Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania moje lata dziewięćdziesiąte, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania moje lata dziewięćdziesiąte, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

Moje lata dziewięćdziesiąte: Jeszcze jeden powrót do przeszłości

 

Zdumiewające, ale prawdziwe... Że dało się, że komuś przyszło do głowy, że można to pokazać, że wolno było to zaproponować publice... Że nikogo za to nie zdekapitowano (aha, niesławne "moratorium na wykonywanie kary śmierci").


Jeden z serii podobnych do siebie jak dwie krople brudnej wody "młodzieżowych" filmów – pt. Chłopaki nie płaczą, a w nim scena rozmowy o Murzynach w US of A. Któż dziś ośmieliłby się coś takiego albo podobnego nakręcić (nie mówiąc o tym, że pokazać!)?

 

Zeszyt do nauki języka angielskiego dla dzieci. Rok 1996. Budynki w mieście. Wśród nich kościół. Katolicki, a jakże, bo przy supermarkecie artybutem jest koszyk na kółkach, przy szpitalu – ambulans, a przy świątyni – RÓŻANIEC!

 

Rozdział poświęcony zabawkom dla dzieci (w odróżnieniu od zabawek dla (dorosłych?) mężczyzn]. Między innymi lalka, ciężarówka, UWAGA: PISTOLET.

 

Takie rzeczy kształtujące umysłowość młodych też wydawano! (To musiał być jakiś nasz).


W tej samej gazetce edukacyjnej dla młodocianych: komiks o Goofym (czyli o Głupolu – tyle znaczy jego imię). Głuptak buduje dom według planu, który przez pomyłkę przymocował do góry nogami. Wychodzi mu dom z dachem wrytym w ziemię i podłogą na wierzchu.


Jeszcze wolno było się z tego śmiać jako z głupoty. A dziś przecież takie domy wznosi się celowo i nie wpuszcza do nich bez biletu.


Przykład drugi: Głupik przyrządza kolację i zasiada przy zastawionym stole, na którym świece. Dobrze mu jest. Rozmarza się. Patrzy w oczy ukochanej... A ta "ukochana" to dama na ekranie telewizora ustawionego przed Głupiakiem na stole: "To moja przyjaciółka!" (She's my friend!). Dziś już młodzi mogliby wziąć ekranową twarz za facjatę ukazującej się Gufiemu na żywo fejsbukowej "znajomej" ("autentycznie" tj. live towarzyszącej mu przy posiłku) i wcale nie dostrzec dowcipu!


Motorynki. BMXy. Deskorolki. Jeszcze wrotki, wkrótce łyżworolki. Baseball na miarę polską (Bejsbol po polsku → kontacje mafijne również; Pruszków, Wołomin): kawałek sztachety czy deski wyrwanej (odpadłej) z ławki plus piłka tenisowa. Nb. nieustające zawody w ciskaniu piłki tenisowej w górę tak, by wpadła na dach kilkupiętrowego bloku i już zeń nie wróciła.


Bijatyki na kształt zapasów, potem już zderzenie z biciem w twarz (w starciach bardziej na serio). Jakiś pokaz karate czy innego kung fu w szkole bez wątpienia za zezwoleniem dyrekcji, wychowawczyń i nauczycielek.


Rowery reksio. Składaki wigry 3. Hałaśliwe dynamo. "Terkawki" zrobione z kawałka plastiku. Rączka na kierownicę umożliwiająca wydawanie odgłosu niczym dodającego gazu motocykla. Koraliki na szprychach. Byle głośniej. Niech nas zobaczą (bo usłyszą)! [Potem (kiedy dokładnie?) pierwsze "górale"].


Lekcje "wychowania" "seksualnego" prowadzone przez panie biolożki czy tym podobne. I, zanim jeszcze przyszło do zapoznawania młodzi z przeznaczeniem antykoncepcji (a raczej utwierdzania ich w przekonaniu o normalności tego, co już uświadomili im bardziej "uświadomieni" koledzy) → podobnie jak we wspomnieniu Obywatela K.!: pismo pornograficzne zarekwirowane uczniakowi, nieoddane później, a według wiarygodnych relacji przekazane przez nauczycielkę własnemu synowi, żeby się zapoznał z facts of life...

 

Wiało już postępem...


P.S. Wspomnienie komunikacyjne z autopsji w nawiązaniu do tematu ikarusów podjeżdżających z trudem pod Belwederską (szczególnie tych "czarnych" linii, które miały jeszcze za światłami przystanek i musiały nabierać szybkości od zera; pozbawione tej możliwości, na jaką czyhali kierowcy choćby "pięćset trójek" – rozpędzenia się i przemknięcia/przecięcia Spacerowej/Gagarina): mówiono mi o tym, że taki ikarus (przynajmniej) raz nie zdołał dojechać na górę, nawet już rzężąc na najniższym biegu; kierowca zatrzymał pojazd, poprosił pasażerów, by wysiedli, dogramolił się na górę i zaprosił ich z powrotem na pokład.


P.S. 2. Trolejbusy, niebieskie trolejbusy linii 51 do Piaseczna, oczywiście.

Moje lata dziewięćdziesiąte: Impresje motoryzacyjne, wiejskie i inne

 

Impresje rozproszone


Budki telefoniczne. Telefony na (kolejno) monetę (choć głowy nie dam, czy to jeszcze nie lata 80.), żeton, kartę. Na osiedlu były takie automaty, przez które kolega potrafił rozmawiać za darmo. Znalazł metodę, która chyba polegała na odpowiednio umiejętnym naciskaniu widełek aparatu w odpowiednim momencie i siup! Darmowa rozmowa gotowa! Nie wiem, czy (za)działałoby to na połączenia międzynarodowe. Potem zaczęto instalować na potęgę telefony w domach. Pytania na korytarzach szkolnych i podwórkach: "Jaki masz numer?". I dzwonienie dla żartu do kolegów. Każdy dostawał do skrzynki książkę telefoniczną z – o ile pamiętam – nazwiskami i numerami (nieumieszczanie trzeba sobie było specjalnie zastrzec – z automatu jako abonent znajdowałeś się w publicznym wykazie nazwisk i numerów). W dobie "ochrony danych osobowych" nie do pomyślenia!


Publiczne reklamy papierosów. Żeby na końcowych etapach ośmioklasowej podstawówki większość uczniów paliła? – chyba nie. Ale już w liceum – "przynajmniej podczas imprez" ("palił, ale się nie zaciągał") – już chyba tak. Temat zresztą do osobnego obszernego opracowania: Palące dzieci i młodzież. Jak, gdzie, ile i kiedy? Dobrze poinformowane źródła donoszą, że obecnie (mimo iż cena paczki fajek jest, zdaje się, relatywnie droższa niż w latach 90.) większość osób w wieku późnopodstawowoszkolnym (a na pewno licealnym) pali. Zdumiewające! 

 

Żebrzący na ulicach Rumuni. Niezapomnianej pamięci ksiądz (ksiądz-zagadka, jak wielu) Eugeniusz Ledwoch, który z ambony powiedział, żeby temu Rumunowi, co pod kościołem siedzi i wyciąga rękę po wsparcie nic nie dawać – bo proponował mu, że najmie go do pracy nad wznoszeniem budynku nowej świątyni, a ten leń odpowiedział, że nie.

 

Baraki kościelne. Budowanie świątyń etapami. Na Kabatach do dziś istnieje świątynia pw. o. Pio – w trzech wcieleniach. Trilokacja. Początkowy barak z pustaków (obecnie pewnie siedziba jakiejś firmy meblarskiej czy innej pogrzebowej). Świątynia numer 2. Świątynia numer 3 (na zdjęciu jeszcze w fazie budowy; do tekstu wpisu z oryginalnego WiWo należałoby wprowadzić erratę, polegającą na podkreśleniu, że nieomylność Kościoła dotycząca beatyfikacji oraz kanonizacji wynika w ostateczności z autorytetu papieża, który publicznie i nieomylnie błogosławionych i świętych ogłasza – nie zaś z takich czy innych procedur stosowanych w ramach procesów).

 

Dość charakterystyczne, że na pobaracznym etapie budowy zazwyczaj koncentrowano się na początek niekoniecznie na nowej świątyni, ale na domu parafialnym. Gdy ten był już gotowy i odpicowany (odeleganciony, chciałoby się rzec, gdyby nie sugerowało to opacznego rozumienia słowa: że był elegancki i przestał taki być), przystępowano do wznoszenia przybytku Novus Ordo. Z drugiej strony: o ile dobrze pamiętam, x. Ledwoch nawet po wzniesieniu gigantycznej świątyni i domu parafialnego wciąż mieszkał w przybaracznej salce.


Na przyblokowych parkingach – luzy. Parę aut na krzyż. Dziś samochodów taki natłok, że kosmici/ufoki spoglądający na naszą planetę z dystansu (z lotu ufoka) mogliby nabrać przekonania, że na ziemi rządzą automobile. Gdzie się upchnąć?


Ikarus, który kończył wjeżdżanie na Belwederską ledwie zipiąc na drugim biegu. 

 

Rok 1995. Otwarcie metra.  Kolejna wielka budowa socjalizmu. Józef O. na stacji Wilanowska. Trasa kończy się na Politechnice.

 

Dekalog Kieślowskiego i Piesiewicza. Obrazy jeszcze z lat 80., ale już zapowiadające lata dziewięćdziesiąte. W kolejności części: X (genialna!), I i V (znana w dłuższej wersji jako Krótki film o zabijaniu; pod względem formalnym klasa wszechświatowa; wymowa, niestety, fałszywa i manipulatorska). Reszta serii dziwaczna, wydumana i szkodliwa. Lata 90. pełniej ukazane w Trzech kolorach: Białym.

 

W naszych wspomnieniowych rozważaniach brak może nieco perspektywy wiejskiej – komentujemy zasadniczo z punktu widzenia mieszkańców miast lub przymieści. A były krowy, pola – uprawne nie tylko z nazwy, ale uprawiane – dziesiątki (no, może przesadzam, ale zjawisko wyglądało na masowe) małych przydomowych tartaków – pewnego roku się pojawiły. Nie: jeden, wielki tartak na całą wieś – ale "rozproszone", zindywidualizowane, (prawie?) każdy miał swój. Miał – bo niedługo potem przyszło "prosperity" (potaniało; "wszystko można kupić" – no, nie wszystko, jak się okazuje); szopy z narzędziami też poburzono. Po co to trzymać, skoro wszystko można kupić?


Kościół we wsi wznoszony własnymi siłami mieszkańców. Dziś najmuje się do tego Ukraińców...

 

Trabanty. Wartburgi. Mercedes symbolem luksusu – firma taksówkarska reklamująca się (prawdziwie, o ile się zdaje): "U nas tylko mercedesy!".


Ludzie en bloc zrobili się w latach 90. i późniejszych po prostu wygodni. Nie orzekam tu, czy to dobrze, czy źle – opisuję. Jak by nie było – specjalizacja, dostępność (lub pozorna dostępność) dobrych dóbr – zrobiły swoje. Kto dziś jeszcze robi własne przetwory?


Pan Toniewicz


P.S. Trudno mieć do społeczeństwa pretensje, że się bogaci (Kisiel twierdził, że społeczeństwu zasobnemu łatwiej zaangażować się w sprawy Wiary, gdyż potrzeby cielesne ma już "zaopatrzone" – czas chyba nie przyznaje mu racji), lecz może w imię równowagi między rzeczywistościami cielesną a duchową należałoby wykazać gotowość podejmowania trudności (postów itp.) zadawanych samym sobie – nie z musu, lecz z ochoty. Ad maiorem Dei gloriam. I ku pożytkowi naszemu.

