzmy takie społeczności, takie środowiska, w którym normalne będzie, że człowieka izolujemy od brudu – dopóki nie będzie w stanie samodzielnie wystąpić do walki z nim – i wygrać. Zwycięstwo może dokonać się przez bojkot. Wcale niekoniecznie z narażaniem się na bezpośredni kontakt z niemoralną twórczością.

* W * W * W *

Z tym kamieniem młyńskim u szyi może być nie tak znów najwygodniej...

PoŚcinki pierwsze (1): Bojaźń i drżenie czyli kronika upadku* [Anty(?)–esej]


"A nie spółkujcie z uczynkami niepożytecznemi ciemności, ale raczéj strofujcie."
~ Ef 5, 11

Z nieco innego klucza
(z serdecznym podziękowaniem dla Pawła Schulta)
 
Z bojaźnią i drżeniem przystępujemy do pisania tego pościnka. Dlaczego "pościnek"? Blogowy wpis to z angielska 'post'. Niniejszy wpis to właściwie taki wpisik – pościk. Poskładany, posklejany z myśli, podobnie jak tu, nieco rozproszonych. Takich ścinków. Więc stąd liczba mnoga. ("Pościna" brzmi nieco zbyt autoironicznie. Choć może tak należałoby?...).

Skąd bojaźń i drżenie? Z obawy, żeby nasza pisanina nie stanowiła tylko potęgowania informacyjnego szumu. Żeby nie stała się nic nie znaczącym elementem składowym chmury opinii. Chmury, z której każdy – na dzisiejszą modłę – wybiera sobie to, co chce. Jak z półek w sklepie: na jednej – Biblia, na drugiej – Koran, na trzeciej – pornografia. Dla każdego coś miłego. I inne hasło świata współczesnego: "Chcesz? Masz!". Ale o tym już pisaliśmy...

Musimy więc żywić – żywimy poniekąd – z nieustającymi bojaźnią i drżeniem – nadzieję, że słowa niniejszego pościnka coś do autentycznego opisu świata wnoszą. Że coś porządkują. Że pozwalają zauważyć jakąś prawdę.

Czego się jeszcze obawiamy? Że będziemy się powtarzać. O tym chyba jeszcze nie pisaliśmy...

Iluż to ludzi w całej historii świata nie miało dostępu do ŻADNEGO słowa pisanego, elektronicznego, w życiu niczego nie przeczytało, nie obejrzało na ekranie, nie usłyszało przez telefon... Czy ludzie owi znajdowali się w gorszej od nas, trudniejszej sytuacji – jeśli chodzi o perspektywę osiągnięcia Nieba? Ale któż dziś w ogóle myśli takimi kategoriami? Kto myśli kategoriami Norwida, który pisał, że "gdyby, od czasu do czasu, zamiast całej ekonomii politycznej, umiano sobie zdać sprawę, gdzie i jak, i o ile przez całą pracę ludu jakiego przeprowadzona jest linia tego pokarmu, co trwa ku żywotowi, i ten naprzód popierano i utrzymywano... byłoby ubóstwo, a nigdy nędzy"?

Któż myśli tak dziś, gdy gremialnie zaczynamy przypominać niezainteresowaną niczym innym poza fizycznym przetrwaniem jedno-(a może tępo-)myślną sektę Omarów z drugiej części komputerowej gry Deus Ex?





The biomodified Omar share a group consciousness,
but each member was once [podkr. nasze] an ordinary human.

Jesteśmy (tak się może przynajmniej wydawać) najobszerniej, najgruntowniej – a zatem najlepiej! – poinformowanym społeczeństwem w historii świata. A jednocześnie jakbyśmy nie wiedzieli nic. Cóż z tego, czym karmią nas media, wiemy na pewno? Której spośród podawanych w miliardach na sekundę wiadomości możemy ufać? Omotany siecią informacji tajnych, widnych i dwu-(albo i zgodnie z nowszymi tryndami: wielo-)płciowych człowiek zaczyna przeczuwać, że nie może już ufać niczemu, czego nie sprawdzi namacalnie, czego nie doświadczy sam, na własne oczy.

Niby powszechnie pomstujemy na polityków, ale gdy przychodzi co do czego, to w nich upatrujemy naszej ostatniej nadziei. No i w mediach, będących obecnie zasadniczo zaangażowanych w sianie paniki (bo takie jest obecnie zapotrzebowanie – gdy ich mocodawcy potrzebują usypania czujności, włącza się ten tryb działania). I, oczywiście, doskonale wiemy, że epidemia (?) skończy się nie wtedy, gdy faktycznie się skończy, ale wtedy, gdy rząd ogłosi, że się skończyła.

Skąd się to bierze? Dlaczego tolerujemy taki stan rzeczy?

Jesteśmy niewolnikami własnych przyzwyczajeń. 

(Czy i) Kiedy wybuchnie wojna? – pytaliśmy jeszcze nie tak dawno, zanim wybuchła (?) epidemia (?). I samo to pytanie świadczyło, że stoimy na straconej pozycji. Sposób sformułowania pytania świadczył o tym, że w kwestii odpowiedzi nie mamy właściwie nic do powiedzenia. Jak bierni odbiorcy kolejnej porcji dostarczanych nam na kopy seriali (Taka pogoda – powiedziała wyjrzawszy przez okno i zoczywszy rzęsisty deszcz pewna niebieskowłosa, opatrzona kółkiem w nosie pasażerka autobusu do swojej opatrzonej kółkiem w nosie i bodaj zielonowłosej koleżanki –  jest dla mnie synonimem oglądania seriali; tak jest, seryjnego oglądania: nawet po kilkanaście godzin dziennie) biernie pytamy o bieg zdarzeń, nad którym (na własne życzenie) w praktyce straciliśmy jakąkolwiek niemal kontrolę. Oczywiście, ZAWSZE, w najgorszej nawet sytuacji, pozostają nam BEZSPRZECZNIE i BEZWZGLĘDNIE SKUTECZNE katolickie sposoby jako to modlitwa, post i jałmużna. Ale któż dziś myśli takimi kategoriami?

