Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wspomnienia bojownika, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wspomnienia bojownika, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (0)


MAPY WPROWADZAJĄCE




Po zamachach bombowych oraz później, będąc ściganym, Eryk przebywał przez większość czasu w Karolinie Północnej – w jej części wysuniętej najbardziej na południowy zachód. Mapa poniżej pokazuje wspomniany obszar bardziej szczegółowo:





[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski

Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (1)


ROZDZIAŁ 1

Murphy, Karolina Północna • 31 maja 2003

W weekendy rzadko robiłem zakupy w Save-A-Lot. Choć sklepowy śmietnik był wtedy zazwyczaj lepiej zaopatrzony, zwiększała się również liczba policyjnych patroli. Radiowóz co godzinę zajeżdżał na tyły marketu, sprawdzając, czy ktoś czasem nie włamuje się do środka. A poszukiwacze wrażeń zjawiali się licznie. Pewnej sobotniej nocy musiałem siedzieć i czekać na pastwisku za Save-A-Lot, podczas gdy na parkingu przed sklepem dwaj pijacy bili się nawzajem na kwaśne jabłko. W weekendy nigdy nie wiedziałeś, na co natrafisz.

Przez trzy poprzednie sezony letnie przybywałem do miasta, by gromadzić jedzenie na zimę. W lasach nieopodal Murphy w Północnej Karolinie znajdował się mój mały tymczasowy obóz. Późną nocą miałem w zwyczaju wybierać wyrzucone do samotnego śmietnika za sklepem spożywczym Save-A-Lot owoce i warzywa. Wróciwszy do obozu, czyściłem zdobytą żywność, kroiłem na plasterki i wykładałem do suszenia na słońcu. Po kilku miesiącach miałem tyle suszonej cebuli, pomidorów, zielonej papryki oraz truskawek, że starczało mi na całą zimę. Gdy zakończyłem ten proces przygotowania, ładowałem jedzenie do plecaka i przenosiłem do zimowego obozu w górach.

Sobota 31 maja 2003 roku to była jedna z tych rzadkich okazji. Dwie noce wcześniej znalazłem w śmietniku pudło lekko przejrzałych bananów. To pierwszy znak, że sklep przygotowuje się do wyrzucenia całego zapasu bananów. Wielokrotnie byłem świadkiem takiego pozbywania się towaru. Jeśli moje kalkulacje miały się potwierdzić, znajdę dziś w nocy kilkaset kilogramów żywności. Jeśli uda mi się zdobyć te banany, będę w bardzo dogodnej sytuacji, jeśli chodzi o moje przygotowania na suszenia żywności w lecie. „Warto zaryzykować” – powiedziałem sobie. – „Udało ci się uniknąć tego radiowozu już ze sto razy. Uda się i po raz sto pierwszy”.

Wyturlałem się spod ponczo, które służyło mi za schronienie, starłem z oczu resztki snu i przywdziałem ubrania „śmietnikowe”: złachaną kurtkę, poplamione spodnie, parę sfatygowanych adidasów. Księżyc świecił słabo. W ciemności moje stopy przypominały sobie szlak w dół grani. U stóp wzniesienia widniała zarośnięta droga zjazdowa z czteropasmowej autostrady. Murphy znajdowało się w sporej odległości od mostu łączącego brzegi Valley River. Spojrzałem w obie strony, rozglądając się za światłami samochodów; potem sprintem przebiegłem most. Zszedłem niżej i podążyłem wyboistą ścieżką na tyły Save-A-Lot.

Byłem już w połowie drogi do śmietnika, gdy usłyszałem świst samochodowych opon na asfalcie i spojrzawszy w górę ujrzałem jak zza rogu wyjeżdża radiowóz. Miał wyłączone światła. Złapał mnie na otwartej przestrzeni. Rzuciłem się pędem w stronę rampy załadowczej i kucnąłem za stertą skrzynek z mlekiem; miałem nadzieję, że mnie nie spostrzegł. Ale gdy tylko schowałem się za skrzynkami, uświadomiłem sobie, że bez wątpienia mnie zauważył. Co gorsza, jak głupek wpakowałem się w pułapkę: miałem za plecami budynek sklepu, a powinienem był pobiec w przeciwną stronę – w kierunku pastwiska i rzeki. Policjant szybko ustawił samochód przed skrzynkami, blokując mi drogę ucieczki. Zaczął mnie szukać swoim szperaczem. Przez skrzynki przedostał się jasny strumień światła. – Wyłaź stamtąd z rękami do góry! – krzyknął.

Przygwożdżony do budynku, szukałem drogi ucieczki. Nie miałem ze sobą żadnej broni, więc opór nie wchodził w grę. Była pewna możliwość: nieobstawiona przestrzeń na dalszym krańcu rampy. Gdybym teraz zaczął biec, mógłbym pierwszy dopaść pastwiska. Ale wewnętrzny głos powiedział mi, abym się nie ruszał: „Przestań uciekać” – rzekł. – „Zniesiesz wszystko – czymkolwiek cię potraktują”. Natychmiast poczułem niewiarygodny spokój. Wyszedłem zza skrzynek. Usłyszałem ryk silnika drugiego radiowozu, a następnie trzeciego. Niedługo potem zaułek za Save-A-Lot zapełnił się samochodami policyjnymi. Z dwóch stron podeszło do mnie dwóch policjantów z bronią w ręku; jeden z nich założył mi kajdanki. Padły pytania. Podałem im fałszywe nazwisko oraz numer ubezpieczenia społecznego. Powiedziałem, że jestem bezdomny i szukałem w śmietniku jedzenia. Podczas gdy jeden gliniarz porozumiewał się przez radio, sprawdzając podane przeze mnie dane, drugi cały czas świecił mi w oczy latarką.

Po jakichś dziesięciu sekundach, odwrócił się i pośpieszył w stronę roztrajkotanej gromady gliniarzy. Zbili się w grupę i rozmawiali podnieconymi głosami.

– Przechowanie – powiedział gliniarz. – Zabieramy cię ze sobą na przechowanie... Damy ci coś do jedzenia... Zobaczymy, czy nie potrzebujesz lekarza.

„Przechowanie” stanowiło jeden z tych nowych środków, których gliny używały w celu przetrzymywania ludzi bez konieczności formalnego aresztowania ich. Jako że nie miałem ze sobą żadnej broni, ani narkotyków, nie istniał żaden wytłumaczalny powód, by mnie aresztować. Wiedziałem jednak, dlaczego nie chcą puścić mnie wolno – i nie miało to z „przechowaniem” żadnego związku. Chodziło im o moje odciski palców. Z chwilą, gdy wprowadzą je do systemu, wkrótce zjawi się FBI. Koniec pieśni.

Wszystko skończyło się mniej więcej tak jak zawsze się spodziewałem. Gliniarz zastosował wobec mnie manewr zwany „Szalonym Iwanem”. Widziałem jak przejeżdżał za Save-A-Lot, gdy szedłem przez pastwisko. Wyglądało to na rutynowy patrol. Zwykle siedziałem jeszcze w wysokiej trawie przez kilka minut – na wypadek, gdyby zdecydował się wrócić – czasami to robił. Ale tej nocy nie poczekałem. Przeskoczyłem przez ogrodzenie pastwiska i ruszyłem asfaltem. Tymczasem glina okrążył sklep od frontu i raz jeszcze wjechał alejką z boku na tyły sklepu. Zupełnie nie zauważyłem jak nadjeżdża. Zanim zorientowałem się w sytuacji miał mnie na widelcu.

Konwój policyjnych samochodów przewiózł mnie do siedziby sądu okręgowego hrabstwa Cherokee w centrum Murphy. O czwartej nad ranem ulice były wyludnione. Na skrzyżowaniach migały żółte światła. Dawniej na takie okazje miałem na szyi kluczyk do kajdanek. Ale to było dawno temu – jakby całe wieki.

Na tyłach budynku sądu znajdowało się okręgowe więzienie: pudełko z czerwonych cegieł mające w oknach zardzewiałe żelazne kraty. Starodawne więzienie, zbudowane prawie sto lat temu, wyglądało na swój wiek. Gdyby nie zaparkowane przed budynkiem policyjne samochody, można by pomyśleć, że przeznaczony jest do rozbiórki.

Przy wtórze brzęczenia wyszczerbione metalowe drzwi otworzyły się, a gliny zaprowadziły mnie do pomieszczenia dla zatrzymanych i usadzili na jednym z ciągnących się wzdłuż ściany czarnych plastykowych siedzeń – jak z poczekalni na dworcu autobusowym. Trzej gliniarze stali przede mną i pilnowali mnie; pozostali zaś zniknęli w przyległym pomieszczeniu.

Było cicho jak makiem zasiał. Na ponadnormatywnie wielkiej twarzy stojącego naprzeciw mnie gliny malował się szeroki uśmiech. Wreszcie mała procesja gliniarzy wyłoniła się z przyległego pomieszczenia i zgromadziła przede mną – niczym ława przysięgłych wracająca z narady, by ogłosić wyrok. Zgromadzenie powoli utworzyło przejście – rozstępując się niczym wody Morza Czerwonego – by przepuścić jednego z funkcjonariuszy. Trzymał on w ręku kartkę. – Kto to jest? – spytał, pakując mi kartkę przed oczy. Był to plakat FBI z serii „Dziesięciu najbardziej poszukiwanych” – z moim nazwiskiem i zdjęciem. Rozpoznałem fotografię: zrobiliśmy ją sobie z mamą na Times Square jeszcze w 1997. Gliniarz wyszczerzył się w uśmiechu; między przednimi zębami miał czarne drobinki tabaki Copenhagen; wyglądał jak pies, który najadł się gówna. Spojrzawszy na plakat, a następnie na glinę, udawałem, że nie rozumiem. – Plakat mówi, że kim jestem? – zapytałem. To go rozgniewało. Psułem mu tę chwilę tryumfiku rodem z serialu Prawo i porządek. Przystawił mi plakat bliżej do twarzy, niemal dotykając koniuszka mojego nosa.