Moje lata dziewięćdziesiąte: Impresji ciąg dalszy


Facepalm: Angel

Nie należy chyba wykluczać, że Kazik, zagrzewając Gołotę do boju w taki sposób, w jaki to zrobił, chyba trochę się z boksera podśmiewał. Całokształt twórczości Kazimierza Staszewskiego i jego Kultu trudno zresztą traktować do końca poważnie. Chyba sam autor tekstów zespołu w ten sposób go nie traktuje.

Przyszła mi do głowy kiedyś taka szalona idea: zrealizować film w jednej konwencji, ale w jego ostatniej scenie całkowicie ją zmienić, zupełnie zaskakując widza. Na przykład: kręcimy dwugodzinny melodramat, a w ostatniej scenie element całkowicie komediowy, który nijak pasuje do konwencji melodramatu. Gran Torino, w którym w ostatniej scenie Walt zmartwychwstaje i za pomocą uzi wywiera pomstę na złych Hmongach. Prosta historia, w której wpatrujący się wspólnie w gwiazdy bracia zostają w ostatniej scenie "wzięci" przez ufoki czy inne ufoludki. Wszystko fajnie. Tylko czemu miałoby to służyć (poza zaskoczeniem dla zaskoczenia, czyli efektem dla efektu)? Więc zamiast tego są (na dobry początek) Żeńcy.

Pozostając w "transformacyjnych" klimatach muzycznych dodałbym tylko, że w teledysku do piosenki G. Ciechowskiego kapliczka stanowi element smutnego, szarego krajobrazu. To nie jest na wskroś polska kapliczka w na wskroś polskim krajobrazie ze zdjęcia E.S.. U Ciechowskiego figura Matki Bożej służy po prostu jako jeszcze jeden rekwizyt w tańcu widm i upiorów.

Koszykówka zaczęła się w Polsce na dobre chyba właśnie na początku lat 90., po nadawanym raz w tygodniu w telewizorni programie poświęconym rozgrywkom NBA. To wtedy zapoznano nas z nowymi bohaterami masowej świadomości: wszystkimi tymi Jordanami, Pippenami i Barkleyami.

W sprawie "małego solo": powinienem był napisać: Pamiętam zastosowane jeszcze w liceum wyrażenie/wyzwanie: "Pójdziemy na małe solo?". Bardziej niż o konkretną nazwę na określenie czynności polegającej na poparciu swojego zdania siłą fizyczną chodziło mi o zwrócenie uwagi na fakt, że około roku 2000 taka idea rozstrzygania sporów (a przynajmniej dobitnego wyrażania swojego zdania) nie została jeszcze zapoznana (w znaczeniu: zapomniana), mimo szerzącej się już propagandy "antyprzemocowej", głoszącej, że "każda przemoc jest zła".


O propos "gejów" – bardzo celny wydał mi się tekst Lecha Stępniewskiego z roku 2003: 

W kontekście rozważań okołoeklezjalnych wpadamy niniejszym na chwilę
Z dygresji w dygresję

[Na Agrykoli '91 i "beatyfikacji" '99 byłem, a choć pozostawałem (do czasu) wiernym kibicem poczynań Józefa Ratzingera, na "masówkę" z jego udziałem w 2005 r. już nie poszedłem].

Na początek pozwalam sobie zauważyć, że Karol Wojtyła mnie również utwierdził w wierze katolickiej. W inny jednak zapewne sposób niż Obywatela K. "Ekscesy" JP2, na przykład w postaci wielokrotnego uczestnictwa w communicatio in sacris z niekatolikami (choćby wspólna modlitwa z animistami) stanowiące rezultat ("to nie kryzys – to rezultat") jego przylgnięcia do heretyckich nauk SW2 o "wolności religijnej" i "ekumenizmie", poprowadziły mnie do głębszego i uczciwego zapoznania się z nauką Kościoła na temat jego samego oraz prawd wiary i moralności. Oraz przyjęcia ich z pokorą i wdzięcznością.

Dwa z brzegu przykłady świadczące o tym, że Karol Wojtyła był heretykiem (dobra czy zła wola nie mają tu nic do rzeczy, gdyż nie znamy motywacji JP2; przyglądamy się faktom):

W Catechesi Tradendae (1979) w punkcie 32 czytamy, że w ramach katechezy: "jest rzeczą niezmiennie ważną, aby lojalnie i poprawnie zostały przestawione inne Kościoły ["Et unam... Ecclesiam → przyp. PT] i wspólnoty kościelne, za pomocą których Duch Chrystusa nie wzbrania się przynosić zbawienia". 

W katechezie podczas audiencji generalnej 14 kwietnia 1982 r. Karol Wojtyła zaprzecza wyższości stanu bezżennego nad "żennym".

Przepraszam niniejszym za szarganie nerwów Obywatela K. i śpieszę wyjaśnić, czemu konsekwentnie piszę "Karol Wojtyła" miast stosować powszechnie stosowaną terminologię. Otóż Marcin Luter, podobnie jak (anty)bohater naszej dyskusji, też był ważnie wyświęconym księdzem, lecz dziś raczej nikomu nie przyjdzie na myśl, by pisząc o owym arcyherezjarsze nazywać go "księdzem Marcinem Lutrem". Wygląda na to, że właśnie ze względu na jego publiczne odstępstwo od Wiary.
(O kardynale Wyszyńskim pozwoliliśmy sobie niegdyś napomknąć tutaj:
W sprawie obecnego miejsca przebywania duszy Karola Wojtyły prawowita władza kościelna dotychczas się nie wypowiedziała, więc nie mamy podstaw, by uznawać go za świętego i takim go tytułować.

Wiara katolicka w Polsce w sześćdziesiąt lat po "nowej wiośnie Kościoła", a w jej ramach po ponad ćwierćwieczu "pontyfikatu" "papieża"-Polaka znajduje się... chciałoby się powiedzieć: w głębokim kryzysie (na wyrażenie: "w stanie agonalnym" nie ważymy się) – ale fakty są takie, że katolików tzw. integralnych, czyli po prostu katolików – osób przyjmujących całą naukę Kościoła bez wyjątków – jest zaledwie garstka. I nie chodzi o to, że każdy musi znać całą naukę Kościoła we wszystkich jej szczegółach – nie, tego Kościół od każdego nie oczekuje. Ale to, co z nauki Kościoła zna, o czym wie – przyjąć musi, musi to wyznawać – a wobec tego, czego z doktryny Kościoła nie zna, musi wyrażać wewnętrzną zgodę i mieć wolę przyjęcia owej nauki, jeśli ją pozna. Czy jesteśmy w stanie wskazać dziś (na przykład wśród bliskich) kogoś takiego, kto przyjmuje i wyznaje, że extra Ecclesiam nulla salus, że Kościół jest nieomylny, że papieża należy nie tylko uznawać, ale i słuchać w jego nauczaniu nadzwyczajnym oraz zwyczajnym (zgodnie z orzeczeniem Soboru Watykańskiego tzw. Pierwszego), że prozelityzm jest jak najbardziej pożądany, że diabeł i piekło istnieją, że święci z nami obcują, że Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, że ważnie zawarte małżeństwo jest nierozerwalne, że metoda zapłodnienia in vitro jest niedopuszczalna, że kara śmierci jest jak najbardziej dopuszczalna, że dusza ludzka jest nieśmiertelna...

Bardzo znamiennym objawem niewiary albo przynajmniej wątpienia w ostatnią z wymienionych prawd (a przypominamy, że do automatycznego wykluczenia się z Kościoła wystarczy negować lub wątpić w jedną choćby z podawanych przezeŃ do wierzenia prawd) jest to, co można zaobserwować coraz częściej na polskich cmentarzach. Oto co (przykłady z brzegu z ekspozycji firmy kamieniarskiej):







Bez~nadziejne


Obrazek paraeklezjalny z lat "przełomu":
Na początku lat 90. kolega z podstawówki (regularnie uczęszczający do kościoła ministrant!) pokazywał mi swój zeszyt ze spisanymi własnoręcznie tekstami piosenek, które najwyraźniej cenił, skoro zadał sobie trud przeniesienia ich na papier (chyba też własnoustnie je śpiewał). W notatniku na poczesnym miejscu znajdowała się piosenka Pawła Kukiza pt. ZCHN zbliża się...

Końcową deklarację ostrożności Obywatela K. można odczytać jako swego rodzaju zachętę do powstrzymywania się od pochopnych osądów, a zniechętę do formułowania "zbyt radykalnych" wniosków.
Sam Obywatel K. pisze: "kierowałbym podejrzenia wobec de facto puczystów, którzy zdołali przejąć kontrolę nad Soborem Watykańskim II". Innymi słowy: sam Obywatel K. dokonuje swego rodzaju "osądu" teologiczno-historycznego [co więcej, sprzecznego z narracją tego, co powszechnie uważa się za Chrystusową oblubienicę – moderniści okupujący obecnie struktury Kościoła twierdzą przecież, że "hermeneutyka ciągłości", "to nadal ten sam Kościół, co dawniej", że żadnego "puczu" nie było i nie ma i wszystko jest w najlepszym Ordo. Novus ordo missae. Novus ordo seclorum. Do wyboru, do koloru]. I, zgodnie z tym co pięknie wyłożył w obdarzonej pochwalną recenzją samego Watykanu książce pt. Liberalizm jest grzechem ksiądz Félix Sardà y Salvany, Obywatel K. ma do formułowania takiego "osądu" pełne prawo. Pan Bóg, za przeproszeniem, mózgami obdarzył nas nie od parady.


Moja osobista grzeszność nie ma wpływu na prawdziwą obserwację dotyczącą czyjegoś odstępstwa od nauczania Kościoła. Mogę być ostatnim grzesznikiem na ziemi i pozostawać członkiem Kościoła z tytułu integralnego wyznawania Wiary. Choćbym za moje niecne czyny miał wylądować bezpośrednio po śmierci w piekle. Za moją wiarą nie szły uczynki, ale wiarę miałem. Byłem członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa.

Jeśli natomiast ktoś prowadzący "kryształowe" życie przeczy choć jednej prawdzie podawanej przez Kościół do wierzenia, członkiem Kościoła nie jest. W związku z tym nie może piastować w nim żadnej godności. Albo uzyskał ją tylko pozornie – albo, uzyskawszy ją prawowicie, utracił następnie z powodu odstępstwa od Wiary.

Nasuwa się z jednej strony myśl, by przeprosić za poświęcanie tak dużej części tekstu kwestii Wiary, lecz w istocie rzeczy (takie żywię przekonanie) na kondycję społeczeństw i narodów należy patrzeć przede wszystkim przez pryzmat duchowy. Poszczególne zwycięstwa  poszczególnych ludzi nad grzechem. Wierność nauce Kościoła aż do heroizmu. A dominujący na danym obszarze model polityczny czy kształt gospodarki (której "mordowanie" stało się w tzw. publicznym dyskursie ostatnich czasów tematem godnym daleko większej uwagi niż na przykład mordowanie nienarodzonych dzieci) to pochodne tego, jak wielu zostaje wiernych Bogu i Kościołowi*.


Vade mecum? Którędy do Nieba?
(Czyżby Pan Jezus nie wiedział, dokąd i jak nas poprowadzić?)
Zdjęcie i podpis do gruntu moralizatorskie (ale prawdziwe):
Pan Jezus, Jego Kościół i Jego namiestnik na ziemi, Papież, zgodnie z gwarancją daną przez samego Zbawiciela, nie są w stanie nauczać fałszu i prowadzić wiernych do zatracenia.

Pan Toniewicz


Wspomnieniowe P.S.

Pistolety na kapiszony. Petardy odpalane w miejscach doprawdy najróżniejszych. BMXy z obowiązkową gąbką na ramie i kierownicy. Nieszczęsne Bravo. Jojo. Oranżada w proszku spożywana "na sucho". Zasłuchiwanie się w listy, pożal się Boże, przebojów programów radiowych.