Kiedy włączą ogrzewanie, czyli o naszej bezsilności
[to nie my decydujemy, ktoś podejmuje decyzje za nas, my biernie czekamy]

Społeczeństwo katolickie nie zadawałoby pytań: "Czy wybuchnie [tak bezosobowo, bez naszego wpływu] wojna? co zrobimy, gdy wróg nas najedzie? jak się obronimy?"; lecz pełne ufności w Bożą pomoc pytałoby: KOGO MY TERAZ ZAATAKUJEMY? KIEDY ROZPOCZNIEMY KOLEJNĄ WYPRAWĘ KRZYŻOWĄ? Na ewentualność zaś napaści wroga na nasze terytorium bylibyśmy przygotowani już zaś. Przede wszystkim zaś poprzez istnienie setek, tysięcy i setek tysięcy indywidualnych małych ojczyzn – które w razie potrzeby podejmowałyby współdziałanie oparte o jedność Wiary. Ale o tym poniekąd już też pisaliśmy...

Jedność Wiary...

Skąd ten Grottger na początku? Właściwie to nosiliśmy się z zamiarem wykonania kolażu. Za jego podstawę posłużyłaby któraś z wersji Zamknięcia kościołów. Zostałaby jednak wzbogacona (?) o postać policjanta czy też innego łatwo rozpoznawalnego funkcjonariusza państwowego ("stróża porządku"). Tenże celowałby z pistoletu w głowę dzierżącego klucz zakonnika. Po namyśle przyszło nam jednak do głowy, że oryginał pracy Mistrza Artura pasuje do naszej dzisiejszej sytuacji jak ulał i żadnych uzupełnień jej nie trzeba. Pasuje do tego, co nas spotyka, i komentuje nasz stan – choć w sposób nieco przewrotny. Dziś przecież świątyń nie zamyka się w proteście przeciw działaniom władz świeckich. Wręcz przeciwnie – czyni się to w geście wiernopoddańczego, a wręcz paskudnie służalczego wybiegania naprzeciw w/w władz oczekiwaniom. Gdzie nam do średniowiecza czy innych epok, w których władza eklezjalna stanowiła dla świeckiej swoistą przeciwwagę? Gdy hierarchowie Kościoła byli gotowi funkcjonariuszom państwowym się przeciwstawić? Aha, wtedy, przed laty, urzędy kościelne sprawowali katolicy. A dziś praktycznie cała struktura hierarchiczna tego, co powszechnie uważa się za Kościół katolicki, opanowana jest przez jego wrogów (którzy dla zmylenia przeciwnika katolikami się tytułują). Mała – zdawałoby się – acz istotna różnica.

Jesteśmy niewolnikami własnych przyzwyczajeń i w gruncie rzeczy nie chcemy się zmieniać. Aha, o tym też już pisaliśmy...

A śpiewał poniekąd o tym Leszek Czajkowski:



Czy i dziś, gdy osoby w sutannach (pardon: najczęściej w koszulach i ew. koloratkach) zamykają przed wiernymi świątynie, nie autorozgrzeszamy się z naszej postawy, która pozwala modernistycznym uzurpatorom nadal funkcjonować (przynajmniej w przestrzeni publicznej) jako "prawowitym przedstawicielom Kościoła katolickiego"?

Errata. Było: 50. Jest: 5. Wystarczyło zakleić zero.

Kamień odrazy. Kamień odsunięty z Chrystusowego grobu stał się nam kamieniem blokującym dostęp do świątyni

Czy kiedykolwiek w historii jakiemukolwiek katolickiemu księdzu zdarzyło się zamknąć przed wiernymi świątynię i wyprosić ich za drzwi w imię posłuszeństwa władzy świeckiej? Czy Jan Gerard prosił władze świeckie o pozwolenie na udzielanie sakramentów? Czy Leon XIII na darmo podsumowywał niezmienne stanowisko Kościoła poniższymi słowami:

Wszystko, co w jakikolwiek sposób do tych rzeczy świętych należy, cokolwiek się odnosi do zbawienia dusz lub czci Bożej, czy takim jest z natury swojej, czy z przyczyny, do której się odnosi, wszystko to pod zwierzchność i zarząd Kościoła podpada.

(Leon XIII, Immortale Dei, 14)?


Cóż, powyższe pytania mogą posłużyć za praktyczną wskazówkę tym, którzy nie wgłębiając się (nie wgłębiwszy się jeszcze?) w zagadnienia teologiczno-dogmatyczne, a prawym sercem i umysłem szukając Prawdy, chcieliby poznać odpowiedź na pytanie: gdzie jest dziś Kościół?

Tęsknimy i liczymy na tęsknienie. Zakaz wstępu. Już nie tylko do świątyni, ale nawet na teren opodal świątyni.

 
Zakaźne zakazy. Ciekawe jak posługujący obsłuży celebransa z odległości półtora metra?

Przykładem tak groteskowego, że w swej groteskowości aż pięknego, praktycznego  wyrazu odstępstwa od wiary katolickiej odstępców wiernych nauczaniu zbójeckiego "II soboru watykańskiego" jest zamknięcie basenów z wodą uzdrawiającą w Lourdes "z obawy przed koronawirusem". "Tego nie da się zmyślić" (You can't make this stuff up.) – jak zwykł mawiać znakomity gospodarz znakomitych programów Tradcast i Tradcast Express, oraz główny (jeśli nie jedyny) autor równie znakomitej i pouczającej o nauce Kościoła strony internetowej


W związku z nawiązaniem do Novus Ordo Watch aż obawiamy się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, jedną jeszcze obawą, która nieodmiennie nam towarzyszy. Boimy się niedociągnięć naszego pióra (klawiatury), które przyczynią się do takiego emocjonalnego nastawienia Szanownego Odbiorcy, że zagrożą całkowitym przesłonięciem przedstawianej przez nas argumentacji przez indywidualne z natury rzeczy odczucia i utrudnieniem choćby ustosunkowania się do tego, co piszemy.

Sprawę stanowiska integralnie katolickiego (zwanego dziś popularnie "sedewakantystycznym") poruszaliśmy na naszych łamach nie raz. W ramach odpowiedzi/reakcji, co konstatujemy z niekłamanym smutkiem, najczęściej spotykaliśmy się z odpowiednikiem "Będziem cię drugi raz o tem słuchać" (znanego w innym tłumaczeniu jako "Posłuchamy cię o tym innym razem"). Temat umarł śmiercią nienaturalną – nikomu jak na razie nie starczyło czasu/chęci/itd. itp. na dyskutowanie zagadnienia w oparciu o nieomylne nauczanie Kościoła, i z gotowością nienadawania najwyższej rangi własnym przemyśleniom, które w konfrontacji z Magisterium niekoniecznie wytrzymują krytykę.