Posłuchaj, zostajesz tutaj, aż dowiemy się, kim jesteś. Więc może powiesz nam, jak naprawdę się nazywasz?

Nazywam się Eryk Rudolph.

[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski

Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (5)


  

ROZDZIAŁ 5
Ft. Lauderdale, Floryda • Połowa lat siedemdziesiątych • Dorastanie

Jako dziecko człowiek ma skłonność do lekceważenia spraw ważnych i koncentrowania się na błahostkach, takich jak owocowe oponki do mleka albo najnowsze tenisówki firmy Nike. Nasi rodzice nie byli w stanie nam ich dać, ale dali nam dużo miłości i to powinno było wystarczyć. Tak właśnie byłoby w normalnym społeczeństwie, w którym nauczyciele i wzorce osobowe pomagają wypełnić ewentualne braki w wychowaniu. Niestety, mieszkańcy Stanów Zjednoczonych końca dwudziestego wieku nie tworzyli społeczeństwa normalnego. Życie szkolne diametralnie różniło się od tego, z czym spotykałem w życiu domowym – jakkolwiek skromnym. W domu uczono mnie kochać; w szkole uczono mnie nienawidzić.

W trzecie klasie moją nauczycielką była pani Weaver, pełnej krwi Indianka z plemienia Nawahów z Arizony; nosiła ręcznie robioną biżuterię ze srebrna i turkusu. Mówiła nam o swoim „ludzie”, o tym, jak niegdyś panował on na rozległych obszarach i stosował zaawansowane formy rolnictwa. Ale potem przyszedł biały człowiek, ukradł jej plemieniu ziemię i zabił większość jego członków. Jej dumny niegdyś lud, zmuszony przenieść się do rezerwatu, przekształcił się w zbiorowisko żebraków i alkoholików – zachował tylko cień swej dawnej świetności.

Ci sami biali ludzie, którzy ukradli Nawahom ziemię – mówiła – wciąż znajdowali się u władzy. Ale w końcu zaczynały następować zmiany. Sprawowane przez białego człowieka rządy terroru dobiegały końca. Złym białym ludziom przeciwstawiali się dzielni przywódcy. Pokazywała nam zdjęcia tych dzielnych przywódców: na koszulce miała portret Muhammada Alego, bojowo nastawionego boksera; nad tablicą zaś umieściła fotografie przywódcy Ruchu Indian Amerykańskich, Russella Meansa, oraz lidera ruchu robotniczego, Cesara Chaveza. Wskazując na ich zdjęcia mówiła: „Bohaterowie”.

Pani Weaver przemawiała z absolutnym przekonaniem, jakby usiłowała zwerbować nas do jakiejś misji specjalnej. Moje młode chłopięce uszy nigdy wcześniej nie słyszały nikogo mówiącego w ten sposób; w skupieniu usiłowałem zrozumieć to, co mówiła nauczycielka. Wychylaliśmy się w naszych ławkach do przodu, chwytając każde słowo, a ona nieprzerwanie opowiadała o niesprawiedliwościach, jakich dopuścili się biali ludzie. Przynajmniej raz w tygodniu raczyła nas nowym pokazem indiańskich artefaktów, co pociągało za sobą kolejny wykład o złych białych ludziach.

Ze smutkiem słuchałem o tym, co spotkało lud pani Weaver – źle się z tym czułem. Chciałem dać tym białym ludziom w zęby. W domu spytałem tatę:
Kim są ci biali ludzie? Skąd pochodzą?
Tata nie zrozumiał moich pytań, więc opowiedziałem mu o pani Weaver, Nawahach oraz białych ludziach. Zmarszczył brwi i powoli pokręcił głową.
Mówiła o tobie – o nas – rzekł. – Biali ludzie to my.
Oszołomiony tym odkryciem zastygłem na chwilę w bezruchu i zacząłem się zastanawiać. Nie mając pewności, czy dobrze Tatę zrozumiałem, spróbowałem podrążyć temat od innej strony. Wiedziałem, że przodkowie Taty pochodzili z Niemiec, zaś Mamy – z Irlandii; spytałem więc, czy Irlandczycy i Niemcy to biali ludzie.
Tak – odpowiedział.
Pobiegłem do łazienki i spojrzałem w lustro. Nie było cienia wątpliwości: byłem biały.

Po tym wszystkim nie chciałem już chodzić do szkoły. Prelekcje pani Weaver na temat białych ludzi miały już inny wydźwięk. To, co z początku wyglądało na jej zdecydowane przekonania, teraz odczuwałem jako nienawiść. Nienawidziła mnie. Znienacka dotarło do mnie, że pani Weaver nie usiłuje zwerbować mnie do misji specjalnej – ona mnie beszta, tak jak Mama i Tata, gdy zrobiłem coś niewłaściwego. Czułem się winny zamordowania jej ludu i ukradzenia jego ziem. Nie chciałem już dłużej być biały. Zdecydowałem się więc zostać Indianinem – jak pani Weaver. Nie mogłem stać się Nawahem – przejrzałaby mnie od razu. Zostanę Apaczem.

Widziałem już kiedyś Apaczów. Niedługo wcześniej Tata kupił nam kolekcję książek z serii Time Life poświęconych Dzikiemu Zachodowi. Godzinami siedziałem i kartkowałem tom poświęcony Indianom; studiowałem owe słynne fotografie bandy Geronima wykonane w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Mój brat Dan miał zestaw do szycia skór. Ubłagałem Mamę, żeby kupiła mi złachaną hipisowską kurtkę z zamszu, którą zauważyłem w sklepie Armii Zbawienia. Używając kurtki w charakterze materiału do obróbki Dan pomógł mi wymodelować parę apaskich mokasynów, wraz z leginsami i całą resztą. Schwinn mojego brata został przerobiony na indiańskiego kucyka. Stałem się specjalistą w zakresie strzelania z refleksyjnego łuku wykonanego ze szklanych włókien. Używałem strzał o tępych grotach; byłem gotów na to, by sprawdzić mój nowy sprzęt na łowieckich terenach Apaczów w Ft. Lauderdale.

W pobliżu szkoły podstawowej rozkwitła na rozległych nieuprawianych polach ambrozja. Pewnej soboty pojechałem tam wczesnym rankiem na moim „indiańskim kucyku”. Udając, że poluję w sercu arizońskiej pustyni na pumy, czaiłem się z moim łukiem na stada gołębiaków. Ujrzawszy jak leci w ich stronę strzała, odfruwały jakieś dwieście jardów dalej i usadawiały się wśród wysokich chwastów. Podchodziłem ukradkiem bliżej i wypuszczałem kolejną strzałę.

Zacząłem polować na polu ambrozji w każdy weekend. Rzadko udawało mi się gołębiaka zabić. Ptaki były zbyt małe, a strzały za duże. Ale czułem się prawie jak Indianin. Prawie.

Ostatecznie moja faza indiańska dobiegła kresu. Absurdalnym wydawało się sądzić, że zdołam przemienić się w Apacza wyposażając w tanie mokasyny, rower Schwinna i zakrzywiony łuk. Musiałem stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością: jestem złym białym człowiekiem i nijak nie jestem w stanie tego zmienić.

* * *

Nasza rodzina mieszkała w południowozachodniej części Ft. Lauderdale na Gardenia Road, parę przecznic od autostrady numer 441. Nasze osiedle wybudowano jeszcze w latach pięćdziesiątych. Bloki miały płaskie dachy, podłogi z lastryko i okna, w których szyby otwierały się jak żaluzje – typowe dla budownictwa południowej Florydy. Nasza okolica zasadniczo wciąż wyglądała na spokojną mieścinę z telewizyjnego serialu, ale proces jej upadku bez cienia wątpliwości już trwał. Wzdłuż autostrady zaczęto otwierać sklepy z akcesoriami dla zażywających narkotyki oraz handlujące literaturą pornograficzną. Tuż koło naszego domu, przy następnej przecznicy, mieściła się siedziba lokalnej odnogi gangu motocyklowego – jej członkowie gnieździli się na ogrodzonym podwórku w nieszczególnego wyglądu chałupie mając do towarzystwa kilka bardzo agresywnych pitbuli. Kilka przecznic na zachód od naszego domu znajdowała się miejscowa podstawówka, Meadowbrook Elementary. Jako dzieci w drodze do szkoły zawsze mijaliśmy podwórko z tymi niebezpiecznymi psami.