* P.S. 2. W kontekście zastanowienia nad hierarchią ważności zastanawiamy się, czy nie należałoby dokonać lekkiej korekty deklaracji KTLa w niniejszym wpisie:

i połączyć dwa punkty w jeden, pisząc: "Jestem mężem i ojcem", albo – dając wyraz wierności nauczaniu Kościoła w zakresie hierarchii celów małżeństwa – lepiej: "Jestem ojcem i mężem"...

Moje lata dziewięćdziesiąte: Impresje II


Zafiksowałem się na latach 1988-1993, gdyż był to dla mnie czas zwrotów akcji, złudzeń, rozczarowań, marzeń, uniesień, upadków, podnoszenia się itd. No i zapomniałem o Gołocie. Przecież w 1996 r. (i później) to było zbiorowe szaleństwo. Również wspomniany przez Pana Toniewicza „Kazik” zagrzewał do boju: „Andrzej Gołota, Gołota, Gołota, Gołota”. Na poprawkowej liście egzaminacyjnej wywieszonej na korytarzu w IH UW jesienią 1997 r. dopisali się „Andrzej Gołota” oraz „Andrew Golota”. Fryzura na Gołotę, fascynacja gangsterką („Pershing”!), sporty walki, American Dream – tak, to współtworzyło atmosferę tamtych lat. A przy tym w karierze Gołoty ujawniał się polski los – wielkie oczekiwanie, już, już blisko szczytu, i sromotna klęska. Wprawdzie nie oglądałem walk Gołoty (z braku telewizora czy transmisji), niemniej wyczekiwałem na komunikat o wyniku pojedynku z Lewisem, jakże żałosny zresztą.

Legia… Dzięki Panu Toniewiczowi uświadomiłem sobie, że przecież jej skład z 1995 r. pamiętam niemal w całości do dzisiaj. Najbardziej lubiłem Jacka Bednarza. Mecz ze Spartakiem, zima, na boisku błoto z solą, i znowu żal, że i tym razem porażka. Owszem, tamta Legia była bardziej autentyczna od tej z początku XXI w. Pamiętam mecz Legii sprzed kilku lat; grało trzech Polaków (w tym bramkarz) i ośmiu cudzoziemców. Nawet kiczowate stroje z Daewoo miały swój urok, zarazem wpisywały się w stylistykę wczesnych lat 90. A propos: zapomnieliśmy o Daewoo! Kupno Matiza, a tym bardziej Lanosa, nie wspominając już o Nubirze, to przecież był dla wielu pierwszy krok na drabinie tzw. awansu społecznego… (W przypadku Nubiry już dwa kroki).

Gra w kapsle: wydaje mi się, że moda przemijała pod koniec lat 80., ale wcześniej grała większość chłopców. Sam miałem cały worek kapsli, przeważnie po piwie lub oranżadzie, przy czym chyba większą frajdę niż sama gra sprawiało mi rękodzieło: wydłubywanie gumowej uszczelki, mocowanie na jej wewnętrznej stronie flagi jakiegoś państwa, otaczanie folią i wklejanie na powrót całości w kapsel, dzięki czemu flaga widoczna była z daleka, a kapsel zyskiwał odpowiednie wyważenie. Najchętniej grałem kapslem z flagą Nepalu (!). Ciekawostka polityczna: pamiętam, że unikano flagi sowieckiej, niemniej na schodkach prowadzących do szkoły przy Promienistej odbył się któregoś dnia pojedynek mistrzów, z których jeden grał kapslem z flagą USA, a drugi – właśnie z czerwoną. Zimna wojna w wersji podstawowej. Ale to wspomnienie z połowy lat 80., później amatorów ubywało, a mistrzowie nie znajdowali następców. Mam wrażenie, że w latach 90. na krótko powróciła moda na „zośkę”.

Jeśli chodzi o kolekcje, to warto dodać ulotki agencji towarzyskich z pierwszej połowy lat 90.; jeden ze znajomych zapełnił nimi gruby album, zresztą w celach quasi-socjologicznych, nie konsumpcyjnych.

W mojej podstawówce koszykówka była praktycznie nieznana, nie przypominam sobie kosza na sali gimnastycznej. Nie zapamiętałem też rozmów o koszykówce, choć nie jestem tu miarodajny, bo sportem, nie licząc może piłki nożnej, interesowałem się umiarkowanie. Moda na koszykówkę pojawiła się w moich czasach licealnych, ale nie od razu, chyba ok. 1990/1991 r. Jeden z kolegów brał nawet udział w jakichś zawodach. Przypominam też sobie dalszych znajomych, którzy jeździli na Agrykolę, by pograć w kosza.

W latach 80. mówiło się „solówa”, nie słyszałem o „małym solo”. „Solówa” oznaczała pojedynek zwaśnionych młodych mężczyzn, przeważnie w otoczeniu kibiców i komentatorów. I tu dość żywe wspomnienie: wiosną 1989 r. na boisku szkolnym we Włochach doszło po lekcjach do pojedynku dwóch kolegów z mojej klasy. Nie pamiętam, czego dotyczył spór, najwyraźniej przeciwnicy też nie byli tego pewni, ciosy wymieniali niemrawo, doping przygasł, nagle nastroje się odmieniły i wprawdzie nie padło gromkie „kochajmy się”, niemniej rzucone przez kogoś hasło pójścia na piwo – dla większości inicjacyjne – wzbudziło aplauz, a nawet euforię. Sprawa nie była jednak prosta. Byliśmy nieletni, ale to akurat bez znaczenia, bo wskutek ogólnych niedoborów piwa i tak brakowało. Rzucano je (Warkę lub Królewskie) od czasu do czasu do jedynego spożywczaka w okolicy, znikało w mgnieniu oka. W tych warunkach ostatni nieraz okazywali się pierwszymi. Przywództwo objął „Tyka”, niezbyt lotny, drugoroczny (kiblował, jak to określano w języku szkolno-więziennym), za to dzięki koneksjom rodzinnym mający dojścia. Poszliśmy na Rybnicką, do legendarnego Sarapatego, o którym wspominał Leszek Płażewski w swoich opowiadaniach włochowskich z lat 60. czy 70. Dostępu do Sarapatego nie miał byle kto – i trudno się dziwić; bodajże dwa lata później, zapewne wskutek utraty czujności, zatłukli go żołnierze na przepustce. „Tyki” też by nie przyjął, ale „Tyka” znał kręcącego się w pobliżu „Karalucha”. Wręczył mu składkowe pieniądze i niebawem „Karaluch” wychynął z naręczem Królewskich. „Pijaczkowie” – skonstatował z szelmowskim uśmieszkiem, przekazując pałeczkę młodszemu pokoleniu. Piliśmy ukryci, o zgrozo, między nasypami kolejowymi, a potem pijani czy półpijani zaczepialiśmy jakieś dziewczyny, ale słabo to pamiętam, już bardziej to, że wracałem do domu z duszą na ramieniu, na szczęście Rodzice czymś byli zajęci, więc zdążyłem wytrzeźwieć w spokoju.

Ominęła mnie akcja sprzątania świata, choć w 1993 r. chyba już się odgrażano. Za to w podstawówce przymusowo znosiłem makulaturę, co odnotowywano w zeszycie pt. „Aktywność społeczna”.

Geje”! Ostatnio zastanawiałem się, kiedy po raz pierwszy usłyszałem to słowo. Raczej na pewno nie przed 1993 r., w każdym razie z początku sprawiało wrażenie egzotycznego i zupełnie obcego polszczyźnie. W drugiej połowie lat 90. narastała presja, by składać „gejom” hołdy. Pamiętam jeden z pierwszych numerów „Dziennika” (choć to już rok 2006) – wielu wyczekiwało na tę gazetę z utęsknieniem, bo niby stwarzała szansę na złamanie monopolu „Agory” – a w nim artykuł na całą stronę o nadzwyczajności „gejów” jako koneserów najlepszych marek, niedoścignionych w modzie, nabywców luksusowej elektroniki, no w ogóle trendsetterów. Autorka jednak przesadziła, a redakcja czy niemiecka oberredakcja uznała, że wyprzedziła określoną mądrość etapu i ją zdjęli. To zresztą temat na (niezależną) pracę badawczą: gotowanie Polaków na tęczowo.

Słowo „partner” zyskiwało na popularności, zdaje się, od ok. 1992 r., przy czym w moim liceum używało się go w tonacji ironicznej. Poza tym mężczyzna w roli „partnera” wydawał się figurą nieco podejrzaną (jak wyżej).

Gdybyż kapitał miał tylko wyznanie! Hm, chciałbym chyba żyć w XV wieku…

Piosenki: akurat w teledysku Obywatela GC widać kapliczkę na podwórku (przypuszczalnie) praskiej kamienicy, pojawia się też Papież-Polak w okienku telewizora.

W ocenie św. Jana Pawła II pozostaję pół- czy ćwierć-tradycjonalistą, pewnie dlatego, że mnie akurat utwierdził w wierze katolickiej. Gdyby nie był Polakiem, i gdyby nie kontekst komunizmu, być może patrzyłbym inaczej. Niemniej sądzę, że jego „ekscesy” nie wynikały ze złej woli. W każdym razie z uwagi na własne wspomnienia i doświadczenia – pielgrzymki do ojczyzny to był święty czas – nie potrafię odnaleźć się w konwencji lekceważącej, a samo mówienie „Karol Wojtyła”, zamiast „Jan Paweł II” czy raczej „św. Jan Paweł II”, szczerze mówiąc, działa mi na nerwy, mimowolne nasuwając skojarzenia z czasami, w których o Prymasie Wyszyńskim mówiło się „obywatel Wyszyński” czy zgoła „Wyszyński”. Tak czy inaczej nie Papieża-Polaka obwiniałbym za chaos w Kościele, lecz kierowałbym podejrzenia wobec de facto puczystów, którzy zdołali przejąć kontrolę nad Soborem Watykańskim II. Na wszelki wypadek pozostaję jednak ostrożny w sądach i wypowiedziach, bo brak mi wiedzy, a łatwo tu o błąd, zwłaszcza że samemu przecież nie jest się bez winy.

Obywatel K.




Moje lata dziewięćdziesiąte: Na styku dwóch światów


A na stołach czekolada razem z piwem przywieziona...
Dziś tę czekoladę (podobnie jak chemię) sprzedaje się już z murowanych budek na bazarze, ale mający stanowić synonim wysokiej jakości przymiotnik "niemiecka" pozostał


Myślę, że każde pokolenie ma taki czas, który odciska na nim piętno. Czas, który potrafi zrozumieć tylko ono, bo przypada on na jeden, niepowtarzalny moment. Dla mojego pokolenia był to z pewnością okres tzw. „transformacji ustrojowej”. Ujmijmy go cezurą czasową – od 1988 do 1994 roku. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Ale to nie jest zarzut. Ja nie zrozumiem lat powojennych, chociaż mogę je poznawać w źródłach. Nie chodzi mi o realia polityczne. Chodzi mi o świat późnego dzieciństwa, gdy życie toczy się od wieczora na podwórku do wieczora na podwórku. Nie biegałem po gruzach, nie byłem na pogrzebie kolegi, który w gruzach szukał skarbu, a znalazł niewybuch. Nie widziałem prania suszącego się w mieszkaniu, któremu brakowało pół ściany. Moje „późne dzieciństwo” przypadło na lata późniejsze, zderzenie dwóch światów – umarłego PRL, który zdechł, i rodzącej się na jego truchle III RP, mutanta powstałego z adaptacji trupa.