Genezy owego wygaśnięcia sporu dotyczącego przecież Spraw Najważniejszych należałoby, jak się zdaje, upatrywać w obserwowanym dziś powszechnie zjawisku niezainteresowania prawdą – przynajmniej w zakresie tych dziedzin, które (po zbadaniu i rozpoznaniu prawdy) wymagałyby od nas jakiejś zasadniczej zmiany w życiu.

Mówi o tym w fascynujący autobiograficzny sposób dr Leonard Giblin. A pisze, tłumacząc dlaczego w głowach osób autentycznie przejętych sprawami Wiary, panuje nierzadko taki zamęt, święty Paweł w Drugim Liście do Tesaloniczan:

Albowiem się już sprawuje tajemnica nieprawości, tylko aby ten, który trzyma teraz, dzierżał, aż odjęt będzie z pośrodku.
A tedy objawion będzie on złośnik, którego Pan Jezus zabije duchem ust swoich i zatraci objawieniem przyjścia swego tego,
Którego przyjście jest wedle skuteczności szatańskiéj, z wszelaką mocą i znaki i cudami kłamliwemi,
10 I z wszelkiem zwiedzieniem nieprawości w tych, którzy giną, przeto, iż miłości prawdy nie przyjęli, aby byli zbawieni.
11 Dlatego pośle im Bóg skuteczność oszukania, aby wierzyli kłamstwu,
12 Iżby byli osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, ale przyzwolili na nieprawość.

~ 2 Tes 2, 7–12

Wahaliśmy się, czy umieszczać powyższe passusy już na tym (co? to jeszcze nie zbliżamy się wielkimi krokami ku końcowi?) etapie tekstu. Nie w obawie przed żydami, ale przed tym, że powyższe słowa zostaną pod wpływem emocji odczytane jako osobisty akt oskarżenia i spowodują (oprócz zaprzestania lektury tekstu na niniejszym etapie) jeszcze dalsze odsunięcie od siebie myśli o poważnym rozważeniu argumentów katolików integralnych. Czego Wam i sobie nie życzę – jak nie pisał Kisiel – bo sprawa jest wagi najwyższej i wymaga pilnego przypatrzenia się.

Chesterton zauważał, że umiejętny redaktor potrafi zamieszczanymi na łamach treściami poruszyć czytelników tak, że listy z wyrazami oburzenia zapełnią mu połowę kolejnego numeru gazety – oszczędzając redaktorowi konieczności trapienia się o to, co znajdzie się w owych szpaltach. Cóż, niekoniecznie taka ambicja nam przyświeca – lecz stokroć bardziej wolelibyśmy spotkać się z lawiną krytycznych reakcji – świadczących o pojęciu wagi tematu – niż z lekceważącym milczeniem.
O powszechności niezainteresowania prawdą świadczy, ku naszej niekłamanej zgrozie, postawa wybranych sedewakantystów, którzy ze zgorszeniem odnoszą się do idei podawania do publicznej wiadomości faktów dotyczących skandalicznych postaw wybranych sedewakantystów.



Współczesny świat mediów żyje pięciominutową sensacją. Mało jest dziennikarzy zainteresowanych drążeniem danego zagadnienia, nie-odpuszczaniem tematu, próbą doprowadzenia sprawy do końca. Tymczasem polecone przez nas strony The Lay Pulpit oraz Pistrina Liturgica z cierpliwością i konsekwencją dążą do naświetlenia i rozwiązania problemów, a nie zamiatania ich pod dywan. Bo – jak mniemamy – przyświeca im, podobnie jak nam, troska o wieczne zbawienie dusz: wiernych wprowadzanych w błąd i gorszonych skandalicznymi zachowaniami wybranych sedewakantystów oraz samych odpowiedzialnnych za gorszące czyny: bp Sanborna przyzwalającego na okrutny sądowy mord na Terri Schiavo (i podpierającego się m.in. typowym dla tego świata argumentem, że karmienie pacjentki to zbyt wielki wydatek, więc godzi się ją zagłodzić; cóż, ten sam Donald Sanborn w jednym z kazań stwierdził, że płacenie podatków państwu w jego współczesnym kształcie to forma spełniania jednego z najważniejszych dobrych uczynków: udzielania jałmużny), bpa Pivarunasa zezwalającego na zamordowanie małego Trevora, Daniela Dolana i Antoniego Cekady tolerujących szerzenie się zgorszenia, donoszących władzom cywilnym na współbraci w kapłaństwie, traktującym niewygodne sobie osoby jak śmieci...

Forma przekazu stosowana przez wspomniane blogi nie wszystkim musi być bliska (nie z każdą też interpretacją podawanych tam faktów się zgadzamy); nie pozwólmy jednak, aby kazało nam to przemilczać podawane przez nie do wiadomości publicznej FAKTY. Żadna z tytułujących się integralnie katolickimi redakcji, które chcieliśmy zainteresować wątpliwościami dotyczącymi elementów nauczania i zachowania wybranych sedewakantystów nie wyraziła choćby krzty zainteresowania. A jedyny kontrargument dla sensowności naszych dociekań to rzekomy "antyklerykalizm".



Nasz integralny katolicyzm rozumiemy jako przylgnięcie do Prawdy, a nie jako przystanie do czyjejś "bandy" [czy będzie to grupa "zwolenników" biskupa Sanborna, Pivarunasa, czy Kelly'ego (czy jeszcze inna), które zresztą, o czym dość powszechnie wiadomo, darzą się wzajemnie tym, co zwą «szczerą chrześcijańską nienawiścią»].

Nasza motywacja jest i była szczera: skoro zdecydowaliśmy się publicznie napisać o powodach, które skłoniły nas do przyjęcia stanowiska integralnie katolickiego – co popularności i sympatii wśród wielu osób (niekiedy dotychczas) bliskich nam i znajomych nam nie przysporzyło – postanowiliśmy – motywowani umiłowaniem Prawdy i troską o zbawienie dusz – badać sprawę dalej i uczciwie przedstawiać Czytelnikom wyniki naszych dociekań. Powiedzieliśmy "A" – następuje pora, by powiedzieć "B".


I rozumiemy doskonale, że w społeczeństwie, którego przeciętne zakupy wyglądają pewnie jakoś tak:...