Na początku lat siedemdziesiątych większość dzielnic w Ft. Lauderdale wciąż podlegała w samoistny sposób segregacji rasowej. Większość szkół takich jak Meadowbrook pozostawała pod wpływem społeczności lokalnych – pozostawały więc one rasowo jednolite długo po tym jak wyrok w sprawie Brown przeciwko kuratorium w Topece (1953) zdelegalizował przymusową segregację w szkołach państwowych. Lewicowi waszyngtońscy biurokraci zajmujący się edukacją nie byli z tej autosegregacji zadowoleni. Sądzili, że murzyni oraz inne mniejszości wciąż mieszkają na obszarach gospodarczo zacofanych, gdzie ich dzieci uczęszczają do podrzędnych szkół. Biurokraci dowodzili, że nawet po tym jak federalne fundusze przyniosły wszystkim szkołom państwowym równość w zakresie finansowania, Amerykanie wciąż żyli w dwóch osobnych krajach: jednym – ubogim i upośledzonym; drugim – bogatym i uprzywilejowanym. Odmienne warunki społeczno-ekonomiczne prowadzą do odmiennych następstw. Skoro rodzice podjęli decyzję o zamieszkaniu w okolicy rasowo jednorodnej i wysłaniu swoich dzieci do jednorodnych rasowo szkół, waszyngtońscy biurokraci będą musieli przejąć rolę rodziców. Zdecydują, do której szkoły dzieci zostaną wysłane. Celem utworzenia społeczeństwa prawdziwie egalitarnego pod groźbą pistoletu zmuszą czarnych i białych, aby się integrowali. Tak rozpoczął się eksperyment z zakresu inżynierii społecznej zwany przymusowym dowożeniem uczniów autobusami do „zdesegregowanych” szkół.

Biurokraci brali pewien procent dzieci z dzielnicy zamieszkałej w zdecydowanej większości przez czarnych i kazali wieźć je przez całe miasto do szkoły, w której większość uczniów była białych – analogicznie postępowano w przypadku białych dzielnic i czarnych szkół. W trakcie mojej edukacji na poziomie podstawowym uczęszczałem do okolicznej szkoły, do której zwożono czarne dzieci z Lauderhill. Każdego ranka przed wejście do szkoły zajeżdżały dwa pełne murzyńskich uczniów autobusy – pokonawszy uprzednio piętnastomilową trasę przez całe miasto. Jesienią 1977 roku, gdy zaczynałem szóstą klasę, przyszła pora na moją autobusową przejażdżkę. Bogaci biali lewicowi inżynierowie koncepcji przymusowego zwożenia dzieci do szkół chcieli, abyśmy wszyscy „w praktyce żyli tym, co oznacza życie prawdziwie amerykańskie”. Szczycili się, że dzięki nim „narodziła się nowa era wolności” i tak dalej. Mogli sobie pozwolić na luksus wygłaszania takich twierdzeń, bowiem w większości przypadków ich własne dzieci chodziły do szkół, które były prywatne i do których uczęszczali wyłącznie biali uczniowie. Ale dla tych ubogich białych dzieciaków, które zmuszano do „desegregacyjnych” jazd autobusem, cała ta koncepcja miała zupełnie inne od deklarowanego przez inżynierów oblicze.

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym po raz pierwszy zmuszono mnie do „desegregacyjnej” jazdy. Dzieciaki z sąsiedztwa zgromadziły się jeszcze przed świtem w ciemności i wsiadły do żółtego autobusu bez wystającej maski, który pojechał autostradą numer 441 na północ kierując się do Parkway Middle School. Ta usytuowana w Lauderhill szkoła była w przeważającej części czarna. Skręciliśmy między osiedla na wschód od autostrady 441 i zaczęliśmy mijać brudne, puste podwórka, ustawione na cegłach samochody bez kół, wychudłe psiska, miejskie piekło. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z losu, jaki przypadł nam w udziale, w autobusie zapanowała nagle śmiertelna cisza.

W Parkway moja szkolna edukacja dobiegła końca. Na porządku dziennym było tam brutalne zastraszanie białych uczniów. Z początku przybrało ono formę wyzwisk i popychania, ale sytuacja szybko uległa pogorszeniu. Nie ufałem już żadnym nauczycielom, ani przełożonym. Nie słuchałem już tego, co mówiono podczas lekcji, i nie przykładałem się do pracy na zajęciach. Szkołę traktowałem jak areszt, nauczycieli miałem za strażników więziennych. Skupiłem się na przetrwaniu, na tym, by przeżyć każdy kolejny dzień w jednym kawałku. Liczba uczniów czekających na moim przystanku na autobus topniała z każdym tygodniem – w miarę jak rodzice wypisywali swoje dzieci z Parkway i zapisywali do szkół prywatnych. Z nastaniem stycznia ci, którzy pozostali w Parkway, mieli jej już serdecznie dość.

Pamiętam dzień, w którym ostatecznie rozstrzygnęliśmy sprawy. Zaczął się tak, jak inne – zwyczajowymi groźbami i obrazą słowną. Gdy na przerwie między drugą a trzecią lekcją szedłem na kolejne zajęcia, ujrzałem przed sobą tłum uczniów. Tego rodzaju tłum mógł oznaczać w Parkway tylko jedno: bójkę. W środku tłumu ujrzałem coś, czego nigdy nie zapomnę: na ziemi leżała istota ludzka zwinięta w ciasną kulkę. Część zgromadzonych na zmianę kopała ją i biła pięściami. Inni zrywali z niej kolejne części ubrania. Tłum wył: „Zabić sukę! Zabić sukę!”. W powietrzu wisiała szara chmura kurzu. Ta scena momentalnie przywiodła mi na myśl watahę hien wykańczających bezradną gazelę. Podszedłem bliżej. Kątem oka spostrzegłem i rozpoznałem twarz bezradnej istoty: to była Maggie, jedna z dziewcząt dojeżdżających razem z nami autobusem. Przerażony zastygłem w bezruchu – nie byłem w stanie zainterweniować ani uciec; rozgrywająca się scena sparaliżowała mnie.

Na ratunek biednej dziewczynie przybyli dziekan Pearson oraz kilku nauczycieli. Okryli jej częściowo nagie ciało kurtką i wyprowadzili wśród kipiącego od szyderstw tłumu. Nikogo, jak zwykle, nie ukarano za tę brutalną napaść; w Parkway był to dzień jak co dzień.

W trakcie przerwy na lunch my, „przystankowcy”, siedzieliśmy patrząc na siebie wzajemnie – nic nie jedząc i nic nie mówiąc. Nie musieliśmy niczego mówić. Dokładnie wiedzieliśmy, co zrobić. Zgodnie wstaliśmy i wyszliśmy szkolnym korytarzem; minęliśmy przyczepy kempingowe, w których odbywały się zajęcia dla nadliczbowych uczniów; przeszliśmy przez boisko. Zostawiliśmy to zapomniane przez Boga miejsce za sobą. Musiało nas być z piętnaście osób. To było spontaniczne – na nic się nie umawialiśmy. Gdy tylko opuściliśmy szkolne getto, skierowaliśmy się autostradą numer 441 na południe – do domu.

Powiedziałem rodzicom prawdę: nigdy nie wrócę do Parkway, niezależnie od możliwych konsekwencji. Ku mojemu zaskoczeniu posłuchali i zgodzili się przenieść mnie do Rogers Traditional Middle School, w której ukończyłem szóstą klasę nie będąc bitym ani zastraszanym. Tamtego dnia w Parkway stało się coś ważnego. Rzuciłem niesprawiedliwości wyzwanie i poczułem wewnętrzną dumę. To był początek mojej prawdziwej edukacji.

* * *

Mimo tego, czego doświadczyłem w Parkway, okres, gdy mieszkaliśmy na Gardenia Road ma szczególne miejsce w mojej pamięci, bo to tam odkryłem najwspanialszy spośród wynalazków: baseball. Na końcu Gardenia Road znajdowało się coś, co można było określić tylko mianem wielkiego dołu w ziemi. Dół ów – dawniej żwirownię – przekształcono w park z boiskami i nazwano Southwest. Władze miasta Ft. Lauderdale zaordynowały zbudowanie tam kilku boisk do baseballa i jednego do futbolu amerykańskiego. W czasie ulewnych deszczów dół napełniał się na głębokość pół metra wodą; ale przez większość czasu było tam sucho. W parku spędzałem, praktycznie rzecz biorąc, większość swojego czasu.

Jesienią i zimą grałem w futbol; wiosną i latem – w baseball. Moja siostra Maura była cheerleaderką. Moim sportem był baseball, a grać umiałem naprawdę dobrze. Występowałem na pozycji miotacza. Trenerzy i sędziowie mówili, że nigdy jeszcze nie widzieli jedenastolatka, który rzucałby takie podkręcone piłki. Ojcowie zawodników z przeciwnych drużyn zostawali w parku do późna, żeby przyglądać się jak gram.

Co roku grałem z tymi samymi dziećmi, więc znałem ich mocne i słabe strony. Wiedziałem, które piłki będą w stanie odbić, a których – nie. Rzucanie piłką daje ci panowanie nad sytuacją. Panujesz nad tempem gry i to najczęściej pozwala ci wpłynąć w decydujący sposób na jej wynik. Uwielbiałem to. Aby doskonalić swoje umiejętności, kupiłem poświęconą grze miotacza książkę zawierającą rady Boba Fellera, członka Galerii Sław Baseballu. Z książki nauczyłem się, jak należy trzymać piłkę i jak wykorzystywać łączący jej powłokę ścieg, by rzucać „ślizgacze”, „proste” i zabójcze „podkręcone”.

Gdy wszedłem w swój rytm, nie popełniałem błędów. Piłka leciała tam, gdzie chciałem. Sędzia, łapacz i ja działaliśmy jak jedność – jakby nasze umysły zostały w niewidzialny sposób połączone. Pierwszy rzut: szybka piłka w sam środek, żeby od razu zyskać przewagę. Drugi rzut: piłka podkręcona. Przechodząc na tryb „podkręconej”, ciskałem piłkę prosto w biodro pałkarza. Widać było jak robi coraz większe oczy w oczekiwaniu aż piłka go uderzy, lecz dokładnie w momencie, gdy wykonywał nagły ruch, by wycofać się ze swojego stanowiska, piłka skręcała i trafiała prosto w ręce łapacza. „Sss-trajk!” – krzyczał przeciągle sędzia i na znak udanego rzutu wyciągał w bok zaciśniętą pięść. Sędzia robił się coraz bardziej ożywiony w miarę odsyłania przeze mnie kolejnych pałkarzy na ławkę rezerwowych. Gdy wypracowałem już sobie przewagę, miotałem piłką po rogach bazy domowej z użyciem „prostych” i „pozornie szybkich” – a potem wracałem do „podkręconych”.