Epoka przed-cyfrowa, świat analogowy, gdy kaseta magnetofonowa była technicznym skarbem. A jeśli kaseta magnetofonowa, to ta, o której pamiętam z sentymentem – TeDeKa. Brak internetu, komputerów, telewizji jaką znamy dzisiaj. Magnetowid i olbrzymie do niego kasety VHS, na których filmy robione w technice analogowej, bez komputerowych animacji. A na co dzień bieganie po podwórku. Pamiętam piłkę „biedronkę”, grę w „eliminacje warszawskie”, czyli strzelanie karnych na bramkę, którą był mur bloku. Uciekanie przed osiedlowym społecznikiem, który z kijem biegał za dziećmi za granie w piłkę. Pamiętam trampki oraz jeżdżenie po dalekich osiedlach na rowerach – Wigry 3, dla starszych Jubilat. Siedzenie na ławeczce przy czymś, co w zamyśle architektów miało być placem zabaw dla dzieci, a w istocie było śmierdzącą, obrobioną przez koty i psy hałdą brudnego piachu ze spróchniałymi drewnianymi elementami, które chyba miały służyć do zabawy. Na parkingach stały maluchy, duże fiaty, skody i zastawy. Marek samochodowych było zresztą mnóstwo – polonezy, trabanty, łady, ciężarowe tarpany. Ale maluchów i dużych fiatów było najwięcej. Pamiętam jazdy do szkoły autobusem szkolnym, nieodżałowanej pamięci ikarusem; bo był to czas, gdy ten autobus królował na polskich drogach. Charakterystyczny stukot szyb, porżnięte i pomazane siedzenia wypchane żółtą gąbką i barierka na przegubie, na której siedzieć było frajdą. Z kolegami liczyliśmy, ile po drodze do lub ze szkoły miniemy na ulicy żuków i nys. Rekordem było chyba 32. Wszechobecny upadek starego systemu wytwarzał iście apokaliptyczną scenerię. Pofabryczne zabudowania upadłych przedsiębiorstw. Chodniki z przedwojennej jeszcze płyty chodnikowej, nigdy nie remontowanej, krzywej i dziurawej. Sklepy spożywcze z drucianymi koszykami, z których pamiętam dwa bodźce – przeraźliwy skrzyp skrzynek ciągniętych na żelaznym haku przez „sklepową” w obrzydliwym fartuchu oraz kałuże rozlanego mleka przed sklepem, wokół których kłębiło się stado oszalałych, przywiązanych przez właścicieli psów, które wyły, piszczały, obszczekiwały wchodzących i wychodzących ze sklepu ludzi lub przerażone wizją porzucenia siedziały z boku. W sklepie kasy z hałaśliwie wysuwaną szufladą na pieniądze i gdy PRL jeszcze dychał, plik kartek żywnościowych pracowicie wycinanych nożyczkami przez sprzedawczynię.


Z tamtego, jeszcze PRL-owskiego okresu, pamiętam zakup cukru. Przyjechał do osiedlowego sklepu cukier. A że nic innego w sklepie nie było, wiadomo, że każdy poszedł go kupić. Jednak żeby dla wszystkich starczyło, każdy mógł kupić tylko kilogram. Ustawiła się kolejka, w której ja jako dziecko odgrywałem rolę osobnego klienta; każdy podchodził, kładł 1000 zł i bez słowa brał 1 kg cukru. Prosta procedura. Bez słów. Wszystko jasne, przecież i tak nic innego nie było.


Później, już po „zmianie”, zaroiło się od warzywniaków. Pamiętam jak nauczyłem się, czym jest dewaluacja. Rano byłem w warzywniaku i widziałem tekturkę z ceną przy kartoflach – 3200 zł. Wieczorem w tym samym warzywniaku widniała cena 4000 zł.


Chodniki zastawiano straganami. Sprzedawano wszystko i na wszelkie możliwe sposoby. Od rzeczy rozłożonych wprost na chodniku, poprzez ustawienie ich na łóżkach polowych, aż do prawdziwego symbolu tamtego czasu – blaszanych szczęk. Szczęki miały formę otwieranej klapą skrzyni z blachy, która po otwarciu przybierała formę sklepiku. Na łóżkach polowych można było kupić puszki po piwie. Puste puszki po piwie, wygrzebane w Niemczech na śmietniku, umyte i przywiezione jako atrakcja, bo piwo w puszce było synonimem „zachodniości” (dzisiaj powiedziano by: "europejskości"). Chodzi o puste, zużyte puszki po piwie. Byli tacy, co zbierali puszki po piwie. Tego akurat nigdy nie umiałem zrozumieć.


Wtedy wydawało się, że ludzie ubrani są normalnie. Dopiero z perspektywy czasu widać ten niepowtarzalny styl. Dżinsy marmurki przywożone z Turcji. Plastikowe kurtki imitujące skórę, charakterystyczne wąsy w stylu Marka Leśniaka i długie włosy na karku jak u Tomasza Wałdocha. Piłka naprawdę była główną atrakcją. Nie tylko żeby w nią grać na podwórku; oglądanie meczów raz na kilka tygodni było przeżyciem, które elektryzowało całe osiedla. Meczów było po prostu niewiele i dlatego stanowiły one atrakcję niezwykłą. Meczem Polska–Anglia w 1993 żył cały kraj. Ludzie rozmawiali o tym w szkole, w pracy, w sklepach, w autobusach. Piłka wciąż była domeną męską. Piękne czasy…


Nieprawdopodobny brak gustu w ubiorze. Zielone lub czerwone marynarki, które kupowano na ulicy, prosto „z żuka”, wąskie krawaty typu „rzemyk” – to wszystko robiło za szyk odświętny. Pamiętam swoją pierwszą jazdę w życiu trolejbusem i późniejszy nowoczesny tabor zakupiony w Szwajcarii. Nigdy ich nie przemalowano, nie wiem dlaczego, więc jeździły zielone. Niektóre miały doczepioną przyczepę (autentycznie, z dyszlem jak do ciągnika) i jazda w tej przyczepie dawała największą radość. W tamtym czasie zrezygnowano też z podczepiania trzech wagonów tramwajowych, ograniczając się do dwóch.


Ze swoich ursynowskich okolic pamiętam krajobraz jednej wielkiej budowy, tylko że na tej budowie nikt nie pracował. W efekcie po całej okolicy walały się olbrzymie drewniane szpule i porozrzucane bez ładu i składu betonowe kręgi. Skopane hałdy ziemi, błoto i pola tam, gdzie dzisiaj są skrzyżowania i osiedla.


Wszechobecny obraz upadku utkwił mi w pamięci zwłaszcza przy okazji szkolnych wyjazdów na basen. Nieprawdopodobnie zniszczony autokar (chyba marki autosan) zawiózł dzieci na basen gdzieś pod Warszawą; basen mieścił się w budynkach przypominających scenerię filmów o zagładzie jądrowej. Szatnia basenu z drewnianymi ławeczkami, którym brakowało niektórych desek, nasze płócienne (bo innych nie było) kąpielówki, w których chłopiec czuł się zawstydzony faktem, że wszystko widać jak na dłoni i sam basen potwornie zajeżdżający chlorem, z oberwanymi luksferami i panią (tak, to była chyba kobieta) przypominającą terminatora, która egzekwowała wszelkie czynności wrzaskiem i groźbami. Nie dało się w tych warunkach nauczyć pływać.


Jakże zafascynowani byliśmy, gdy w tę ponurą rzeczywistość wchodziły kolorowe atrakcje, a za takie uchodziły czapki z daszkiem, które w tylnej części głowy miały plastikową siateczkę oraz charakterystyczny plastikowy pasek na regulację wielkości. Czapki były żółte (ja miałem żółtą), czerwone i – bodajże – niebieskie.


Gdy podrośliśmy, a tamten czas przeminął, tkwił w moim pokoleniu głęboko zakorzeniony głód posiadania tego, czego wcześniej nie było. Jedni poddali mu się, zamieniając w karierowiczowskich dorobkiewiczów. Inni nauczyli się dystansować od tych żądz, bo zobaczyli, jak szybko to się zmienia. Wymarzony walkman w parę lat stał się przeżytkiem. O discmanach mało kto dziś już pamięta.


W tamtej rzeczywistości zdobycie czegokolwiek było bardzo trudne. Przepływ informacji opierał się głównie na prasie papierowej (jakaż miałaby być inna?). Cotygodniowe sprawdzanie wyników lig zagranicznych, szukanie nazw tych drużyn, których gry nigdy nie można było zobaczyć, nawet w telewizji, stawało się zabawą samą w sobie. Przecież i tak nigdy nie podano wszystkich. W telewizji pokazywano zdjęcia z walk w Bukareszcie. Na szklanym ekranie widać było rząd trupów ludzkich leżących na ulicy. Dzisiaj takie zdjęcia nie mogłyby się ukazać. Za brutalne. Chociaż w filmach dla młodzieży pokazuje się znacznie brutalniejsze sceny. Później relacje z Jugosławii. Śledziłem, co tam się dzieje, i pamiętam jak pierwsze relacje mówiły o demonstracjach, zamieszkach. Później pokazywali już czołgi jeżdżące po ulicach, a parę miesięcy później podawano relacje z regularnej wojny. Ostatniej konwencjonalnej wojny w Europie.


Dla Polski to był straszny czas. Gra transformacji, przebranie się jednego systemu w drugi i spacyfikowanie społeczeństwa w białych rękawiczkach. Wydawało się wtedy, że nigdy nie będzie tak, jak starsze pokolenie marzyło, że być powinno. Miliony sfrustrowanych marzących tylko o tym, żeby wyjechać i umyć w Niemczech szybę w samochodzie. Władze „transformacyjne” porzuciły rodaków na wschodzie, tych, których w 1945 odcięła linia Curzona. Za to cieszyły się z powstania zjednoczonej Rzeszy.


Tak pamiętam tamten okres historii. Nałożył się na niego czas niezapomnianego dzieciństwa, co zawsze wywołuje sentyment, choć obiektywnie były to momenty upadku nadziei na odcięcie czerwonej pępowiny. Zamiast odrodzonej Polski narodził się mutant tak silnie połączony ze swym pasożytem, że już nie do oddzielenia. A wtedy oddzielić jeszcze można było, ale to już temat na osobne opowiadanie. Dzieciństwo przemija bezpowrotnie i tamten etap historii przeminął także. Ciekawe, jakie sentymenty i wspomnienia mają kolejne pokolenia, w czasach, gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a świat internetu wydaje się nawet ciekawszy od rzeczywistości.

Jerzy Juhanowicz
Fot. i podpis pod fot.: Red. z inspiracji Autora z inspiracji Kazika

Moje lata dziewięćdziesiąte: Miało być "Tytułem wstępu", a wyszło na to, że "Kapitał ma wyznanie"

W nawiązaniu do wspomnieniowej gawędy Obywatela K.:

Godne i wygodne, a właściwie to nawet wygódkowe upamiętnienie jednego z bohaterów lat 90., który w czasie nocnej zmiany '92 wyczuł bluesa

Tytułem wstępu pragnę zaznaczyć, że poniższe quasi-wspomnienia mogą mieć posmak pewnej wtórnej oceny rzeczywistości Polski lat dziewięćdziesiątych, niekoniecznie zaś pamiętanych wyraźnie wydarzeń. Łączą się w nich nie do końca jasne przebłyski świadomości z okresu, jak się wydawało, przełomu oraz wspomnienia innych osób, przedstawione również w formie dzieł literatury, filmu etc.

Lata dziewięćdziesiąte dla człowieka, który rozpoczął uczęszczanie do szkoły podstawowej w roku 1988, to była gra w kapsle (szczególnym uznaniem cieszyły się mityczne "maściówy" – obie części opakowania chińskiej "maści tygrysiej"). Zbieranie "turbosów", czyli obrazków dołączanych do tureckiej gumy do żucia. Potem przyszedł czas na gumę płaską w opakowaniu o większym rozmiarze – każde opakowanie zawierało trzy karty do gry – były z piłkarzami i z samochodami. Grano też (później, o ile pamiętam) w kulki. W szkole, ale i w osiedlowym sadku.