[Przy okazji dokonywania tego zakupu nabywca prowadził z kasjerką sympatyczną rozmowę o dwójce swoich dzieci; rozmawiał o nich jednocześnie nabywając środki antykoncepcyjne i nie widząc w tym żadnej niestosowności ani sprzeczności!!! (A propos: por. https://wirtualnewydawnictwowiwo.blogspot.com/2015/04/bedna-koncepcja.html)]

...na powszechne zainteresowanie Prawdą trudno liczyć – ale myśmy się spodziewali, że sedewakantyści są zasadniczo na powierzchowne traktowanie niewygodnych faktów lub zbywanie ich milczeniem impregnowani bardziej od general populace. O, (nie)święta naiwności!
Opacznie rozumiana lojalność wobec osób (której motywacji możemy upatrywać w następującym mechanizmie psychologicznym: "ufałem już kiedyś nowoobrzędowcom [Novus Ordo], potem indultowcom, tradycjonalistom koncesjonowanym, następnie Bractwu [SSPX], ale się na nich wszystkich zawiodłem – teraz wybrałem «opcję najbardziej skrajną», dalej nie mam już gdzie iść; więc na kolejny zawód już sobie nie pozwolę; jeśli w darzeniu zaufaniem tych, których sobie za przewodników wybrałem, fakty mogłyby mi przeszkadzać, tym gorzej dla faktów"] powoduje, że niejednemu sedewakantyście prawdę (a pośrednio i Osobę Jezusa Chrystusa, czyli Prawdę wcieloną), zaczyna przesłaniać osoba wybranego sobie akurat na autorytet duchownego. Dlaczego akurat tego, a nie innego (w Polsce zasadniczo króluje chyba stronnictwo wierne biskupowi Sanbornowi, Dolanowi oraz x. Cekadzie)? Ano, trzeba by popytać. Idziemy jednak o zakład, że – gdyby dominowali w Polsce zwolennicy bpa Pivarunasa – osoba mająca do uczestnictwa sedewakantysty we "Mszy una cum [Papa nostro Francisco vel Benedicto]" (lubimy mawiać, że my też uczestniczymy wyłącznie we Mszach una cum – tylko że una cum omnibus orthodoxis) stosunek niejednoznaczny lub opowiadająca się w całej rozciągłości za stosowaniem zreformowanych przez Piusa XII obrzędów Wielkiego Tygodnia niekoniecznie zasługiwałaby na miano heretyka (którym to określeniem wybrani zwolennicy tezy o tymczasowym wakacie Stolicy Apostolskiej zwykli szafować z niesłychaną łatwością). Otóż co oznacza lojalność wobec "swoich".

A którzy to "swoi"? Od kogo stronić? Komu zaufać? Jak o tym mówić? Pisać?

Spytajmy szerzej i uczciwiej: Jaka jest prawda o stanowisku i działalności poszczególnych duchownych (integralnie) katolickich (tzw. sedewakantystycznych)? Sine ira et studio. Unikając jak ognia piekielnego pojawiających się również zdumiewająco często w ustach wiernych określeń w rodzaju: "Nie podoba mi się"; "____________ zachował się brzydko" i tym podobnych. Nasze katolickie kategorie to są: PRAWDA i FAŁSZ; DOBRO i ZŁO, nie zaś kategorie estetyczne i całkowicie subiektywne ("lubię... nie lubię"; "ładne... brzydkie"), zakładające abstrahowanie od faktów i oparcie się o różnorodność opinii ("każdy sobie myśli, co chce, i każda opinia jest równie uzasadniona").

Przyjrzyjmy się zatem faktom. Zadajmy
Pytania praktyczne i osobiste

Zadajmy je ze szczerą wolą ustalenia prawdy, szacunkiem wobec osób (obecnych) P.T. Adwersarzy jako wyraz troski o zbawienie wieczne dusz nieśmiertelnych bpa Sanborna, Pivarunasa, Dolana, x. Cekady itd. oraz wiernych, którzy w dobrej wierze (choć nieraz pewnie pozbawiani dostępu do wybranych informacji) im ufają.

Po co temat drążyć? Co to zmieni? Czy nie przyczyni się wyłącznie do okopania się na "swoich" pozycjach i wzbudzi kolejne nie do końca niekontrolowane wybuchy nienawiści wobec bliźniego (h/t: Jerzy Juhanowicz)? Liczymy (może znów naiwnie) na to, że umiłowanie prawdy przeważy nad "swoim" przywiązaniem, ufnością do "swoich" duchownych – że prawda wszystkich szczerze ją miłujących wyzwala.

Gdyby jakiś produkt miał niebezpieczną (a ukrytą lub ukrywaną) wadę, która groziłaby jego użytkownikom utratą życia lub zdrowia (fizycznych), uznalibyśmy, że ktoś, kto upublicznia wiadomość o rzeczonej wadzie (nawet wbrew woli producenta), działa dla dobra jego (potencjalnych) użytkowników, działa chwalebnie, ze wszech miar słusznie. Tymczasem w omawianych przez nas zagadnieniach chodzi o sprawy duszy – daleko od spraw ciała ważniejsze. Dlatego milczeć w imię "Świętego Spokoju" (zdawało nam się, że Kościół kanonizował innych świętych) nie zamierzamy. Co więcej – gorszące czyny i postawy, na które staramy się zwrócić uwagę, mają charakter publiczny. Publiczne wprowadzanie w błąd, publiczny grzech domagają się odpowiedzi publicznej.

[Pojawiła się również sugestia, że fakty dotyczące skandalicznych nauk i postaw wybranych sedewakantystów "można publikować", ale "za bardzo nie rozpowszechniać" – "żeby za dużo ludzi tego nie przeczytało". Ukłoniłem mu się, udając, że go nie widzę (h/t: Sławomir Mrożek). Odpowiedzmy pytaniem: czy lepiej jest, aby każdy potencjalny użytkownik niebezpiecznego towaru wiedział o jego ukrytych wadach? Jakie widziałbym pozytywy utrzymywania niektórych (większości?) potencjalnych jego użytkowników w niewiedzy i narażania ich na śmiertelne (fizyczne) niebezpieczeństwo? Tymczasem – powtórzymy – w omawianych przez nas zagadnieniach chodzi o sprawy duszy – daleko od spraw ciała ważniejsze].

Dlatego na dobry początek chcielibyśmy niniejszym spytać Osoby Zainteresowane Ustaleniem Prawdy o nauczaniu i postawach moralnych wybranych sedewakantystów:

Jak ustosunkowujesz się do stanowiska bpa Sanborna, Dolana i x. Cekady w sprawie Terri Schiavo?

Jak ustosunkowujesz się do stanowiska bpa Pivarunasa i kierowanego przezeń CMRI w sprawie przeszczepu organów nieparzystych?