Pierwszy raz w życiu miałem do czynienia ze sztuką.


[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (3)


  
ROZDZIAŁ 3
New Smyrna Beach, Floryda • 1966–71 • Lata młodości

Wciąż pamiętam jak bawiłem się w chowanego za naszym starym domem w New Smyrna Beach na Florydzie. Mieliśmy małą piaskownicę; w środku leżała stara opona od traktora; za piaskownicą zaś podwórko graniczyło z małym gajem pomarańczowym. – Chowaj się! – zwykł krzyczeć z kuchennego okna mój brat i rozpoczynał odliczanie – jeden, dwa, trzy... – Gdy zaczynałem bawić się w chowanego, zwijałem się w kłębek wewnątrz wielkiej opony od traktora, lecz ta kryjówka stała się zbyt oczywista; zacząłem więc chować się w gaju. Za każdym kolejnym razem szedłem trochę głębiej między drzewa. Poszukiwania zaczynały się na poważnie. Mój brat szybko męczył się tą zabawą. Był starszy i miał lepsze pomysły na spędzanie czasu niż ganianie za brzdącem po gaju pomarańczowym. Ale mi tej zabawy nigdy nie było dość. Gaj pomarańczowy był jak zaczarowany – pełen magii i tajemniczy. Gałęzie drzew uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców; powietrze przesycone było zapachem cytrusów. Sad nie miał nawet kilku akrów, ale w mojej wyobraźni dwulatka zdawał się rozległą dziczą – miejscem, w którym mogłem się ukryć i nigdy nie zostać odnalezionym.

***

Moja matka, Patrycja (z domu Murphy), pochodziła z irlandzkiej rodziny, która osiedliła się w Filadelfii, długiego rodu murarzy i politycznych liderów. Patsy, jak na nią mówiono, miała osobowość ekstrowertyczną; była stanowcza i do bólu szczera. Bez wątpienia to ona dzierżyła w rękach ster losów naszej rodziny. Mama miała niespokojną duszę; bez ustanku szukała kolejnego wyznania czy filozofii, które pozwoliłyby na ucieczkę od banalności życia. – Mam włóczęgostwo we krwi – lubiła mówić. [„Włóczęgami” („tinkers”) nazywano irlandzkich cyganów, znanych z wędrownego stylu życia]. Zaraz po ukończeniu college'u Patsy rozważała wstąpienie na drogę życia zakonnego, ale wycofała się przed złożeniem wieczystych ślubów. Życie kontemplacyjne nie leżało w jej naturze; podobnie jak całe to „klęczenie i modły”. Chciała dokonać czegoś nadzwyczajnego – na przykład zbawić świat.

W połowie lat pięćdziesiątych Patsy spakowała swój dobytek do walizki i przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie dołączyła do Ruchu Katolickich Robotników. Założycielka Ruchu, Dorothy Day, niegdyś wyznawczyni marksizmu-ateizmu, wstąpiła do Kościoła katolickiego po tym, jak jej chłopak-marksista zapłodnił ją i porzucił. Później otworzyła sieć hospicjów i schronisk dla bezdomnych w Nowym Jorku i okolicach. Katoliccy Robotnicy byli pacyfistami – innymi słowy: „komuszkami”, jak pogardliwie nazywał ich ojciec Patsy. Poza karmieniem bezdomnych angażowali się w różnorodne działania polityczne, takie jak demonstracje antywojenne.

W trakcie pobytu i pracy w komunie Katolickich Robotników w Brookfield w stanie Massachusetts, Patsy poznała przystojnego młodego mężczyznę z Missouri imieniem Bob. Niebieskooki ciemnowłosy Bob wyglądał jak „dokładna kopia Montgomery’ego Clifta z filmu «Miejsce pod słońcem»” – to były słowa Mamy. Jej serce podbiły wygląd Boba oraz jego nienaganne maniery.

Patsy i Bob, za starzy na szczenięcą miłość i zbyt pewni swoich uczuć, nie tracili czasu na zaloty; młoda para zdecydowała się bezzwłocznie wstąpić w związek małżeński. Pierwsze lata wspólnego pożycia spędzili w Missouri, gdzie planowali powiększyć rodzinę o dzieci oraz, jeśli to możliwe, założyć komunę Ruchu Katolickich Robotników na kształt tej w Brookfield. Komuna nie przyniosła spodziewanych owoców, ale małżeństwo przyniosło je bez wątpienia. Dzieci przychodziły na świat w prawdziwie katolickim stylu – przez następną dekadę pojawiały się regularnie co dwa lata. – Każde z was kosztowało mnie jeden ząb – mówiła Mama macając kciukiem policzek, by zaprezentować swoje matczyne rany bitewne. – Dzieci potrzebują dużo wapnia. Po każdym porodzie – bum! – wypadał mi kolejny ząb. Ale było warto.

Podczas gdy Mama koncentrowała swoje wysiłki na trosce o wzrastające potomstwo, mój ojciec opanował sztukę precyzyjnej obróbki drewna. Właściciel zakładu produkującego szafki był oszczędny i nie płacił dobrze. Tata zarabiał ledwie tyle, żeby starczyło dla wszystkich dzieciaków na pieluchy. W poszukiwaniu lepszej płacy Tata zatrudnił się w liniach Trans World Airlines (TWA) na lotnisku z St. Louis. Mój ojciec, Bob, pochodził z „Niemców” z St. Louis – niegdysiejszych mieszkańców Palatynatu Reńskiego, którzy wyemigrowali do Missouri na krótko przed wybuchem wojny secesyjnej. Tata, spokojny i skłonny do namysłu, pracował jako mechanik samolotowy, ale zamiłowaniem darzył tak naprawdę ciesiołkę i muzykę. Nauczywszy się od swych niemieckich przodków sztuki obróbki drewna, robił przepiękne szafki, meble i gitary akustyczne. Miał słabość do czarnego orzecha i zawsze trzymał za naszym domem stosik tego ciemnej barwy drewna. Gdziekolwiek się przeprowadzaliśmy, orzech przeprowadzał się z nami. Tata grał też na gitarze akustycznej i pisał własną muzykę w stylu gospel. Unikał kostek i fantazyjnych metalowych mostków; był urodzony do gry palcami. Nosił cygańską kozią bródkę i uwielbiał kanapki z sardynkami, na których musiały leżeć grube plastry sera cheddar. Schylony nad stolikiem do kawy z półokularami osadzonymi na czubku nosa miał w zwyczaju brząkać sobie na gitarze, robiąc co jakiś czas przerwę na zapisanie paru nut. Tata był z pokolenia ludzi, którzy w tylnej kieszeni zawsze nosili materiałową chustkę. I zawsze robił z niej dobry użytek. Jeśli widział, że kapie ci z nosa, wydobywał ową śluzowatą, inkrustowaną kozami chusteczkę i szedł na ciebie niczym Boris Karloff usiłujący obezwładnić cię chloroformem. Nie miał jednak żadnych złych intencji; nie było w nim ani krztyny złośliwości.

W roku 1965 NASA uczestniczyła we wczesnych etapach Kosmicznego Wyścigu. TWA podpisało z NASA kontrakt na wybudowanie wyrzutni rakiet na przylądku Canaveral na Florydzie. Płacono lepiej niż za pracę na lotnisku, więc Tata najął się do ekipy na Cape Canaveral.

W połowie lat sześćdziesiątych naprzeciw kosmodromu na przylądku Canaveral budowano w nowym stylu ul, mający pomieścić wszystkich nowych przybyszów. Coraz liczniejszy klan Rudolphów gnieździł się w malutkiej jednoizbowej kawalerce na Merritt Island. Ledwie starczało miejsca na to, by dzieci – trzech chłopców i dziewczynka – miały gdzie ułożyć się do snu (spały na podłodze w salonie). A w drodze było kolejne dziecko – ja.

Niedługo wcześniej Mama stała się entuzjastką naturalnego porodu techniką Lamaze’a, więc gdy 19 września 1966 r. odeszły jej wody, nie zawracała sobie nawet głowy jechaniem do szpitala. Wezwała swojego lekarza i urodziła mnie tam, gdzie właśnie się znajdowała – przyszedłem na świat na naszym kuchennym stole. Później Mama przez lata niezmordowanie opowiadała o tym doświadczeniu osobom goszczącym u nas na obiedzie. Co bardziej wrażliwi powoli odsuwali od siebie talerze i dziwnie wgapiali się w nasz kuchenny stół, wyobrażając sobie opisaną scenę.

W roku 1969, po narodzinach mojego młodszego brata, Jamiego, znaleźliśmy w końcu lokum wystarczająco duże, by pomieściło naszą rodzinę. Dwupiętrowy wiktoriański dom z drewnianymi podłogami usytuowany był zaraz obok autostrady numer 1 w jednej z najstarszych części New Smyrna Beach. Miejsce to miało posmak starego Południa; domy usadowiły się wygodnie pod rozłożystymi hiszpańskimi dębami. Tutejsze rodziny żyły tu od pokoleń. Podwórka roiły się od dzieci, psów i tłustych szarych wiewiórek.