Donoszono, że niektórzy uczniowie po zakończeniu roku szkolnego palili wszystkie oworoczne zeszyty (książki chyba nie?). Otóż jeden z kolegów, zebrawszy całą serię "turbosów" numerowaną od 51 do 120... spalił ją. Co miało to oznaczać? Pamiętam, że mnie ten akt destrukcji zdziwił. Inny stracił swoją i kolegi (zbierali wspólnie) kolekcję niechcący. Mama włożyła spodnie z obrazkami do pralki...

Aha, ponieważ nie było z góry wiadomo, jaki obrazek znajduje się w opakowaniu z gumą, prowadzono wymianę. Ze szczególnym zapałem polowano na Lancię (nr 118 w kolekcji). Przypominam sobie przy tej okazji jakieś zajścia z pogranicza gangsterskich prób pozyskania pożądanego obiektu od kolegi, który nim dysponował. Cóż, nikt jednak nie zginął, czego nie da się powiedzieć o niektórych spośród współczesnych graczy komputerowych, gotowych zamordować innego za to, że sprzedał ich wirtualny cybermiecz.

Gry komputerowe, no właśnie. Kiedy grano w popularnych Rycerzy (Warlords), ośmiu kilkunastoletnich chłopa zbierało się u jednego z nas – około roku 1995 pecety typu 386 czy 486 nie były już w mieszkaniach prywatnych czymś wyjątkowym – i siedząc przed jednym ekranem uczestniczyło w rozgrywce, która była turowa, która toczyła się na jednej tylko niezmiennej mapie, w której każdy z graczy mógł obserwować posunięcia pozostałych (nikt nie wychodził ani nie wypraszał z pokoju). Były kiedyś takie trzy obrazki: na pierwszym członkowie rodziny siedzieli wokół stołu i prowadzili ze sobą rozmowę; na drugim członkowie rodziny siedzieli na kanapie i wspólnie wgapiali się w telewizornię (ale wciąż patrzyli w jednym kierunku, choć sami nie byli już nadawcami, jak przy stole); na trzecim: każdy siedział już osobno wlepiając się w swój własny laptop/smartfon/co tam jeszcze (niepotrzebne skreślić). Wtedy trzeba było się fizycznie spotkać, żeby wspólnie zagrać w choćby najprymitywniejszą (pod względem graficznym) gierkę. Dziś mogę siedzieć wyizolowany w swoim pokoju i na moim najnowocześniejszym sprzęcie komputerowym toczyć online rozgrywkę z innymi anonimowymi graczami. (Jak u Johna Fogerty'ego). To nawet dość zabawne: w świecie roku 2020 może zdarzyć się, że zamieszczam coś w Sieci, czyta to z wypiekami na twarzy na swoim sprzęcie sąsiad piętro niżej, ale pozostajemy względem siebie anonimowi; mogę przesłać maila koledze z bloku obok; mail leci najpierw tysiące kilometrów na serwery zaoceaniczne, a przesłaną tym sposobem korespondencję czyta kolega znajdujący się fizycznie kilkanaście metrów ode mnie.

Zamiast komputerowoekranowej FIFY mieliśmy "klasowce". Pamiętam, jak ze zgrozą skonstatowałem pewnie gdzieś około roku 2010, że mój młody rozmówca – uczeń podstawówki – nie wie, co to jest "klasowiec"! [A my około roku 1990 toczyliśmy regularne boje piłkarskie na boisku-klepisku szkolnym; potem z niepamiętanych przeze mnie do końca przyczyn przenieśliśmy się gremialnie na tzw. "dęby" {dziś "dębów" już nie ma; jest «ucywilizowana» pod linijkę "Aleja Dębowa"}; potem zaczął padać deszcz; potem wróciliśmy na boisko szkolne, (czemu, nie pomnę), po jakichś trzech godzinach kopania mecz się zakończył – chyba niektórzy zaczęli przebąkiwać coś o tym, że muszą iść do domu; za obodrużynową zgodą zakończyliśmy więc spotkanie]. Ciekawe, czy podobny los spotkał już koncepcję "solówy"? Pamiętam stosowane jeszcze w liceum wyrażenie/wyzwanie: "Pójdziemy na małe solo?".

Futbol w latach 90. to były występy Legii w Lidze Mistrzów w sezonie 95/96. Obejrzeć mistrza Polski z samymi Polakami w składzie ogrywającego mistrza Anglii to było coś! Niemal doskonała homogeniczność rasowo-narodowa zespołów piłkarskich to zresztą dość charakterystyczny rys tamtych czasów. Na przykład Niemcy na Euro '92 to byli Haessler, Sammer, Moeller, Kohler i Brehme – no i "Klinser", oczywiście. A nie Mustafi, Boateng i Khedira. (Niemców oczarnoskórzenie, oturczenie i zmuzułmanienie reprezentacji "narodowej" dotknęło chyba w stopniu najwyższym sposród wszystkich drużyn). Było to jakoś prawdziwsze...

Aha, no i koszykówka. To znaczy: NBA. W pewnym momencie pojawiły się czapeczki (nomen omen) baseballowe z logo amerykańskich zespołów koszykarskich. Szczególnym szacunkiem i popularnością cieszyła się czapeczka ze znaczkiem Charlotte Hornets – w pewnej mierze zapewne dzięki nowoczesnemu na owe czasy przedstawieniu maskotki zespołu: odbijającego piłkę niebiesko-fioletowego szerszenia.

Pamiętam kolegę, który na dzień przed siódmym meczem finałów w roku 1994 przyszedł w koszulce głoszącej już zwycięstwo nowojorczyków: Knicks Champions!, by w dzień później dowiedzieć się, że mistrzem został jednak zespół z Houston. Miał problem.

Trzeba przyznać, że wskutek propagandy NBA na podwórkach zaczęły powstawać kosze. Właściwie każde podwórko na osiedlu miało swój kosz. Wzniesiony dobrowolnie własnymi siłami przez młodocianych mieszkańców tego podwórka – ewentualnie z pomocą dozorcy, o ile pamiętam. We wspomnianym już osiedlowym sadku dozorca rokrocznie wylewał lodowisko, na którym toczyły się m.in. rozgrywki hokejowe. Gdzie te czasy! Teraz zniwelowano już nawet pas ziemi okalający niegdyś taflę. Wszystko się "sprofesjonalizowało" i po co komu osiedlowe lodowisko?

Wracając do kolekcjonerstwa: powszechnie zbierano naklejki do albumów ze zwierzętami firmowane przez (dziś już to wiemy) oszołomów z WWF (wtedy to był dla nas tylko "album ze zwierzakami", w Polsce nie rozpętano jeszcze takiej jak dziś krzykaniny o o prawach "istot czujących").

[Drugi był album z samochodami; też spotykaliśmy się przy osiedlowej księgarni (gdzie można było nabyć nalepki) i wymienialiśmy się nalepkami; potem namnożyło się tych albumów i każdy mógł już zbierać, co mu w duszy zagrało].

Początki ekokomanii dawały się już jednak zauważyć: chyba w 1994 r. w ramach tzw. "Dnia Ziemi" zaczęto gremialnie zapędzać uczniów podstawówki na tzw. "Sprzątanie Świata" tj. imprezę polegającą na tym, że nieletni zbierają z miejsc publicznych (lasów np.) śmieci – których przecież (zakładamy) sami tam nie zostawili.

Aha, wracając do zbieractwa nieśmieciowego, choć w pewnym sensie śmieciowego: u kolegi na szafie stacjonowała potężna kolekcja puszek po zagranicznych piwach. Teraz to się chyba w młodym wieku nic już nie zbiera, bo wszystko się ma (choćby wirtualne – na ekraniku swojego telefonu – tego "okna", a właściwie to "ogranicznika na świat")...

Klasyczny prezent na Pierwszą Komunię: deskorolka. Kosztowała chyba równowartość dzisiejszych 100 zł, a może to już było po tzw. denominacji. Pamiętam powszechne nabywanie w pewnym okresie korków do gry w piłkę za 51.000 "złotych". Pewnego razu pomysłowy kolega, zapomniawszy trampek na zmianę, obciął korki ze swoich korków i tym sposobem uzyskał obuwie kwalifikujące się do zastosowania na szkolnych korytarzach.

Jak wspominam szkołę? Zasadniczo podobnie jak bohater naszego Mikołajka:


Oczywiście, może być tak, że autor owych autentycznych bez wyjątku wspomnień szkolnych akurat źle trafił – zarówno na podstawówkę, jak i liceum (obie szkoły państwowe) – ale jakoś nie chce nam się w to wierzyć...

Chłopcy grali na piaszczystych placach zabaw w pikuty – z użyciem noża, o zgrozo! Na przerwach w pewnym momencie popularna stała się gra w karty (zasadniczo w pana); niekiedy graliśmy też piłką tenisową w piłkę nożną na szkolnym korytarzu. Co ciekawe, był okres, kiedy chłopcy zapalili się do skakania w gumę i całkiem sprawnie sobie radzili – choć czy w konkurencji z dziewczętami, nie pomnę – chyba obowiązywała w tej mierze rozdzielnopłciowość: wy skaczecie osobno, my osobno.

Ze wspomnień okołoszkolnych w pamięć zapadło mi jeszcze jedno: autobusy szkolne (były takie!) z demobilu po ORBISIE (wciąż z czerwoną nazwą firmy na burtach); autokary jakiejś wyższej, zdawało nam się wtedy klasy – dla trzecioklasisty szczyt marzeń i elegancji; koleżanka, widząc je po raz pierwszy podjeżdżające w naszą stronę, z zachwytem powiedziała: "Ach, gdyby takimi wożono nas do szkoły!" – myślała, że to turystyczne, a ikarusy znała jak zły szeląg – a tu trzy owe orbisiaki zatrzymują się koło nas i kierowcy zapraszają nas do środka...

Opowiadano kawały o pedałach, ale "in genere" – to znaczy nikt z nas, uczniów, nie potrafiłby chyba wskazać z imienia i nazwiska jakiegoś gejocelebryty – nie było ich jeszcze? Na pewno nie było ich jeszcze w powszechnej świadomości, na tym polu media jeszcze Polaków nie urabiały. "Ty pedale!" – uchodziło za obrazę dość ciężką. Z kawałów o żydach też się śmiano.

Pojawia się wideo (a zatem filmy z "Zachodu") i do szkoły przychodzi kolega, który po raz pierwszy prezentuje i wyjaśnia nam znaczenie wyciągniętego środkowego palca.

Oznaką pewnego rodzaju prestiżu była motorynka.

Inny powiew "Zachodu": Mak, czyli McDonald's. Zbudowany przez Raya Kroca, podobnie jak liczne spośród wspomnianych przez Obywatela K. fortun postpeerelowskich, na kłamstwie i łupiestwie.

W kontekście gospodarczej strony zagadnienia "transformacji" skłaniałbym się ku określeniu, że KAPITAŁ MA WYZNANIE – raczej niż że "ma narodowość". Innymi słowy: może z większym zapałem odniósłbym się do idei, że Niemiec-katolik, Rosjanin-katolik, czy Amerykanin-katolik bierze bezpośredni i aktywny udział w życiu gospodarczym Polski, inwestuje, kupuje, handluje tutaj – gdyby był jednej wiary z nami – niż do koncepcji, w ramach której Polak-ateista zostaje u nas rekinem biznesu. Inna sprawa, że rzucenie Polaków-"szaraków" na zbyt głębokie i zetatyzowane wody pseudokonkurencji, w której z góry przewidziano zwycięzców (wspominanych przez Obywatela K. oligarchów i innych przyjaciół władzy), to był "trochę gangsterski chwyt”, by zacytować klasyka myśli i działalności politycznej lat dziewięćdziesiątych i późniejszych.