Jak ustosunkowujesz się do stanowiska oraz postaw moralnych bpa Sanborna, Dolana, x. Cekady oraz sprzymierzonych z nimi w sprawie skandalu w szkole pod auspicjami kaplicy św. Gertrudy?

Przypominamy, że – zgodnie z tak drogim nam nauczaniem Kościoła – nie znajduje zastosowania pseudotłumaczenie oparte o "metodę na «głęboko wierzącego»". "Głęboko wierzącym" – przynajmniej według twórców większości sondaży – zdaje się być ten, kto wierzy we wszystko, co Kościół do wierzenia podaje. W odróżnieniu od "głęboko wierzącego" mamy jeszcze kogoś, kogo można by określić mianem "wierzącego zwyczajnie" – to znaczy nie przyjmującego wszystkiego, co Kościół do wierzenia podaje. Ale taki "niegłęboko wierzący" też jest (wedle sondażystów) członkiem Kościoła.

A tymczasem prawda jest taka, że ktoś, kto świadomie odrzuca nauczanie Kościoła choć w jednym punkcie, automatycznie członkiem Kościoła być przestaje.

A zatem nie przyjmujemy tłumaczenia, że Donald Sanborn "pomylił się tylko w tej jednej sprawie, ale zasadniczo mówi prawdę". Ponadto sprawa sądowego mordu na Terri Schiavo należy do dziedziny wiary i moralności. Nie ma tu zatem miejsca (jak to niekiedy bywa) na różnorodność opinii teologicznych.

[Gdy chodzi o "swojego", cała katolicka koncepcja integralności wiary bywa wyrzucana do kosza. No bo jakże to – "swój" miałby występować przeciw prawdzie w dziedzinach wiary i moralności? To niemożliwe (takie bywa milczące założenie)].

Opportune importune, czyż nie?

Teraz czas na pytanie pomocnicze: czy jako (potencjalny) rodzic nie miałbym nic przeciw temu, by mój syn lub córka uczęszczali do szkoły, w której uczennica zachodzi w ciążę z synem dyrektora (uczennica i syn nie są małżeństwem), syn dyrektora odzywa się do nauczyciela w sposób wulgarny i uchodzi mu to płazem, uczeń ogląda na szkolnych komputerach pornografię? (https://wiwopowiwo.blogspot.com/2018/04/obserwator-lay-pulpit-sekciarstwo-i.html) Czy jako (potencjalny) rodzic, nie miałbym nic przeciw temu, by mój syn lub córka uczęszczali do szkoły, której duchowy opiekun (konkretnie zaś Daniel Dolan) reaguje na wspomniane wyżej wydarzenia stwierdzeniem: Chłopcy tacy już są”? Ufam w szczerość odpowiedzi.

Gdybym był rodzicem uczniów z SGG school – Co uznałbym za gorszące? To, co tam zaszło, czy upublicznianie wiadomości o tym, co zaszło (choćby celem poinformowania i ew. ostrzeżenia rodziców potencjalnych uczniów)?

Skoro my, sedewakantyści, jesteśmy gotowi w oparciu o nauczanie Kościoła wyciągać stanowcze wnioski dotyczące postawy setek tysięcy osób w sutannach podających się za katolickich pasterzy (mamy na myśli duchowieństwo Novus Ordo) i publicznie krytykować ich błędy, dlaczego mielibyśmy nagle zamilknąć w obliczu skandalicznych wypowiedzi i postaw moralnych osób, które uchodzą za "nasze"?

"To może zaszkodzić «sprawie sedewakantyzmu»" – można jeszcze chwytać się takiego argumentu. Ale w istocie nic tak nie szkodzi "sprawie sedewakantyzmu" (jeśli można ją tak zwać; może lepiej byłoby posługiwać się kategorią "sprawy zbawiania dusz") jak utrzymywanie fikcji o ortodoksji tych, którzy ortodoksyjni nie są, i zamiatanie pod dywan prawdy o skandalicznych, gorszących, niegodnych osobistych postawach moralnych. Niestety, wygląda na to, że większość tzw. opinii publicznej wyrabia sobie opinię (jest w niej ta opinia wyrabiana/urabiana) na temat Pana Boga i jego Kościoła w kluczu: "Ksiądz się upił – Boga nie ma". Cóż nam jednak szkodzi oczekiwać od tych, którzy za duchowieństwo katolickie się uważają, nie tylko ortodoksji, ale ponadto osobistej świętości (albo przynajmniej usilnych starań o nią)? Jak do tych prób prowadzenia świętego życia ma się na przykład spożywanie przez Daniela Dolana "mięsiwa w obfitości" podczas wielkopostnego "apostolatu" w Meksyku? Przecie D.D. sam osobiście o tym napisał w oficjalnym biuletynie swojej kaplicy. To jest czarno-biało na papierze drukiem i dostępne w Internecie. Każdy może przeczytać i się przekonać. Jeśli to nie jest jawna kpina z wiernych, którzy sumiennie stosują się do wielkopostnych zasad dotyczących rodzaju oraz ilości spożywanych pokarmów, to cóż nią jest?

Aha, jeszcze jedno: bp Sanborn, po opublikowaniu w sieci swojej opinii na temat sądowego mordu na Terri Schiavo, wspierającej koleżeńsko duet Dolan-Cekada, najwyraźniej zawstydził się jednak w pewnym momencie tego, co napisał, bo usiłował fakt istnienia takiej swojej opinii ukryć. (http://thelaypulpit.blogspot.com/2016/05/special-edition-letter-by-donald-sanborn.html) Hipokryzja to hołd jaki występek oddaje cnocie – mówi znane powiedzenie. Dobrze, że się zawstydził, bo jest czego. Źle, że do publicznie głoszonego błędu publicznie się nie przyznał. Wprowadzanie w błąd wiernych w kwestii z dziedziny wiary i moralności oraz zwykła nieuczciwość ze strony bpa Sanborna wobec zamordowanej Terri Schiavo domagałyby się tak zapominanego dzisiaj zadośćuczynienia.

Biskup Sanborn jest zwolennikiem tzw. teorii materialiter-formaliter, która zakłada możliwość odwołania przez każdorazowego okupanta Stolicy Piotrowej swoich herezji i automatycznego "stania się" papieżem. Owa wysunięta przez bpa Guerarda de Lauriers teza jest dość mocno karkołomna {choć nie zamierzamy denuncjować nikogo za plecami jako podejrzanego o herezję tylko dlatego, że się do tezy z Cassiciacum przychyla}, lecz trzyma się jej akurat ten, kto zachowuje się tak, jak gdyby swoich własnych błędów odwołać nie był w stanie.     (Jak doprowadził się do takiego stanu?).