Nie nastały jeszcze czasy dzieci pijących mleko z kartonów i wsiadających na rower w kaskach. Jeśli nie znajdowaliśmy się akurat w szkole albo w kościele, szliśmy tam, gdzie nam się żywnie podobało. Mama nie martwiła się o to, co się z nami dzieje – o ile wracaliśmy do domu na obiad. Wsiadaliśmy na nasze schwinny i włóczyliśmy się po okolicy bandami liczącymi dziesięciu-piętnastu chłopaków. Dzieciaki, które uchodziły za najbardziej „spoko” jeździły na „chopperach” z wydłużonymi siodełkami. Konstruowanie chopperów należało do dziedziny sztuk pięknych. Należało odciąć piłą widelec ze starego roweru i osadzić go na nowym, co dawało dodatkowych sześćdziesiąt centymetrów z przodu. Jeździliśmy godzinami w poszukiwaniu przygody, w drodze do naszego celu przecinając autostrady i mosty. Moi starsi bracia traktowali mnie jak piąte koło u wozu. Ponieważ nie miałem własnego roweru, musiałem zawsze ubłagać jednego z nich, żeby pozwolił mi jechać na kierownicy. Moje króciutkie nogi pięciolatka ledwie sięgały śrub zaciskających oś przedniego koła. Musiałem podwijać palce u stóp mocno ściskając nogami widelec i kurczowo trzymać się kierownicy. Wpatrywałem się niezwykle bacznie w drogę przede mną, żebym na jakimś wyboju nie puścił widelca i nie wylądował twarzą na chodniku.

Najchętniej jeździliśmy do doków w porcie New Smyrna. Cumowały tam łodzie rybackie, z których wyładowywano to, co udało się złowić. Oblepione wąsonogami pomosty przystani wchodziły głęboko w wodę. Nadpływające fale podnosiły się wolno pod deskami pomostu, a potem śpiesznie wracały do morza. Znalazłszy pusty pomost, zabieraliśmy się do pływania i na zmianę nurkowaliśmy skacząc z końca doku. Co jakiś czas jeden z chłopców dostrzegał charakterystyczną płetwę: „Wyłazić z wody!” – brzmiało ostrzeżenie. Gramoląc się po drabinie, wyłanialiśmy się z morza. Stojąc na skraju doku dało się dostrzec płetwę grzbietową rekina. Płynął nieśpiesznie po płyciźnie w poszukiwaniu resztek ryb z połowu. Gdy tylko znikał nam z oczu, bez większego namysłu skakaliśmy z powrotem do wody.

Moi bracia kolegowali się z chłopakami Wheelerów. Wheelerowie byli wsteczniakami, rodowitymi mieszkańcami Florydy, żyjącymi w rozpadającej się chałupie zagrzebanej pod nadającymi się wyłącznie na złom samochodami. Pod chylącą się ku upadkowi frontową werandą wylegiwały się gończaki. Na cegłach stały buicki i fordy bez kół. Z dębu przed domem zwieszał się ubrudzony smarem blok silnika. Mimo całego tego rozgardiaszu Wheelerowie zawsze znajdowali przed domem kawałek wolnego miejsca na swoją ulubioną rozrywkę: zapasy (zwali je „pasowaniem”). Za każdym razem, gdy szliśmy do Wheelerów, łączyli nas w pary według kategorii wagowych i rzucali wyzwanie: „Pasujecie się?”.

Na frontowej werandzie gromadził się cały klan Wheelerów, aby przyglądać się widowisku. Gdy przygwożdżono cię do ziemi, całe twoje ciało oblepiało się charakterystycznym dla New Smyrna szarym piaskiem. Moi bracia nie byli w stanie pokonać Wheelerów, bo ci byli troszkę starsi i nieco mocniejsi. Wyczerpani i pobici dawaliśmy sygnał do pośpiesznego odwrotu, poprzysięgając zemstę. W następnym tygodniu Wheelerowie bałamucili nas, abyśmy przyszli po rewanż.

Przynajmniej raz w roku nasza rodzina wybierała się w podróż. Mój ojciec pracował dla TWA, co oznaczało dla nas loty tanie jak barszcz. Pewnego lata wszyscy polecieliśmy do Londynu. Innym razem mojemu rodzeństwu udało się odwiedzić Izrael. Zasadniczo jednak spędzaliśmy wakacje na Florydzie. Tata załadowywał naszego kombiaka marki dodge sprzętem i jedzeniem; ruszaliśmy obozować w jednym z parków na terenie stanu. Moim ulubionym był Ponce de León Springs. Stanowiący prywatną własność park leżał głęboko w patrolowanym przez wielkie pawie starodawnym dębowym gaju. Z płaskiego piaszczystego gruntu wytryskiwała bulgocząca źródlana woda, tworząc szereg jeziorek. Woda była zimna jak lód i krystalicznie czysta aż do samego dna. Nasze zanurzone w lodowatej wodzie ciała dostawały takiej gęsiej skóry, że zaczynały wyglądać jak nakrapiane. Bawiliśmy się setnie.

Właściciel parku otoczył ogrodzeniem podwodną jaskinię i umieścił koło niej złowieszcze tablice ostrzegawcze. Wieść niosła, że jaskinię postanowił zbadać kiedyś zespół płetwonurków, ale już z niej nie wypłynął. „Nie zbliżajcie się do jaskini” – ostrzegała nas Mama. Ale i tak się do niej wymykaliśmy. Pamiętam jak wgapiałem w wejście do jaskini, obserwując kołyszące się wokół niego liście poruszanych prądem wodnych roślin i zastanawiając, czy „podwodni ludzie” wyjdą kiedykolwiek ze środka.

Nasi rodzice ochrzcili nas w Kościele katolickim, ale kilka lat po przeprowadzce na Florydę moja matka przeszła na protestantyzm. Podczas modlitewnego spotkania zielonoświątkowców doświadczyła dotknięcia Ducha Świętego. Tata był z początku sceptyczny. Wkrótce jednak przekonał się do jej punktu widzenia. Tym sposobem rozpoczęła się nasza dziesięcioletnia odyseja po zielonoświątkowym uniwersum.

W roku 1972 Tata przeniósł się na Międzynarodowe Lotnisko w Miami. Nasza rodzina przeprowadziła się trochę na północ od Ft. Lauderdale. W tamtych czasach spędzaliśmy gros czasu w zborach i na spotkaniach modlitewnych. Dwa, może trzy razy w tygodniu uczestniczyliśmy w nabożeństwach. Po tym krótkim spotkaniu z Duchem Świętym w New Smyrna Beach Mamie jakoś nigdy nie udało się już na Niego natrafić. Ciągle znajdował się gdzie indziej – a ona wciąż Go poszukiwała. Podążała za nim do zborów baptystycznych, namiotów odnowy w Duchu Świętym i rekolekcji rozmaitych chrześcijańskich denominacji. Zaangażowała się w pracę misjonarską na Haiti oraz nawiedzała chrześcijańską wspólnotę w górach Santa Cruz w Kalifornii. Gdziekolwiek zaś podążała Mama – my podążaliśmy za nią. Ale zdawało się, że staruszek-Duch Święty nigdzie nie zabawia zbyt długo. Mama zwykła mawiać: „Duch jest ciągle w drodze”. Niedługo potem w drogę ruszaliśmy i my.

Zazwyczaj uczestniczyliśmy w nieformalnych spotkaniach modlitewnych. W czyimś salonie gromadziło się od dziesięciu do dwudziestu osób. Czytały Biblię, śpiewały, tańczyły, wygłaszały proroctwa, składały świadectwa i mówiły językami. Niemal każdego lata odwiedzaliśmy chrześcijańskie centrum rekolekcyjne w Bradenton na Florydzie. Usytuowane było nad rzeką Manatee, a składało się z pola kempingowego, małych apartamentów gościnnych, pokojów gier oraz stajni. Dzieciaki mogły jeździć na kucykach, poznawać rzekę w ramach rejsu rowerem wodnym lub kanadyjką albo pływać. Rodziny były duże. Do zabawy zawsze chętnych było wiele dzieci.

Każda msza katolicka ma dość podobny przebieg. Odmawiasz różaniec, słuchasz krótkiego kazania i przyjmujesz Komunię Świętą. Potem wracasz do domu. Z kolei nabożeństwa zielonoświątkowe nie mają ustalonej struktury i mogą trwać godzinami. Jakiś gość może zdecydować, że poświęci godzinę na składanie świadectwa na temat swojego grzesznego życia obfitującego w spotkania z prostytutkami oraz picie piwa. Dziesięciu kolejnych może potrzebować uleczenia („nakładania rąk”). Kilku odstępców może znienacka postanowić, że chcą ponownie załapać się na wózek o nazwie „zmartwychwstanie Chrystusa”. Kaznodzieja zaś może „zapalić się ogniem Ducha Świętego” i kazać przez bite trzy godziny. Zanim się zorientujesz, zaczynają piać koguty.

Siedzieć nieruchomo całymi godzinami to dla dzieci piekło. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu Mama postanowiła ubrać wszystkich swoich synów w poliestrowe garnitury sportowe z ery disco. Nie ma doprawdy nic gorszego niż noszenie w promieniach gorącego słońca Florydy poliestrowego garnituru sportowego – masz wrażenie, jakby zjadała cię żywcem gromada afrykańskich mrówek legionistek. Wierciliśmy się w ławce obłapiając nasze garnitury. Czekaliśmy aż zagra organista – stanowiło to sygnał, że nabożeństwo ma się ku końcowi. Organy wzywały grzeszników, aby zbliżyli się do ołtarza i wyrazili skruchę. Jeśli nikt w jego kierunku nie ruszał, nabożeństwo dobiegało wreszcie końca. Przypatrywaliśmy się organiście jak psy czekające na obiadowe resztki. Najlżejszy jego ruch powodował, że aż pochylaliśmy się w ławce do przodu.