Krótkie prześledzenie historii zdobywania bogactwa przez notowanych na listach najzamożniejszych pozwala stwierdzić, że ich kariery finansowe prowadziły właściwie bez wyjątku przez salony władzy i formalne czy nieformalne związki z funkcjonariuszami państwowymi (również, a może głównie tymi tajnymi). Także wspomniany przez Obywatela K. Roman Kluska został przyhamowany w chwili, gdy zamierzał "sięgać po kontrakty rządowe". Czyli synonimem sukcesu w życiu gospodarczym stała się skuteczna próba pozyskania środków uzyskanych drogą podatkowej grabieży. Lata później ten sam R. Kluska bez zmrużenia oka i bez żenady twierdzi, że program 500+ jest genialny. Dziwny doprawdy jest ten świat...

W kontekście rozpoczętej poprzednim zdaniem części muzycznej, wspomnijmy o wspomnianym przez Obywatela K. Nie pytaj o Polskę tudzież utworach Polska oraz Jeszcze Polska Kazimierza Staszewskiego. Znamienne, że w znanych i promowanych do dziś piosenkach obraz Polski jest jednostronnie negatywny – zaś wspomniani autorzy utożsamiają Polskę niemal wyłącznie z jej ówczesnym/obecnym stanem polityczno-gospodarczym i to przedstawianym w sposób niepełny. Nie było i nie ma w Polsce modlących się szczerze na różańcu? Nie jest Polską, czymś polskim do szpiku kości to wszystko, co stanowi nasze dziedzictwo od pokoleń – tysiące kapliczek na rozstajach dróg, husaria, polskie drzewa, gościnność, wyciąganie szabel na ewangelię – choć tak wielu się od tego odżegnało?

A propos żegnania się, Wiary i Matki Boskiej w klapie: trudno zgodzić się ze zdaniem Obywatela K., który upatruje w osobie Karola Wojtyły obrońcy Wiary i Kościoła w Polsce, skoro ów właśnie Karol Wojtyła (podobnie jak skuteczniej chyba maskujący się bohater wielu "pół-tradycjonalistów" – Józef Ratzinger) – modernista par excellence uporczywie głosił i praktykował herezje, ochoczo wdrażając w życie postulaty zrodzonego formalnie podczas tzw. Soboru Watykańskiego II "Kościoła równoległego", którego istnienie i zasady działania zaczynają dostrzegać nawet szukający uczciwie prawdy jego członkowie (Carlo Maria Vigano, na przykład). Pamiętajmy również – w kontekście uczestnictwa we Mszy tzw. trydenckiej – że do zbawienia koniecznie potrzebna jest nieskażona żadnym odstępstwem Wiara – natomiast regularne korzystanie z sakramentów, choć chwalebne i pożądane – nie jest warunkiem dostąpienia wiecznej szczęśliwości w Niebie sine qua non. Przekonuje nas o tym w piękny sposób choćby casus japońskich katolików, pozbawionych księży przez dwa z górą wieki. Niektórzy spośród owych herosów Wiary (wśród nich licznych męczenników) zostali nieomylną decyzją Kościoła ogłoszeni świętymi. A z sakramentów mieli dostęp jedynie do chrztu i małżeństwa. A zatem: bez uczestnictwa w choćby jednej Mszy w życiu, bez przyjęcia choć raz Pana Jezusa w Komunii świętej, bez spowiedzi, bez bierzmowania, bez namaszczenia chorych, bez dostępu do kapłana przez całe życie – dostępują łaski oglądania Boga Trójjedynego twarzą w twarz.

"Szkolne" Wigilie i Wielkanoce? Nieodmiennie przywodzą mi na myśl "korporacyjny opłatek". O ile pamiętam, starałem się nie uczestniczyć.

Religia w szkole zamiast w salce przy kościele? Prowadzona najczęściej przez (nawiedzone nierzadko) "panie katechetki" albo mdłych i niekoniecznie przekonanych do Prawdy kapłanów? Ostatecznie doprowadziła do wymiecenia z umysłów rzesz młodych osób jakiegokolwiek pojęcia o religii katolickiej. Przecież dziś na porządku dziennym jest choćby używanie przez młodych (i coraz starszych) słowa "partner" na określenie zarówno współmałżonka, narzeczonego, "chłopaka", "dziewczyny", jak i osób pozostających w pseudozwiązku jednopłciowym – totalny i rozległy upadek pojęcia o moralności odzwierciedlony w języku.

Pewien obraz rzeczywistości początku lat 90. do pewnego stopnia można budować za pomocą dzieł takich jak:

Trzy kolory. Biały – scena całowania ziemi po powrocie do ojczyzny wspaniała pod względem formalnym, ale cały film raczej pokazuje "nową Polskę" (i chyba Polskę w ogóle) jako coś niewartego zbytniej uwagi.

Psy – skomentowane tutaj przez Jerzego Juhanowicza:

Pieprzony los kataryniarza – powieść zaliczyłbym do pierwszej dwudziestki, jeśli nie pierwszej dziesiątki polskiej literatury wszechczasów; najbliżej mi chyba do interpretacji lat 90. w wykonaniu Ziemkiewicza.

Pan Toniewicz

Moje lata dziewięćdziesiąte: Impresje

Przeżyłem rok 1989 i kolejne lata dość intensywnie, na co wpływ miały zarówno wydarzenia historyczne, jak i rodzinne (powtórna przeprowadzka), a do tego szkolne – przejście ze szkoły podstawowej do liceum. W ostatniej klasie podstawówki (1988/1989) brałem udział w konkursie poświęconym rokowi 1918, w roku 1989 chciałem upatrywać powtórki, co musiało skutkować złudzeniami i rozczarowaniami. W końcu się pogubiłem, bo jako nastolatek, w roku 1990, stałem się fanatycznym „wałęsistą” i na miarę skromnych sił uczestniczyłem w kampanii wyborczej, oblepiając Warszawę plakatami, rozrzucając ulotki, dumnie doczepiając do swetra znaczek „Wolę Lecha”. W 1991 r. z nie mniejszym entuzjazmem kibicowałem Porozumieniu Obywatelskiemu Centrum. Noc Czerwcowa (1992) skutkowała ciężkim dysonansem poznawczym, niszczycielskim, bo odzierającym z młodzieńczych ideałów, ożywczym, bo zmuszającym do patrzenia na historię czy politykę mniej emocjonalnie. Niemniej dysonans odbijał się latami czkawką. Zabawne: jako 15- czy 16-latek wyczuwałem, że „Wyborcza” szkodzi Polsce, a jako 20-latek próbowałem dostrzec głębsze racje Michnika, skoro to on w 1990 r. napisał celny w sumie artykuł pt. Dlaczego nie będę głosował na Lecha Wałęsę. Tego zamętu było aż nadto na skołatane umysły, dość wspomnieć o saszetkach z siankiem pod obrus wigilijny, dołączanych przez „Wyborczą”, która z okazji Bożego Narodzenia zmieniała logo na granatowe, z „Wyborczej” stając się „Świąteczną”. Co gorsza, na uniwersytecie najsympatyczniejsi i najciekawsi profesorowie byli gorliwymi rzecznikami Unii Demokratycznej, co z kolei sprawiało, że chcąc nie chcąc przyjmowało się postawę konformistyczną, choćby dlatego, by nie sprawiać im przykrości, a przy okazji nie wyjść na nieokrzesanego oszołoma. Po kryjomu czytałem „Gazetę Polską”, a jawnie robiłem dobrą minę do złej gry. Wystawia to kiepskie świadectwo sile mojego charakteru, nie szukam usprawiedliwień, zwracam tylko uwagę, że w tamtych czasach „bycie sobą” przychodziło z trudem, tym bardziej że nie miało się pewności, czy za chwilę znów wszystko nie wywróci się do góry nogami jak w 1992 r. i nie wyjdzie się po raz kolejny na idiotę. Nawiasem mówiąc, „Gazeta Polska”, którą przez kilka lat czytywałem dość regularnie, w pewnym momencie ogłosiła „człowiekiem roku” prof. Geremka, a później też „Radka” Sikorskiego. Owszem, obok tego wszystkiego był „Najwyższy Czas”, ale sprawiał na mnie wrażenie sekciarstwa, raził też kultem jednostki. W końcu i ja zachłysnąłem się „wolnym rynkiem”, nazbyt zresztą pochopnie. Skłaniam się teraz do przekonania, że trafną diagnozę roku 1989 dał Witold Kieżun w Patologii transformacji. Nie oznacza to przyjęcia socjalistycznego punktu widzenia, raczej realizm: kapitał ma narodowość, w Polsce tamtych lat rodzimego kapitału nie było (chyba że oligarchów wyhodowanych przez SB), zagraniczny kapitał nie tylko chciał tu robić interesy, lecz również oddziaływać na ustrój i obyczaje, co szczególnie widoczne w przypadku mediów, w znacznej mierze zarządzanych z zagranicy, z wyjątkiem, o zgrozo, Polsatu, kierowanego przez byłego TW SB. Wprawdzie reforma Wilczka uruchomiła potencjał przedsiębiorczości Polaków, tyle że ich zasoby pozwalały na otwarcie szczęki, a nie kupienie np. „Unitry” czy fabryki kabli w Ożarowie. Poza tym postkomunistyczny układ sił sprawiał, że wygrywał Kulczyk (itp.), przegrywał Kluska – i choćby ustawa Wilczka przetrwała, niewiele by się w tym układzie sił zmieniło. Po 1989 r. Polacy potrzebowali więcej czasu na okrzepnięcie, wzbogacenie się, zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi – więcej niż było im dane. Do tego wszystkiego dochodziła ogólna niepewność, komu zaufać, poza tym niezdolność wielu szlachetnych wszak ludzi do wyjścia poza paradygmat „solidarnościowy”, bo przecież doświadczenie „Sierpnia” było pięknym przeżyciem. Długo by o tym pisać… A nie ostatnią kwestią byłaby Rosja. Dla wielu wyrwanie się spod kurateli Moskwy wynagradzało wszystkie inne niedostatki, stąd też deficyt UE-sceptyków.

Czy i jak zmienili się ludzie, których znałem / obserwowałem regularnie w związku z „nową sytuacją”? Koledzy, współuczniowie?

U schyłku PRL i w początkach III RP młode pokolenie chciało, by w Polsce było jak na Zachodzie. Odczuwało się to bardzo silnie. Niektórzy już zdążyli zobaczyć Zachód. Po raz pierwszy byłem w RFN latem 1988 r. Pod względem materialnym – szok. I kompleks niższości w rezultacie. Rodaków – dość licznie do Niemiec przyjeżdżających „za pracą” – dostrzegało się z daleka, nawet nie słysząc ich języka, bo odróżniali się (negatywnie) ubraniem (tandetnym), cerą (niezadbaną), włosami (przetłuszczonymi), sylwetką (pokorną i niepewną). Ci, którzy nie wyjeżdżali na Zachód, tęsknili za nim, zaglądając do Pewexów (nieletnim niczego tam nie sprzedawano), jeżdżąc na Skrę (z dzisiejszej perspektywy – wysypisko śmieci z Zachodu), Wolumen na Bielanach czy giełdę samochodową na Bemowie. Każdy chciał, a nawet powinien nosić oryginalne dżinsy i adidasy, bo gwarantowało to pozycję towarzyską i zaciekawienie u płci przeciwnej. Modny stał się angielski, którego w szkole podstawowej nie uczono. Za to pogardzało się obowiązkowym rosyjskim. Pamiętam koleżankę (rok 1988/1989), która przestała mówić „Londyn”, a zaczęła wyłącznie „London”, co w końcu wywołało furię nauczycielki geografii, która troszczyła się chyba nie tylko o polszczyznę, lecz i o właściwą linię ideologiczną; należała wszak do POP PZPR. Starszy kolega sprzedawał prospekty samochodów: „świeżutkie, wczoraj przywiezione z RFN” (cytuję dosłownie, zapadło mi w pamięć słowo „świeżutkie”). Kolega z klasy nagle poczuł się rekinem kapitalizmu i zaczął handlować plakatami zespołów muzycznych, oczywiście zachodnich. Gdy nie znalazł nabywcy na plakat „Black Sabbath”, oznajmił, że woli go zniszczyć, niż dać komuś za darmo – i tak zrobił, porwał! A propos muzyki: niemal nie słuchało się innej niż zachodnia, dziewczyny – jakieś disco typu „Modern Talking”, chłopcy – coraz częściej heavy metal typu „Iron Maiden”, może dlatego, że dostęp do tej twórczości pozostawał ograniczony, miała więc posmak zakazanego owocu (i to zakazywanego przez wszystkich – szkołę, rodziców, także księży). Po latach najlepiej jednak pamiętam piosenkę „Obywatela GC” pt. Nie pytaj o Polskę, a zwłaszcza towarzyszący jej teledysk, obejrzany przypadkowo w telewizji w 1989 r.; zarówno tekst, jak i obraz trafiały w moje ówczesne odczucia. Inna rzecz, że każdy chciał mieć radiomagnetofon, najlepiej też walkmana.