Czy jesteś, Drogi Czytelniku, w stanie zaufać komuś, kto popełnia w poważnej materii (sprawie mordu na Terri Schiavo) istotny błąd, głosi publicznie fałsz, a następnie brak mu odwagi, by się do błędu przyznać (usiłuje go ukryć), wytłumaczyć i już więcej nie lawirować?

Aha, jeszcze jedno jedno: kwestia święceń wyżej wymienionego D.D. Sprawy by nie było, gdyby w odpowiedzi na plotkę/pogłoskę dotyczącą tego, że abp Lefebvre nie zachował odpowiedniej formy podczas (niedoszłych?) święceń Daniela Dolana, gdyż wyświęcił (?) go z użyciem jednej ręki zamiast potrzebnych dwóch, odpowiedziano, że to plotka/pogłoska. I na tym sprawa by się zakończyła. Tymczasem w odpowiedzi na plotkę/pogłoskę x. Cekada opublikował artykuł o rzekomej ważności święceń "jednoręcznych". Na to odpowiedziano artykułem o wątpliwej ważności święceń, których biskup [nie] udziela poprzez włożenie na diakona jednej tylko ręki (https://www.scribd.com/document/267553276/The-Dubiety-of-Ordination), którego autorzy argumentację x. Cekady wręcz zdemolowali. Causa (zdaje się) finita.

Aha, jeszcze trzecie jedno: w jednym z niedawnych kazań bp Sanborn na określenie człowieka przebywającego w szpitalu w stanie bardzo ciężkim użył określenia "warzywo" (vegetable), dając wyraz wybitnego poddania się nowomowie światowej. Smutne, ale stanowi przyczynek do wyrobienia sobie opinii na temat tego jak Jego Ekscelencja kształtuje swój stosunek do podobnych w/w pacjentów.

Nikt autentyczności wspomianych wyżej licznych faktów nie kwestionuje. Wszystko jak na tacy. Komu starczy odwagi, by ocenić je śmiało, rzetelnie i uczciwie? Sine ira et studio?

A teraz – nie żeby dolewać oliwy do ognia, ale i tak zostanie to pewnie w ten sposób (stety–niestety) odczytane – dodamy jeszcze parę obserwacji. Do uczciwej, bezstronnej oceny. Dla pełniejszego obrazu naszej [(czy nie dość już i tak?) zagmatwanej?] sytuacji. Z ufnością, że Pan Bóg nie pozwala, by przylgnięcie do prawdy w imię jej umiłowania wyrządziło komukolwiek krzywdę.

Chwalona niemal pod Niebiosa nieco akapitów wyżej strona novusordowatch.org też idealna nie jest. A niekiedy (bardzo niekiedy) zdaje się tak naiwna, że ktoś mógłby zacząć podejrzewać jej twórców o nie do końca dobrą wolę. Oto autor strony komentuje pojawienie się na ekranach filmu przedstawiającego kapłanów katolickich (w istocie: kapłanów Novus Ordo, ale reżyserowi i 99% widowni zdaje się, że katolickich) zasadniczo jako bandę pijaków i pedofili. Autor strony z entuzjazmem (a przynajmniej pełną ciekawości co do rozwoju wypadków aprobatą) wita pojawienie się na ekranach w/w filmu, bo "uderza on w sektę Novus Ordo". Czy naprawdę nie rozumie, że wskutek oglądania przez durną widownię w/w filmu idący ulicą, jadący pociągiem, znajdujący się w miejscu publicznym kapłan integralnie katolicki zostaje przez w/w durną widownię automatycznie sklasyfikowany jako pedofil i pijak – bo durna widownia nie odróżnia ortodoksji od herezji, a sutanny kapłan katolicki i novusowy noszą takie same (o ile noszą)?

NOW sponsoruje też program Francis Watch, w którym regularnie występuje bp Sanborn. I owoż w odcinku poświęconym m.in. postaci kard. Newmana Donald Sanborn formułuje następującą myśl: gdyby Pius X wiedział, co z Newmana za gagatek (heretyk) [tzn. Sanborn sugeruje, że Pius X jest niedoinformowany], nie broniłby w publicznym dokumencie (opublikowanym w AAS) jego ortodoksji. I ten komentarz przechodzi bez echa komentarza ze strony zapatrzonego w Sanborna jak w bożyszcze prowadzącego, ale i samej redakcji Novus Ordo Watch, która z lubością (i słusznie) cytuje Leona XIII z Epistola Tua o odwoływaniu się do "papieża, który jest lepiej poinformowany". Tak naiwne, że aż paradne. Nie zmienia to naszej pozytywnej oceny 99,9% zawartości faktograficznej oraz interpretacji opublikowanych na stronie Novus Ordo Watch. To jedna z internetowych stron, a właściwie jedyna (więc nie ze stron, bo tylko jedna), którą regularnie czytamy. (W imię prawdy dodamy jeszcze, że przeczytaliśmy całe https://romeward.com/ Johna S. Daly'ego. Rozkosz intelektualna, duchowa i językowa najwyższej klasy).

My też idealni nie jesteśmy (nie? doprawdy?). I chcielibyśmy się z naszej dociekliwości i nieustępliwości w sprawie prawdy poprawić. Ale jak mamy to zrobić, skoro nikt nam racjonalnych argumentów nie przedstawia?

Tak w sprawie katolicyzmu integralnego [ze strony półtradycjonalistów – zwolenników trwania w strukturze Novus Ordo (indultowców) lub też uznawania jej za Kościół {przynajmniej obecnie, bo nie od początku tak było} i zgłaszania do niej swego rodzaju akcesu (SSPX)] jak w sprawie prawdy o nauczaniu i postawach wybranych sedewakantystów (ze strony ufających owym wybranym wiernych) pożądalibyśmy – niczym niemowlęta matczynego mleka – a syn marnotrawny "młotu, które jadali wieprze" (por. Łk 15, 16) – racjonalnych argumentów sine ira et studio. Lecz nikt nam ich nie daje.

A jawnie piszemy światu. Mając świadomość, że z powodu tego, o czym i jak piszemy, niejeden nasz P.T. Czytelnik chętnie zobaczyłby, jaki będziemy mieli (my i nasze publikacje) grób. Można by odpowiedzieć: Liczymy na to, że jeszcze zobaczą...