I wreszcie organy grały. Dorośli zostawali w przybytku, żeby jeszcze przez godzinę porozmawiać (nazywano to „integrowaniem się”). Nas jednak puszczano wolno – wypadaliśmy przez drzwi jak pełnej krwi konie podczas Kentucky Derby. Pierwszy przystanek mieliśmy w naszym pokoju, gdzie zrzucaliśmy z grzbietów garnitury i wrzucaliśmy na siebie kąpielówki. Następnym przystankiem była rzeka.

Rzeka Manatee wiła się mijając przybudówki, stodoły i pomosty, do których przymocowano rzędy łodzi wiosłowych i kanadyjek. Naszym śladem podążały przekarmione białe kaczki; błagały nas o kawałeczek chleba. Nie mieliśmy czasu na kanadyjki ani na kaczki. Dalej w dole rzeki rósł wielki dąb; jego gałęzie zwieszały się nad wodą. Wysoko na dębie wisiała huśtawka. A obok niego zbudowano całkiem spory mostek, który górował nad wodą.

Woda z rzeki Manatee nie nadawała się do picia; miała kolor mocnej herbaty. Jak wskazuje sama nazwa, rzeka stanowiła siedlisko niezliczonych manatów – ogromnych morskich ssaków, które przypominają morsy – ale nie mają kłów. Odważniejsi chłopcy używali huśtawki; „cykory” korzystały z mostka. Ściskając nogami linę huśtawki, odbijałeś się od wysokiego brzegu rzeki i żeglowałeś nad wodę, mając we włosach świszczący wiatr. Na wysokości sześciu metrów nad wodą puszczałeś się i spadałeś – wydawało się, że trwa to całą wieczność. Plusk! – pogrążałeś się w brunatnej wodzie. Nagle robiło się zupełnie ciemno – jakby ktoś znienacka zamknął cię w komórce. Opanowywał cię na chwilę klaustrofobiczny lęk i zmuszał, abyś szaleńczymi ruchami rąk i nóg usiłował wydostać się na powierzchnię.

A potem przebijałeś się przez powierzchnię wody; owiewało cię świeże powietrze, a promienie słońca i głosy piszczących dzieci witały cię z powrotem w świecie żywych.



[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski


Eryk Rudolph "Nie najprostszą drogą – Wspomnienia bojownika" (7)


  


ROZDZIAŁ 7
Homestead, Floryda • 1978–82 • Walka i religia

Im bardziej na południe, tym bardziej tułów Florydy zwęża się – tworząc szpic. Dalej niczym ogon rozciąga się w turkusowej barwy wodzie Morza Karaibskiego łańcuch wysepek zwanych Florida Keys. Dokładnie w punkcie spotkania tułowia i ogona znajduje się anus Ameryki – mieścina ochrzczona mianem Homestead. Moja rodzina przeprowadziła się do Homestead jesienią 1978 roku. Miałem wtedy prawie dwanaście lat.

Nie pamiętam żadnych szczegółów przeprowadzki. Oto, co sobie przypominam: wkrótce po niedoszłych przenosinach do portu lotniczego w San Francisco mój ojciec stracił pracę w TWA. Mniej więcej w tym samym czasie przyłączyliśmy się do pochodzącego z Wirginii kaznodziei-oszusta, który organizował w Homestead nową wspólnotę. Otyły, rozlazły, wściekle rudowłosy pastor Bez dopiero co ukończył seminarium. Kupił już działkę i potrzebował inwestorów – „rodzin-założycieli”, jak je nazywał. Zaangażowaliśmy się w jego inicjatywę, lokując kapitał w to, co miało ostatecznie nazywać się Skalnym Kościołem, a później, po tym jak pastora Beza pozwano za naruszenie praw do nazwy, skończyło jako Przybytek Saleha. Przez cały rok, nim zaczęto szykować wykopy pod fundamenty, pastor Bez golił coraz liczniejszą trzódkę pod osłoną starego namiotu cyrkowego, który ustawił w polu kawałek na północ od miasta.

Z towarzyszeniem sporej liczby jęków i odgłosów zgrzytania zębami załadowano nas, dzieci, do kombiaka zmierzającego do Homestead. Jechaliśmy płatną autostradą zwaną Florida Turnpike w dolne rejony półwyspu – kierowaliśmy się na południe, by odegrać rolę jednej z „rodzin-założycieli” pastora Beza. Z każdą przebytą milą miny mieliśmy coraz smutniejsze.

Tata stracił pracę i nasza rodzina zaliczała się teraz do klasy ubogich. Byliśmy zmuszeni zamieszkać wśród gnieżdżącej się na Ósmej Alei białej niewykształconej biedoty z dołów społecznych – w śmierdzącym kocim moczem domu o zielonej barwie wymiocin. Dom znajdował się na niewłaściwym miejscu w sensie całkiem dosłownym – stał bezpośrednio za torami kolejowymi. To była prawdziwa rudera. Obok torów stały wiekowe, rozkładające się przepakownie płodów rolnych. Mieszkające nieopodal dzieci pochodziły z rozbitych domów: nieobecny ojciec; matka-alkoholiczka; rodzic pracujący na część etatu w fast foodzie albo domu starców. Nasi sąsiedzi mieszkali w obskurnych bliźniakach, wśród stosów opakowań po hamburgerach i brudnych ciuchów. Te rodziny wychowywały gniewne dzieci, z których wiele miało na koncie wyroki w poprawczaku hrabstwa Dade. Powszechnie używano narkotyków. Trawa, ludy, koka, anielski pył – wszystko, co dostało się w ich ręce, wędrowało do nosów, żył i gardeł. A mówimy tu o dzieciach dwunastoletnich. Smarkacze dla zabawy kradły motocykle i z kładki nad autostradą zrzucały pustaki na przejeżdżające samochody. Pewnego szczególnie nużącego dnia podpaliły pobliski magazyn.

Nim tańsza żywność z Trzeciego Świata wygrała konkurencję cenową z miejscowymi rolnikami, farmerzy z Homestead dostarczali na amerykański rynek większość owoców mango i awokado. Wciąż uprawiano tu fasolę tyczną, kabaczki i pomidory, ale stare sady mango i awokado wycięto, a grunt podzielono na mniejsze poletka. Całą ziemię poprzecinano kanałami nawadniającymi, dostarczającymi płytkiej skalistej glebie słodkiej wody z Everglades. Dwie mile na południe znajdowało się osiedle mieszkań socjalnych – jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Gdy przychodziły deszcze, woda niosła kanałami zwłoki.

Pamiętam pierwsze spotkanie z jednymi z owych zwłok. Myślałem, że to nadmuchiwana lalka unosząca się na wodzie twarzą do góry. Moi bardziej doświadczeni towarzysze oświecili mnie. „To trup” – powiedział jeden z nich. – „Czujecie ten smród? O, rajuśku!”. Dokładnie w tej samej chwili uderzył mnie odór tak straszliwy, że aż się cofnąłem. Zza zaciśniętych zębów wydostały się wymiociny i zaczęły spływać mi z kącików ust. Ktoś poszedł po gliny, a my staliśmy zatykając nosy i gapiąc się na ciało.

Godzinę później przyjechał samotny gliniarz i kombiak koronera. Stanęli koło nas na brzegu kanału dyskutując na temat tego, jakim sposobem najlepiej będzie wydobyć ciało z wody. Śledczy z urzędu koronera nie chcieli moczyć sobie nóg. Sfrustrowany brakiem inicjatywy gliniarz chwycił w końcu kij i przyciągnął zwłoki na brzeg kanału. Jednym końcem liny obwiązał kostkę trupa, a drugą przymocował do zderzaka swojego samochodu. BRUUM – BRUUM – wrzucił bieg w radiowozie i pociągnął napuchnięte ciało po żwirowatym brzegu. Samochód zarzucił wywłóczonymi na brzeg zwłokami – wprost na moich oczach. Widok był niezapomniany.

Staliśmy gapiąc się na trupa. Był to czarnoskóry człowiek – choć należałoby raczej powiedzieć, że czarnoskórnym człowiekiem był za swoich lepszych czasów. Od przebywania w wodzie obrzękł tak, że stał się dwakroć większy niż normalnie – napuchnięte ciało wylewało się z ubrań, palce u jego rąk wyglądały jak grube kiełbaski. W klatce piersiowej zionął mu ciemny otwór – w miejscu, w którym przedziurawiło ją ostrze noża czy też kula. Szare, pozbawione życia oczy wpatrywały się w przestrzeń bez wyrazu. Rój much plujek natychmiast ruszył w stronę trupa, na przemian wlatując w jego otwarte usta i wylatując z nich.

– Na co umarł? – spytałem gościa z trupowozu.
– Pewnie na brzydotę – odparł z chichotem.

Włożyli ciało do torby, przypięli je pasami do noszy na kółkach i wpakowali na tył karawanu. Potem odjechali. Kolejny zwykły dzień pracy. Wciąż patrzyłem na miejsce, gdzie chwilę wcześniej leżał trup, i na muchy poszukujące zabranego już ciała.