Pośród moich kolegów szkolnych kultową postacią w roku 1988/1989 (nadal podstawówka) stał się niejaki Martin Forman, nowy, przybysz z innej szkoły. Nie dość, że nazywał się „po zachodniemu”, to jeszcze miał szmal, przynosił do szkoły zachodnie papierosy kupione w komisie (np. „John Player Special” – te akurat zapamiętałem). Paradoks: jego rodzice, którzy obdarzyli go imieniem „Martin”, byli jak najbardziej Polakami, być może z niemieckimi korzeniami (na pewno wyjeżdżali na Zachód), co więcej, dość pobożnymi katolikami, uczestnikami neokatechumenatu. Nie pomogli zresztą Martinowi, który nim ukończył 18 lat popadł w alkoholizm. Inny kolega zaczął demonstrować swoją łamaną angielszczyznę, mnie też wciągnął w wymianę uwag o dziewczynach tym specyficznym kodem. Co gorsza, przyniósł pewnego razu do szkoły koszmarnie pornograficzne pisemko, rzecz jasna, rodem z Zachodu. I tu ciekawostka: pisemko zarekwirował nauczyciel WF, który zwrócił je następnego dnia, najwyraźniej nasyciwszy się, zarazem przekonany, że niech i młodzieńcy dojrzewają w zachodnim stylu. W pewnym momencie w moje ręce trafiło „Bravo”, przysłane czy przywiezione przez kogoś ze znajomych Rodziców z RFN. Inny nauczyciel, też wuefiarz (mieliśmy ich kilku), zabrał mi je na czas lekcji; my, chłopcy, graliśmy na boisku w piłkę, a on w swojej kanciapie uważnie kartkował (niemieckiego raczej nie znał). Zresztą nauczyciele to osobny rozdział; w latach 80. było coraz więcej nieudaczników, a nawet psychopatów; jeden z nich próbował wszystkich swoich podopiecznych wciągnąć do szkółki kung-fu (wschodnie sztuki walki – kolejny fenomen tamtych czasów!), a przy tym poddać praniu mózgu, wedle technik rodem ze służb specjalnych (po latach okazał się tajnym współpracownikiem SB; moim zdaniem, raczej nieformalnym funkcjonariuszem). Nawiasem mówiąc, sport też wprawiał wówczas w kompleksy, skoro polskie drużyny piłkarskie, od reprezentacji narodowej począwszy, sięgnęły dna, a taka Legia Warszawa kojarzyła się głównie z demolką i zadymą (pamiętam „Tykę” i „Wróbla”, którzy jeździli na Łazienkowską; „Wróbel”, całkiem bystry, lecz zdeprawowany, zaraz po ukończeniu 18 lat dostał kilkuletni wyrok). Jeden z kolegów postanowił jednakże zostać tenisistą, pojawiał się w szkole z rakietą, budził tym respekt, zaufanym kompanom dawał łaskawie w prezencie zużyte piłeczki tenisowe, innym je chyba sprzedawał lub wymieniał na jakieś dobra.

Inny z kolei kolega handlował patriotycznymi krzyżykami wzorowanymi na biżuterii z powstania styczniowego – nabijał kabzę głównie dzięki mnie, bo ja akurat chciałem, by było nie tylko jak na Zachodzie, ale też jak w dawnej Polsce, najlepiej jak w mitycznej II RP. To jeszcze jeden symptom tamtych czasów: absolutna idealizacja Polski międzywojennej, bałwochwalczy kult Piłsudskiego, bo jak tu nie wielbić kogoś, kto dał łupnia Sowietom. Zbierałem znaczki przedwojenne, jeździłem na UW, by od studentów, którzy rozstawiali stragany przed bramą bądź za bramą, kupować emigracyjne lub drugoobiegowe wydawnictwa (mam je do dzisiaj na pamiątkę). Poszły na to wszystkie oszczędności – i chwała Bogu, bo wskutek hiperinflacji za chwilę straciłyby wartość. Końcówka podstawówki to wybory 4 czerwca 1989 r. Nastroje „solidarnościowe”, ale nie całkiem, pamiętam dwóch kolegów z mojej klasy, którzy na polecenie dyrektorki (partyjnej) chodzili na komendę MO po plakaty PZPR, które wisiały potem na korytarzu naprzeciwko pokoju nauczycielskiego. (Na złość dyrektorce nakleiłem ulotkę „Solidarności” na drzwiach jej gabinetu, co skutkowało śledztwem).

W liceum środowisko uczniowskie było o wiele bardziej jednorodne niż w moich rodzinnych Włochach (wówczas peryferie Warszawy). Może to wydać się osobliwe, ale mieliśmy wrażenie, że o ile odbieramy jeszcze „na tych samych falach” z kolegami o rok młodszymi, o tyle z tymi o dwa, trzy lata – już nie. I nie chodzi tu o różnice wynikające z dojrzewania. Wśród kolegów z mojej klasy w dobrym tonie było przychodzenie co rano ze świeżą gazetą w ręku (w moim przypadku były to „Życie Warszawy”, potem „Rzeczpospolita”, konkurentów – „Wyborcza”), czytanie na przerwach, wdawanie się w niekończące się dyskusje/kłótnie polityczne (szczególnie w 1990, potem 1992). Kolejne roczniki okazywały się już inne, może bardziej normalne. Pamiętam jakąś wyprawę w 1992 czy 1993 r., w której brali udział uczniowie z różnych klas – ci młodsi o dwa lata okazali się całkowicie niezainteresowani polityką, a w gazetach interesował ich co najwyżej repertuar kinowy. Postawy polaryzowały się: szczególnie widoczne stało się to po przywróceniu lekcji religii do szkół, zresztą jako fakultetów (1990/1991). O ile w klasie II (LO) przychodziła na nie zdecydowana większość uczniów, o tyle w klasie III i IV – garstka (reszta szła do kawiarni). Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się wtedy z szyderstwem z religii: w klasie II (czyli wtedy, gdy jeszcze większość przychodziła „na religię”) jedna z koleżanek, zresztą wyróżniająca się talentem na lekcjach polskiego, wygłosiła tyradę, zwieńczoną konkluzją, że przecież w te ewangeliczne „bajeczki” (użyła tego słowa) dzisiaj już nikt nie wierzy. Ksiądz-katecheta okazał się niezdolny do konfrontacji z nowoczesnością, po kolejnych tego rodzaju występach załamał się, zniknął ze szkoły. Bocznymi drzwiami wkraczała popkultura, przy czym akurat przez znaczną część koleżanek i kolegów z mojej klasy licealnej była kontestowana, niemniej jej siła zaczynała przytłaczać.

A ludzie wokół? Swoje z pewnością zrobiła Dynastia. Jedna z bohaterek tego serialu wyróżniała się tlenionym loczkiem nad czołem. I na ulicach Warszawy można było spotkać wówczas niewiasty z takimi właśnie tlenionymi kleksami na głowie! (Dzisiaj mogłyby sprawiać wrażenie ofiar gołębi). Spodnie „piramidy”, hit z lat 1989–1990. Levisy, Wranglery, Lee – tyle że podróbki kupowane albo od rodzimych wytwórców, albo przywożone przez obywateli upadającego i upadłego w końcu Związku Sowieckiego. Stadion Dziesięciolecia jako największe targowisko Europy! Wszystko na wyciągnięcie ręki – tanie, tandetne, podrobione, ale i tak lepsze to niż puste półki za komuny. Pamiętam pewnego przybysza ze Wschodu, który paradował w skórzanej kurtce typu baseballowego z napisem na plecach cyrylicą „Ja Amierikaniec” i flagą gwiaździstą poniżej. Białe skarpetki, pantofle ze skórzanymi frędzelkami, krawaty jak sznurowadła. Za chwilę symbole obciachu. Jakoś to wszystko się kłębiło i przeobrażało… Dużo agresji, zwłaszcza wśród młodych ludzi; chyba trzy czy cztery razy stawałem się obiektem wymuszenia rozbójniczego. Z drugiej strony tak brutalnych awantur w autobusach jak za komuny nie słyszałem już po 1989 r. (pamiętam kilka scysji z lat 80., ludzie wręcz lżyli się nawzajem). Dużo pijaństwa, ale mniej już leżących w stanie nieprzytomności na chodnikach (powracający obrazek z mojego dzieciństwa). No i rozpiętość postaw i wyglądu: nuworysze i przegrani (czy może raczej „niewygrani”), jakoś to się dostrzegało gołym okiem…

Zmieniał się wygląd ludzi starszych. Za mojego dzieciństwa babcia to była matrona w spódnicy, a dziadek – dżentelmen w garniturze, co budziło respekt, dawało też wyobrażenie o dawniejszych czasach. Od połowy lat 90. coraz częściej widywało się już babcie w spodniach, dziadków – w krótkich spodniach, obecnie większość już pozuje na wiecznych młodzieniaszków i ubiera się podobnie jak gimnazjaliści. Utkwiła mi w pamięci scenka z włochowskiego parku z połowy 1995 r.: dziadek kroczył dumnie z niespełna 10-letnim wnuczkiem, na przegubie miał pasek od neseseru (podobnie jak mój Dziadek, których nie dożył tych czasów), a ubrany był w bawełniany zestaw w kolorze niebieskawym, krótkie spodenki plus podkoszulek, krótko mówiąc w piżamę (tak się złożyło, że podobną dostałem pół roku wcześniej pod choinkę), którą najwyraźniej zaadaptował jako letni garnitur. Kilka lat wcześniej nie przyszłoby mu do głowy, że w czymś takim można pokazać się publicznie.

Czy spośród znanych mi dorosłych np. ktoś, kto pozostawał bezrobotny – w sytuacji bardziej wolnorynkowej (chyba taka się wytworzyła) zakrzątnął się i zdobył majątek pracą własnych rąk?