Aha, przez kilkadziesiąt lat działalności kaplicy x. Cekady i Daniela Dolana nie pojawiło się tam żadne powołanie [a może tylko (i aż) nikt spośród tamtejszych wiernych nie odkrył go w sobie?]. Daje to do myślenia. I tym bardziej skłania ku myśli, że rozważających poświęcenie lat życia na oddanie się pod opiekę wątpliwej wierności pasterzom warto zaznajomić z faktami.

A jeśli – dodamy tytułem (pół)podsumowania – kogoś zamiast gorszących faktów gorszy fakt podawania ich do wiadomości, to można z wysoką dozą prawdopodobieństwa podejrzewać, że ma niewłaściwie uformowane sumienie.

Jeżeli ktoś w obliczu omówionych wyżej faktów nadal traktuje słowa tych, których wybrał sobie na bożyszcza, jako prawdę objawioną, a ich zachowania jako niepodlegające krytyce – to o prawdzie albo choćby o potrzebie jej ustalenia nie przekona go nikt i nic. A jego idole (tak jak dotychczas) będą mogli sobie nadal pozwalać na (właściwie) wszystko...

Podobnej konstatacji – to znaczy, że istnieją tacy ludzie, którzy mogą sobie pozwolić właściwie na wszystko, bo ich zachowania są powszechnie tolerowane – dostarcza historia, a właściwie histeria ostatnich czasów. Miał być koniec historii, wieczna liberalna demokracja, a tu lipa – zrobił się początek histerii. Ale poligon doświadczalny przy okazji udało się zorganizować. W odpowiedzi na pytanie NA CO MOGĄ SOBIE FUNKCJONARIUSZE PAŃSTWOWI POZWOLIĆ?, w praktyce obserwujemy powszechnie udzielaną odpowiedź: Właściwie na wszystko.

Chodzi o władzę. Władzę polityczną. Władzę z natury totalną.

Funkcjonariusze państwowi zazwyczaj zakazują zakrywania twarzy (pod karami). Ale obecnie nakazują zakrywanie twarzy (pod karami). Macha na machę. To są władcy ciał. Rządcy ciał. Taką przynajmniej mają ambicję. [(Niekoniecznie) a propos: Niektórzy widzą pozytywy nakazu zakrywania facjat – ktoś powiedział w odniesieniu do zamaskowanych twarzy bliźnich: "Przynajmniej nie muszę patrzeć na te głupie ryje"].

I taka właśnie jak obecnie "sytuacja kryzysowa" obnaża NATURĘ instytucji państwa (Jerzy Juhanowicz powiedziałby: "państwa rewolucyjnego").

Obnażyła też przy okazji w sposób zupełnie jawny naturę sekty Novus Ordo, której hierarchia dla zmylenia przeciwnika tytułuje się katolikami.

Kiedy po raz ostatni Konferencja Apostatów Polski wezwała do postu o chlebie i wodzie w intencji zbawienia dusz?

Spory o liczbę osób na metr kwadratowy mają ukryć prawdę o zupełnie jawnej zdradzie (pseudo)tradycjonalistów ("indultowców" diecezjalnych, FSSP, IBP, SSPX...), którzy na żądanie władz cywilnych i sprzymierzonych z nimi uzurpatorów w sutannach (albo i bez) zamknęli przed wiernymi kościoły. Nadaliby się na czas katakumb. Na żądanie władz cywilnych w osobie cesarza zapaliliby mu te ziarna kadzidła... Na czas angielskich rekuzantów też byliby nieźli. Wynieśliby się posłusznie a gremialnie z Wyspy i prowadzili z seminarium w Douay-Rheims transmisje internetowe...

"Żeby mi to bydło nie powchodziło"

To bodaj Melchior Wańkowicz wspominał wiejskiego proboszcza, który na czas kazania kazał kościelnemu zamknąć drzwi świątyni na klucz, "żeby mi to bydło nie powychodziło". Cóż, czasy się zmieniają i można by – z nieco innego klucza (z ponownym – zbliżamy się już do szczęśliwego zakończenia – serdecznym podziękowaniem dla Pawła Schulta) – powiedzieć, że drzwi kościołów nakazano zamknąć, "żeby mi to bydło nie powchodziło". Tymczasem restrykcje zelżały; a drugie oszustwo będzie gorsze niż pierwsze, bo powszechnie wydaje się, że jesteśmy na drodze do normalności, a w istocie ci wszyscy, którzy zgodzili się na prymat władz cywilnych nad kościelnymi (nawet błędnie rozpoznanymi) w kwestiach dotyczących kultu Bożego, już zdradzili. (Prawdziwa sztuka polega na tym, by prowadzić wojnę w ten sposób, aby przeciwnik zorientował się, iż walka w ogóle się toczy, gdy będzie przez nas już wygrana). Warto sobie ich nazwiska zapamiętać. Zaraz, zaraz – łatwiej (i szybciej, i krócej) będzie zapamiętać nazwiska tych, którzy nie zdradzili; pozostali wierni.

Można by powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia szkoda, iż sytuacja radykalnego ograniczenia liczby wiernych w świątyniach się skończyła. Gdyby potrwała dłużej, może skłoniłaby liczniejsze niż dotychczas grono do zadania zasadniczych pytań o Wiarę i udzielenia uczciwych odpowiedzi. Ale zasada się ujawniła. Sekta Novus Ordo oraz zgłaszający do niej akces w sprawach kultu Bożego (lub tego, co zań uważają) bardziej słuchają ludzi (władz cywilnych) niż Boga i postanowień Kościoła. Kto ma uszy ku słuchaniu, a rozum ku myśleniu...


...kto chce być zdrowy... Kolejny piękny obrazek świata współczesnego. W kalendarzu ważne są: trawienie (stąd Biovital), znak zodiaku (dlatego Byk), że niedziela jest handlowa (bez tego ani rusz). A do tego anonimowy cytat, jakże celny. Groch z kapustą. Dla każdego coś miłego. (I wybierz tu pan mądrze to, co mądre). Świat dzisiejszy.