* * *

W Ft. Lauderdale byłem świadkiem napięć na tle rasowym, ale tam konflikt pozostawał niejako w ukryciu. Granice, których przekroczenie skutkowało agresją, leżały od siebie dość daleko. Jeśli nie wypuszczałeś się poza swoją okolicę, mogłeś uniknąć większości problemów. Homestead było inne. Dzielnice zamieszkałe przez ludzi odmiennych ras położone były bliżej siebie, szkoły pod względem rasowym silnie zróżnicowano, a konflikt na tle rasowym widać było gołym okiem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych Homestead znajdowało się na granicy między wiejskimi polami uprawnymi a rozbudowującymi się bez ustanku przedmieściami Miami. Obszar Redlands, na którym znajdowały się gospodarstwa białych z klasy średniej, rozciągał się aż do grobli, które chroniły go przed zarośniętymi kłocią bagnami Everglades. Redlands wyglądały jak Południowa Floryda z lat czterdziestych [XX wieku – przyp. ŁM]. Na wschód od Redlands leżała nowa Floryda, misz-masz etniczno-rasowych enklaw, które wrzynały się aż na teren samego Miami. Zaraz na północ od Homestead znajdował się obóz meksykańskich imigrantów pracujących na farmach. Na terenie Florida City, Goulds i Modello stały osiedla socjalne zamieszkałe przez czarnych. W Leisure City prym wiodły społeczności kubańska i haitańska. A między to wszystko wciśnięto spłachetki, na których żyła biała biedota. Każda grupka miała poczucie własnej tożsamości i nienawidziła wszystkich pozostałych z zapamiętałością rasowych ksenofobów. Tak wyglądało Miami w latach bezpośrednio poprzedzających zamieszki w Liberty City.

Campbell Junior High, podobnie jak większość szkół państwowych w hrabstwie Dade, stanowiła w istocie pole bitewne zwaśnionych stron. Szkoła przypominała więzienie – pozbawione okien betonowe pudło ze stalowymi drzwiami i korytarzami patrolowanymi przez strażników wyposażonych w radiotelefony. Gangi reprezentujące poszczególne rasy kontrolowały swoje terytoria i brutalnie karały intruzów. Aby przetrwać, trzeba było wiedzieć, gdzie usiąść, którędy chodzić i gdzie obowiązuje zakaz oddychania.

Pierwszego dnia zajęć popełniłem błąd – usiadłem w sektorze przeznaczonym dla czarnych. Siedzący za mną dzieciak miał na głowie afro, na nogach zaś sięgające za kostkę tenisówki Converse'a, które oparł o tył mojej głowy. Nie spodobało mi się, że opiera buty o moją głowę, więc zmiotłem je szybkim ruchem ręki. Ale dzieciak kładł je tam raz po raz na nowo.

– Masz ołówek, białasie? – spytał.
– Ta – odparłem, strącając jego stopy z mojej głowy.
– Pożycz mi.

Pomyślałem, że pożyczenie mu ołówka może przyczynić się w istotny sposób do wyjaśnienia naszego małego nieporozumienia związanego z jego stopami. Odwróciłem się więc w jego stronę i dałem mu jeden z moich nowych, świeżo zatemperowanych ołówków HB. Do końca zajęć nie próbował już używać mojej głowy jako podnóżka. „Problem rozwiązany” – pomyślałem.

Zadźwięczał dzwonek wzywający nas na kolejną lekcję. Spakowałem książki.
– Czy mogę poprosić mój ołówek z powrotem? – spytałem, wyciągając rękę. Popatrzył na nią przez moment.
– Chcesz swój ołówek? Proszę! – chwycił go i z wielką siłą wbił w moją otwartą dłoń. Zgiąłem się z bólu w pół, wpatrując w ołówek sterczący ze środka mojej ręki. Oczekiwałem, że nauczycielka zrobi coś w sprawie tej jawnej napaści, ale spojrzała tylko pobieżnie na moją rękę, napastnikowi nic nie powiedziała, a mnie wysłała do szkolnej pielęgniarki. Zamiast tego poszedłem do domu.

Znów w potrzasku – w kolejnej okropnej szkole – zacząłem wagarować. Pojawiałem się na porannym apelu, a następnie wymykałem bocznymi drzwiami. Czekałem przy okolicznym kanałku pod mostkiem aż lekcje się skończyły.

Zdołałem pokonać szkolny system w zakresie frekwencji, pozorując obecność na lekcjach, ale opanowania przewidzianego materiału udać nie zdołałem. Pod koniec roku okazało się, że nie zdałem do ósmej klasy. Ale przetrwałem, a dla mnie liczyło się tylko to.

Gdy przed drzwiami naszego domu pojawił się funkcjonariusz zajmujący się wagarowiczami, Mama prawie zemdlała. Nie miała pojęcia, że miałem tyle nieobecności.

– Dlaczego uciekasz z lekcji? – spytał funkcjonariusz.
– Bo ta szkoła to nie jest szkoła – odrzekłem. – To więzienie. Co dzień toczą się bijatyki. Nie jestem w stanie niczego się tam nauczyć.

Zgodził się z mną. Nie mogłem w to uwierzyć. Mama też nie. Zapisał coś w swoim notatniku; następnie ostrzegł mnie, że jeśli dalej będę wagarował, ktoś doniesie na mnie władzom poprawczaka w hrabstwie Dade. – To miejsce gorsze niż Campbell Junior, możecie mi państwo wierzyć – powiedział. Zasugerował, abym zaczął chodzić do szkoły prywatnej. – Powodzenia – powiedział na koniec i odjechał.

Choć nadwyrężyło to nasz budżet, rodzice zapisali mnie do małej prywatnej szkoły w północnej części Homestead. Colonial Christian był typową dla owego okresu szkołą południowej konwencji baptystów. Po tym jak w latach sześćdziesiątych związek zawodowy nauczycieli wespół z lewicowymi biurokratami zniszczył szkoły państwowe, konserwatywni baptyści zaczęli otwierać prywatne szkoły takie jak Colonial, by wypełnić lukę w systemie edukacji. Silny nacisk kładziono na przewiwdziałanie wpływom kontrkultury. Zanim Colonial zgodziła się przyjąć mnie w poczet uczniów, musiałem podpisać zobowiązanie zawierające długą listę rzeczy nakazanych i zakazanych. Zgodziłem się nosić krótkie włosy, czytać Biblię i oddawać honory fladze Stanów Zjednoczonych oraz chrześcijańskiemu sztandarowi ekumenicznemu. Zakazy obejmowały używanie alkoholu oraz narkotyków i noszenie pacyfki. Szkoła wyznaczyła sobie misję wpojenia uczniom podstawowej wiedzy oraz cnót chrześcijańskich. Klasy były niezbyt liczne. Nękająca szkoły południowej Florydy wojna rasowa nie miała w Colonial racji bytu, ponieważ uczęszczali tam bez wyjątku biali.

Przez wszystkie lata szkolnej edukacji państwowej zostawałem daleko w tyle z opanowaniem wymaganego materiału. Trudno było mi również realizować program nauczania w Colonial Christian. Ale próbowałem. Przez pierwszy miesiąc co dzień spodziewałem się, że wywalą mnie ze szkoły albo wyślą, bym gnił na zajęciach wyrównawczych. Po tym jak oddałem pierwsze wypracowanie z angielskiego, nauczycielka poprosiła mnie, bym został po lekcjach. „No i masz” – powiedziałem sobie. – „Wiedziałem, że nie potrwa to długo”.

Poszedłem do nauczycielki po lekcjach spodziewając się, że z miejsca poinformuje mnie o relegacji. Kazała mi usiąść i krok po kroku przeanalizowała moją pracę, wskazując błędy i podpowiadając jak je poprawić. Zupełnie osłupiałem. Oto tu była nauczycielka, która poświęcała mi czas poza godzinami zajęć, żeby mnie czegoś nauczyć. Niewiarygodne!

Lecz wiedziałem już, że nic dobrego nie trwa wiecznie. Mój czas w Colonial Christian skończył się po zaledwie jednym semestrze. Rodziców nie było już stać na czesne. Przez ten jeden semestr zdołałem poprawić oceny na tyle, że zdałem do ósmej klasy. W przyszłym roku będę musiał wrócić do szkoły-więzienia – chyba że znajdę sposób na ucieczkę z Homestead.

* * *

Homestead nie było złe do samego cna. Znów uciekałem w sport. Na pustyni pełnej dragów i przemocy znalazłem oazę radości na boiskach baseballowych Harris Field. Położone obok autostrady numer 1 Harris Field przyciągało mnóstwo dzieciaków z Redlands oraz całkiem pokaźną grupę wysokiej klasy trenerów. Pasowałem tam jak ulał. Gdy pierwszy raz wyszedłem na plac w roli miotacza, rzucałem tak, że przeciwnicy nie zdobyli ani jednej bazy. Gdy ukończyłem dwanaście lat, osiągnąłem wiek nie pozwalający mi występować już w Little League. Nabrałem masy i wzrostu – byłem więc w stanie rzucać naprawdę szybkie piłki i nie musiałem już polegać wyłącznie na podkręconych.

Pierwszego roku Drużyna Gwiazd Homestead odpadła z rozgrywek na poziomie okręgowym. Ale w następnym sezonie, gdy kwalifikowaliśmy się już do kategorii trzynastolatków, etap rozgrywek okręgowych hrabstwa Dade przeszliśmy jak burza. W żadnym z meczów nasza dominacja nie podlegała najmniejszej nawet dyskusji. Mieliśmy nad rywalami taką przewagę, że trener kazał nam celowo nie trafiać w piłkę, aby mecze w ogóle mogły mieć pozór starcia. W finale złoiliśmy North Miami piętnaście do zera.

Ze wszystkich miejsc, w których turniej mógł zostać rozegrany na poziomie stanowym, musiało paść na Ft. Lauderdale. Kilka zaledwie dni przed naszym pierwszym meczem w Liberty City wybuchły największe w historii Miami zamieszki na tle rasowym. Ich uczestnicy strzelali do właścicieli sklepów i wyciągali kierowców z samochodów; niektórych zatłukli na śmierć kijami bejsbolowymi. Całe kwartały miasta spowijały płomienie. Jadąc w kolumnie samochodów ominęliśmy Miami korzystając z płatnej autostrady Florida Turnpike.