Przede wszystkim pamiętam atmosferę niepewności i rozczarowania, bo o ile po fabrykach bubli nikt nie płakał, o tyle upadki bądź wyprzedaże „Ursusa”, Kabli w Ożarowie, Plasomatu we Włochach (wymieniam tylko fabryki z sąsiedztwa) wydawały się czymś niezrozumiałym, niesprawiedliwym, bezsensownym. Nie przypominam sobie przynajmniej w moich kręgach rodzinnych nikogo, kto by mówił w pierwszej połowie lat 90., że poprawiło mu się, stać go na więcej, spokojnie daje radę do pierwszego. Raczej na odwrót. Pamiętam bliskiego kolegę mojego Ojca, który bodajże w 1993 lub 1994 udzielił mi rady: „tylko państwowa posada!”. Sam był w PRL-u nauczycielem, a w latach 90. dorabiał rozwożeniem ciastek firmy „Tago”. Te ciastka nie nadawały się wtedy do jedzenia, tylko Ojciec po nie sięgał przez wzgląd na ofiarodawcę. Zdaje się, że firma „Tago” przetrwała, a nawet poprawiła asortyment. Mój kolega z podstawówki, ukończywszy technikum, pobierał zasiłek dla bezrobotnych, zarazem dorabiał jako fachowiec (w czasie jego edukacji w technikum pisywałem mu wypracowania, a on mi za nie płacił szkiełkami do mikroskopu, wynoszonymi zapewne ze szkoły; nie wiedziałem, co z nimi robić, jednak odmówić przyjęcia nie mogłem, bo by się obraził). Ta strategia – zasiłek plus praca na czarno – w połowie lat 90. była dość popularna, stosowali ją też inni moi bliżsi i dalsi znajomi. Narzekano ciągle i na wszystko, ale coraz to ktoś kupował nowy telewizor albo brał kredyt na samochód. Inny kolega Ojca niby wegetował, a tu nagle zaczął jeździć nowym „cinquecento”.

Przez długie lata nie znałem osobiście nikogo, kto zdobył wtedy „majątek” pracą własnych rąk, uczciwie, startując od zera. Zmieniło się to dopiero po ożenku. Mama mojej Żony założyła w latach 90. firmę plastyczną, która z czasem okazała się znacznym sukcesem; obecnie pracuje w niej kilkanaście osób. Dowód, że jednak nie „tylko państwowa posada”. Osobna kwestia, czy ustrój RP takim przedsięwzięciom sprzyja, czy raczej je paraliżuje; mam wrażenie, że biurokratyczne utrudnienia traktuje się w kręgach rodzinnych jako dopust Boży. Niestety, sam poszedłem w kierunku wskazanym przez kolegę Ojca: posada państwowa…

Jak zmienił się krajobraz widziany z okna własnego mieszkania/domu? Miejsc, które odwiedzałem/znałem – na wakacjach na przykład.

W przypadku Włoch w latach 90. i kolejnych dokonało się więcej niż przez cały okres PRL. Zniknęły żużlowe ulice, położono asfalt, wybrukowano chodniki, doprowadzono do domów kanalizację, przestały płynąć rynsztoki, podłączono telefony (przed 1989 r. przywilej nielicznych), pojawiły się sklepy spożywcze, park włochowski wypiękniał, zbudowano nowe domy, wyremontowano stare, przydomowe działki przestały być ugorami bądź poletkami uprawnymi czy wybiegami dla kur albo królików, a stały się na ogół zadbanymi ogródkami. Z drugiej strony krajobraz uległ oszpeceniu wskutek działalności deweloperów, stawiających wielorodzinne budynki wszędzie i za wszelką cenę, a jak pokazały niedawne wypadki (aresztowanie burmistrza) – za łapówki. Co gorsza, ubywa ludzi, którzy czują się związani z lokalną historią, przeważają ci, którzy postrzegają Włochy, w założeniu przedwojennym „miasto-ogród”, jako kolejną sypialnię warszawską, z której co rano, byle szybciej, dojeżdża się do korporacyjnych mordorów. Z kolei Bemowo, na którym mieszkam obecnie, było i jest blokowiskiem, o którym tyle mogę powiedzieć dobrego, że przybyło zieleni, a usługi na wyciągnięcie ręki. Ukończono budowę kościoła i klasztoru michalitów, ale to McDonald’s stał się znakiem orientacyjnym dla tych, którzy próbują tu trafić pod właściwy adres.

Co mogłem osobiście zrobić i zrobiłem w związku z nowymi możliwościami, jakie się otworzyły (jeśli się otworzyły)? Wyjazd za granicę itp.?

W 2001 r. byłem we Frankfurcie nad Menem. Na lotnisku obserwowałem grupę młodych ludzi w wieku licealno-studenckim. W pewnej chwili usłyszałem język polski. Nie różnili się niczym od niemieckich rówieśników. Zadbani, zgrabni, pewni siebie. Poczułem dumę, bo pamiętam swoje doświadczenia z 1988 czy z kolejnych lat – te wszystkie upokorzenia, gdy wchodziło się do sklepu, i nie dość, że prawie na nic nie było człowieka stać, to jeszcze czuło się na sobie podejrzliwe i pogardliwe spojrzenia. Poczułem również smutek, bo coś zyskaliśmy, ale coś też utraciliśmy; Zachód okazał się nie tylko krainą dostatku, lecz i ideologicznych dewiacji, na które Polacy w PRL okazywali się odporni, a na skutek marzenia, by upodobnić się do mieszkańców Zachodu, odporność utracili. W latach 90. z pewnością doceniało się przynajmniej to, że codzienne zakupy przestały być udręką, że nowa lodówka nie warczy już jak wściekły pies, a w pralce nie wysiada programator po co drugim praniu, że w urzędach jednak rzadziej niż w PRL traktowanym jest się z nienawiścią, że można wreszcie wyleczyć zęby, choć za ciężkie pieniądze.

Z moich własnych doświadczeń: w 1990 r. dzięki dorabianiu w wakacje zakupiłem odtwarzacz kompaktowy, lecz początkowo nie miałem co do niego włożyć, bo nie stać mnie było na płyty CD. Bodajże w 1991 r. w sklepie „Digital” (rzecz niewyobrażalna dzisiaj: zajmował się on głównie kopiowaniem płyt kompaktowych na kasety magnetofonowe, bez względu na jakiekolwiek prawa autorskie) nabyłem CD z Requiem Mozarta w wykonaniu Karajana. Przez kolejne dwa lata płyta ta była jedyną w mojej ubożuchnej kolekcji; wydana została przez prestiżowy „Deutsche Grammophon” (mam ją do dzisiaj, ledwie zipie od przesłuchań). I tak sobie myślę: z jednej strony szanowało się to, co z trudem się nabyło, z drugiej – wytwarzał się osobliwy kult cargo, bo przecież to nie płyta powinna być obiektem celebracji. Dzisiaj stać mnie na dość regularne zakupy płyt, ale coraz częściej zdarza się, że odsłuchuję je kilka razy i odstawiam na półkę. Lepiej, gorzej?

Co mogłem kupić i kupowałem – czego wcześniej nie mogłem dostać?

Jak wyżej. Plus jeszcze dwa wspomnienia. W 1991 r. nabyłem w „Empiku” przy Marszałkowskiej (wyglądał zupełnie inaczej niż obecnie) tygodnik „Time” celem podciągania się w angielszczyźnie. I po raz pierwszy miałem (złudne) poczucie współuczestnictwa w wielkim świecie. Co więcej, współuczestnictwa powtarzalnego, bo odtąd mniej więcej co dwa miesiące kupowałem kolejne numery „Time’a”, czytając je od pierwszej do ostatniej strony, by nie uronić ani jednej zainwestowanej złotówki, z trudem wszak uciułanej. Skutek: nawyk dokładnej lektury rzeczy ważnych i nieważnych. Za to z książkami gorzej: te zagraniczne kupuję relatywnie częściej dopiero w ostatnich kilku latach, jeszcze dekadę wcześniej nie śmiałbym nawet o nich pomyśleć z uwagi na cenę. Pamiętam też wzruszenie, gdy zobaczyłem Kuriera z Warszawy Nowaka-Jeziorańskiego wydanego już oficjalnie; raptem kilka lat wcześniej kupiłem wydanie powielaczowe od studentów przy bramie UW. Rozminąłem się za to z grami komputerowymi. Pierwszy komputer, marki „Optimus”, kupiłem w 1995 r., w wieku 21 lat, z myślą o studiach i pracy. Przez kilka tygodni dla wyćwiczenia odruchu klikania myszką strzelałem z łuku w jabłko na głowie syna Wilhelma Tella – i tyle w temacie… Należę do pokolenia, które pamięta świat sprzed laptopów, tabletów i smartfonów – i dałbym radę bez nich żyć, choć z trudem.

Czy rzeczywistość początku lat 90. potwierdza tezę, że pewna (znaczna?) liczba ludzi w latach '45-'89 trzymała się Kościoła jako wyraz sprzeciwu politycznego, a w "nowej rzeczywistości" jawnie go opuściła, bo już nie stanowił on takiego znaku sprzeciwu?

Tak, z zastrzeżeniem, że laicyzacja, czyli de facto dechrystianizacja nabrała przyspieszenia nie tylko dlatego, że Kościół przestał być „znakiem sprzeciwu”. Właściwie nim pozostał – przykładem homilie św. Jana Pawła II z 1991 r. – tyle że wyraźnie mniej ludzi, szczególnie młodszych, chciało również takiego sprzeciwu: wobec iluzji wolności (w istocie na powrót uświadomionej konieczności). Zresztą w latach 90. uprawiano jeszcze grę pozorów. Przykładem wspomniana już „Wyborcza” z siankiem wigilijnym. Jej ostentacyjne zerwanie z chrześcijaństwem nastąpiło później; cezurą wydaje mi się początek sierpnia 2010 r., gdy otwarcie już zaangażowała się po stronie „biesów” sikających na znicze, wyzywających modlących się, plujących na krzyż upamiętniający ofiary smoleńskie. Kolega ze studiów, wówczas dziennikarz „GW”, napisał artykuł obwieszczający, że na Krakowskim Przedmieściu narodziło się nowe pokolenie fajnych Polaków/Europejczyków…

Moje własne wspomnienia: w czasach podstawówki na lekcje religii, dwa razy w tygodniu w salce katechetycznej przy kościele, stawiała się niemal cała klasa. Wyjątkiem był kolega, którego matka dała się otumanić Świadkom Jehowy; spotykały go z tego powodu kpinki, ale innych szykan sobie nie przypominam. W czasach licealnych (jak już była mowa) na szkolnych już lekcjach religii w 1992-1993 r. pojawiało się może 10 osób na 36. Niemniej raczej nikomu nie przychodziło do głowy, by nie obchodzić Wigilii czy Wielkanocy, a jeśli komuś bardzo się to nie podobało, to nie zostawał w szkole. Poza tym to były czasy św. Jana Pawła II, którego autorytet chronił Kościół w Polsce, ale też usypiał, bo obrona chrześcijaństwa wydawała się niepotrzebna. Nawiasem mówiąc, po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem w Mszy św. w rycie trydenckim w 2006 r., co też jakoś tam znamienne.

Lata 90. w filmie bądź literaturze? Poleciłbym Nul Marka Nowakowskiego (także inne jego utwory z tego okresu), chyba też Opowieści galicyjskie Stasiuka (mimo późniejszego upadku tego autora), z filmów na pewno Kilera, w którym Machulskiemu udało się w konwencji komediowej uchwycić klimat połowy lat 90., także Dług Krzysztofa Krauze z chorobliwą aurą kultu pieniądza. Psy Pasikowskiego to film wyjątkowo wredny i parszywy, ale skoro 500-600 tys. Polaków co tydzień kupowało wówczas tygodnik „Nie”, to trzeba wziąć go pod uwagę. Filmowych arcydzieł, prawdę mówiąc, z tego okresu nie widzę. W ogóle to nie był czas na dzieła sztuki. Jakiś taki czas nadrabiania zaległości, zachłystywania się, złudzeń i rozczarowań. Przeżyć i zapomnieć.

A z dostępnych źródeł – koniecznie zdjęcia oraz filmy kręcone kamerami wideo, coraz bardziej popularnymi w latach 90. Ludzi z tamtych lat trzeba zobaczyć, najlepiej też usłyszeć.

Obywatel K.