By na (prawie) zakończenie odwołać się raz jeszcze do świata serii Deus Ex. Oto jedno z możliwych zakończeń pierwszej części gry – JC Denton stawia na współpracę z masonerią – i dowiaduje się gorzkiej prawdy o tym, jak długa bywa ludzka pamięć:

And like everything else that's happened such things will
only be dimly remembered on waking to their normal lives...
A jednak... Sed contra: Obraz wiernych klęczących w maskach przed zamkniętymi drzwiami kościoła, w którym moderniści (których ci klęczący w maskach uznają za prawowitych przedstawicieli Kościoła katolickiego) odprawiali swoje celebry, pozostanie w naszej pamięci. Na długo. Before and after, jeśli nie forever.

Podzielimy się też na finał refleksją, że przy naszych (takich, jakie są) niedoumiejętnościach pisarskich uraziliśmy pewnie niniejszym tekstem właściwie wszystkich, a nie przekonaliśmy nikogo – choćby do uczciwych prób poszukiwania prawdy i nie spoczywania na laurach.

Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości: to jest zasadniczo tekst o stosunku do prawdy, a nie rozprawa z panem, wójtem i Dolanem.

Na koniec pozostaje postawić jeszcze klasyczne pytanie: Po co to wszystko? – oraz towarzyszące: Jak jako katolik mam kochać Pana Boga, a nie tylko być mocnym w apologetyce? Po co im (jakim im? no – im!) panika wywoływana przy okazji "epidemii"? Po cóż upieranie się przy fałszywie rozumianej lojalności wobec wątpliwej jakości autorytetów w kapłańskich szatach? Cóż, pożyjemy – zobaczymy – jak powiedział ślepy – jak napisał Kisiel.

_______

* Słowo "czyli" w tytule zastosowane nieco przewrotnie, jak już niejednokrotnie w naszych publikacjach – może odnosić się do znaczenia "to znaczy" lub też "lub też". Por.:




Aha, i o co chodzi z Kroniką upadku? Cóż, próba uczciwego opisu czasów obecnych może skłaniać ku myśli, że stajemy się właściwie kronikarzami zmierzchu świata (czy tylko współczesnego?). Po co pisać o tym, o czym trąbią i inni – od którego to trąbienia aż trudno się opędzić? Ze znaną na całym świecie (mojżeszową) skromnością: zdaje nam się, że – być może w odróżnieniu od innych publicystów – potrafimy dość celnie wskazać przyczyny i charakterystyczne objawy tego upadku.

* * Dwie gwiazdki, choć w tekście powyżej nieobecne, odniosą się do możliwego do postawienia nam zarzutu autoreferencyjności. Że uprawiamy takie wypisy z klasyka tzn. podobnie jak WŁ lub "Kościół posoborowy", czyli (w znaczeniu "to znaczy") sekta Novus Ordo, odwołujemy się właściwie tylko do siebie. Siebie samych cytujemy. No, jakby mógł powiedzieć niejeden bohater powieści Bruce'a Marshalla: i tak – i nie. Przecież połowa (jeśli nie więcej) tekstowej zawartości WiWów (we wszystkich czterech odsłonach) to są tłumaczenia. Czyli ktoś inny już jakąś myśl mądrze sformułował, a my tylko uznaliśmy za swoje zadanie umożliwienie publiczności polskiej zapoznanie się z danymi przemyśleniami w najpiękniejszym na świecie języku. Więc ewentualny zarzut oddalamy.

* * * [Uwaga korektorsko-odredakcyjna:] Właściwie to zwraca uwagę nadmiernie częste użycie w tekście słowa "właściwie".

* * * * [Sine ira et studio. My też nawet tłumaczyliśmy i publikowaliśmy wybrane (dwa) kazania bpa Sanborna – np. http://wiwopowiwo.blogspot.com/2018/04/bp-donald-sanborn-proboszcz-bardzo.html tudzież http://wiwopowiwo.blogspot.com/2018/03/bp-donald-sanborn-contra-mundum-czyli.html, choć w sprawie świątobliwego papieża Liberiusza przychylamy się opartej o fakty interpretacji Johna S. Daly'ego: Chapter X: X. THE ALLEGED FALL OF POPE LIBERIUS (https://novusordowatch.org/wp-content/uploads/michael-davies-evaluation.pdf)]. Więc nie próbujemy naszą publikacją powiedzieć, że wszystko, co robi i głosi bp Sanborn, jest złe/błędne.

* * * * * Uwaga końcowa: nawet gdyby każdy sedewakantystyczny duchowny był kanalią (a nie jest; proponujemy tu zaczątek pro–eseju: spróbujmy wymienić nazwiska sedewakantystycznych duchownych godnych zaufania w kwestiach wierności nauczaniu Kościoła oraz osobistych postaw moralnych), nie oznaczałoby to, że stanowisko sedewakantystyczne jest fałszywe.

****** Odkrywamy wszystkie karty. Jak chcielibyśmy, aby odebrano słowa powyższego tekstu: jako wezwanie do uczciwego badania prawdy. Apelujemy o to z głębi serca do każdego człowieka dobrej woli i uczciwego umysłu.

Być może z powodu tego, co napisaliśmy, będziemy w nienawiści u wszystkich (jak Ultras Legia z graffiti na murze warszawskiego toru wyścigów konnych: Ultras Legia. Nienawidzimy wszystkich). Być może. Być może jednak znajdziemy kogoś – z paschałem czy inną pochodnią by dziś szukać – kto przyjął miłość prawdy.

Trudne to. Trudne to w świecie, w którym ludzie uważający się za katolickich tradycjonalistów sądzą, że ci, których uznają za prawowitych hierarchów Kościoła mogliby właściwie (o! jeszcze raz "właściwie"!) ogłosić publiczny kult Szatana (zaraz! właściwie już to zrobili → patrz: Paczamama) i nadal pozostaliby katolikami i tworzyliby prawowitą hierarchię Kościoła. Cóż, niektórzy miłości prawdy nie przyjęli.

Trudne to również w świecie, w którym niejeden sedewakantysta przedzierzgnął się z własnej woli w sekciarza podążającego ślepo za obranymi sobie ślepymi i zaślepionymi wodzami (por. Mt 15, 14). Cóż, niektórzy miłości prawdy nie przyjęli.

Nikt nie jest idealny. Ale granice tolerancji dla grzeszności (szczególnie publicznej) tych, którzy podobnie jak my oceniają dziś sytuację eklezjalną, również istnieją. Dla błędu w nauczaniu w zakresie wiary i moralności tolerancji zaś nie ma. Tu granica została jasno określona przez Kościół (jedno odstępstwo od nauczania magisterium → satis).

Są i granice wytrzymałości czytelników. Więc kończymy. In Christo.