Nasz zespół nigdy wcześniej nie występował na tak olbrzymim obiekcie. Stadion, na którym swoje mecze w lidze stanowej rozgrywał zespół Ft. Lauderdale Yankees, przytłoczył nas. Murawa wewnętrznej części boiska była doskonale równa, linie łączące bazy doskonale proste, a trybuny zdawały się sięgać nieba. Najpierw przyszło się nam zmierzyć z drużyną Oakland Park – jednym ze starych rywali z okresu, gdy grywałem na Southwest. Sędzia wyznaczył mikroskopijnych rozmiarów strefę strike'ów. Nasi rzucający nie bardzo umieli w nią trafić. W ofensywie szło nam niewiele lepiej. Wysokie piłki rzucane skutecznie przez rywala i nędzny występ naszych pałkarzy sprawiły, że od samego początku spotkania znaleźliśmy się w opałach, z których nie zdołaliśmy już wyjść obronną ręką.

My graliśmy, a Miami płonęło. Przez cały mecz spoglądałem raz po raz na trybuny, poszukując wzrokiem Mamy i brata, którzy mieli przyjechać obejrzeć nasz występ. Ale nie było ich tam. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że znaleźli się w epicentrum zamieszek.

Mama nie posłuchała naszej rady, by okrążyć Miami. Zamiast tego podjęła próbę przedostania się przez miasto międzystanówką numer 95. Bardziej pechowo trafić nie mogła. Nieświadoma faktu, że większość stacji benzynowych w Miami właściciele zamknęli z obawy przed ewentualną napaścią, nie miała jak kupić paliwa. Znalazła się w samym środku zamieszek i właśnie wtedy jej toyocie coronie skończyła się benzyna.

Zjechawszy na pobocze autostrady, ujrzała w dole wzdłuż ulic płonące budynki. Zatrzymanie kogokolwiek na autostradzie machaniem ręką okazało się zadaniem ponad miarę. Mamie i bratu pozostawała jedynie nadzieja na dotarcie do pobliskiego Holiday Inn; na parkingu przez motelem obozowała gromada gliniarzy. Motel znajdował się jednak aż w Liberty City. Mama i brat musieli dostać się tam biegiem. Ruszyli więc w dół zjazdem z autostrady. Banda uzbrojonych w kije ulicznych rozrabiaków spostrzegła tę dwójkę i ruszyła w pogoń. Mama i brat pędzili na łeb, na szyję. Gdy dobiegli do policyjnego kordonu, od dyszącej żądzą mordu tłuszczy dzieliły ich ledwie kroki. Niezdolny zaspokoić swojej żądzy krwi rozwścieczony motłoch zaczął rzucać kamieniami i butelkami. Policja próbowała opanować sytuację – miała pełne ręce roboty. Mama musiała cierpliwie czekać aż do świtu, nim udało jej się odzyskać samochód.

* * *

W Skalnym Kościele pastor Bez głosił typ pokory graniczącej z samozaparciem. Jego przesłanie brzmiało: pozwól, by świat traktował cię jak słomiankę. Bóg odda ci sprawiedliwość w przyszłym świecie – twierdził. Zostawcie brzemiona doczesnego świata; zapewnijcie sobie zbawienie i przygotujcie się na ponowne przyjście Jezusa – wszystko inne to marność.

Według wierzeń zielonoświątkowców nie wystarczy, aby człowiek przyjął chrześcijańskie dogmaty i przestrzegał Dziesięciu Przykazań. To, czy zostaniesz zbawiony, uzależnione jest od nadprzyrodzonej, osobistej relacji z Jezusem, którą opisać są w stanie tylko wtajemniczeni. Ponieważ więź każdego człowieka z Jezusem ma charakter osobisty, jej treść jest z konieczności subiektywna. Dla jednego człowieka Jezus może być surowym nadzorcą, dla innego zaś – osobą bardzo tolerancyjną, dozwalającą na wszelkiego rodzaju zachowania. Jezus pastora Beza nie miał najwyraźniej nic przeciw jego cudzołożnemu związkowi z własną sekretarką, ani używaniu przezeń pieniędzy z funduszu budowlanego na prowadzenie wystawnego życia. Jako że wszyscy ludzie są grzesznikami, podjęcie na poważnie próby przestrzegania praw Bożych w istocie nie ma sensu. Wszystko, czego potrzebujesz, to odklepać „modlitwę grzesznika” i wychlipać przed ołtarzem parę razy wyznanie win – a zbawienie masz zapewnione. Wszystkie twoje grzechy – przeszłe i przyszłe – zostają odpuszczone. Z chwilą, gdy zyskujesz pewność zbawienia, masz ją już zawsze. Niezależnie od tego, ile grzechów popełnisz w przyszłości, możesz spać spokojnie: bilet wstępu do Nieba masz jak w banku. Nie musisz brać za swoje grzechy odpowiedzialności. Jezus zrobił to za ciebie na krzyżu. W ujęciu zielonoświątkowców Jezus to wyłącznie kozioł ofiarny złożony w ofierze za ludzkość. Jedyne obiektywne standardy obowiązujące w grupie pastora Beza miały swoje źródło w zawartości Biblii Króla Jakuba. Ponieważ jednak wszyscy wierni mieli prawo interpretować Pismo Święte, każda interpretacja była równie uprawniona. Racjonalna teologia Tomasza z Akwinu równała się w tym ujęciu majaczeniom dowolnego prostaka. W Skalnym Kościele jedynym sprawdzianem na to, czy zbawienie masz zapewnione, było posiadanie „daru Ducha”.

Pastor Bez rzadko nauczał jakiejkolwiek doktryny. Nigdy nie próbował opierać swoich kazań o rozum czy doświadczenie. Sporadycznie poruszał zagadnienie moralnych dylematów, przed którymi stają chrześcijanie we współczesnym świecie. Polityczne i społeczne krzywdy, do których dochodziło w Stanach Zjednoczonych, mogłyby zaś, jeśli o niego chodzi, równie dobrze dziać się na innej planecie. Życie jest zbyt krótkie, by żyć w rzeczywistości. W Skalnym Kościele chodziło o to, by upoić się Duchem Świętym – to była duchowa palarnia opium. Nabożeństwa zaczynały się od śpiewania i muzyki, a niedługo później następowało krótkie kazanie – wszystko to miało na celu zaktywizować „dary Ducha”. Niektórzy bezustannie wymachiwali rękami w kierunku sufitu. Inni histerycznie krzyczeli. Spora grupka tańczyła jak wirujący derwisze. Wielu mówiło w niezrozumiałym narzeczu, nazywanym przez nich „językami”. Pamiętam gościa, który miał zwyczaj robić biegiem rundki wokół zgromadzonych. Między ławkami zaś i na całej szerokości pomieszczenia przed ołtarzem leżeli plackiem ludzie, którzy potracili świadomość – popadali w Duchu.

Kościół pastora Beza przyciągał uciśnione ofiary społeczeństwa. Właściwie każdy okazywał się byłym kimś: byłym narkomanem, byłym członkiem motocyklowego gangu, byłym więźniem. I, na Boga, o tym, jakie życie dawniej prowadzili, to lubili opowiadać. Ludzie ze szczególnie ohydną przeszłością cieszyli się swoistą sławą. „Och, nie wiesz o bracie takim to a takim?” – mówił jeden drugiemu. – „Był kiedyś największym handlarzem kokainą w Miami... Aż odnalazł Pana... Tak, to prawda, miał w zwyczaju ściągać kreski z brzuchów dziwek, przypalając jednocześnie małe zwierzęta lampą lutowniczą”. Godzinami gadali o najbardziej intymnych i wywołujących zażenowanie szczegółach swoich życiorysów. W dawnym życiu odurzali się narkotykami albo alkoholem – teraz odurzali się Jezusem. Po każdym kolejnym pełnym frustracji tygodniu w świecie realnym gromadzili się i zatracali w ekstazie uwielbienia.

Rdzeń Skalnego Kościoła stanowiły kobiety. Pastor Bez opracowywał być może choreografię tanecznych kroków, ale całości ton nadawały panie. Kobiety z dziećmi przybywały na nabożeństwa zazwyczaj bez mężów. Jeśli ci w ogóle się pojawiali, to zwykle pod przymusem. Powietrze przepojone było zapachem tanich perfum. Całość pachniała na milę kobiecą grupą wsparcia – seminarium treningowym Erharda opatrzonym krzyżami.

Jako świadek tego wszystkiego siedziałem z kamienną twarzą i założonymi rękami – tego, co widziałem, nienawidziłem z całego serca. Jako jedna z rodzin-założycieli Skalnego Kościoła hojnie wspieraliśmy fundusz budowlany pastora Beza. A byliśmy ubodzy. Tata, zmuszony podjąć pracę jako budowlaniec w miejskim zoo w South Miami dzień w dzień pracował niewolniczo w palącym słońcu. Wracał do domu wieczorem widocznie zmęczony – jego opalona twarz przypominała skórzaną sakwę. Wkrótce nabawił się czerniaka. Moje rodzeństwo i ja cierpieliśmy w szkołach nękanych narkotykami i przemocą, bo nie stać nas było na edukację prywatną. Ale oto czwartą część dochodów oddawaliśmy na budowę sławetnej tancbudy pastora Beza. To było zupełnie bez sensu.

Chciałem uciec. Puszczałem wodze fantazji i widziałem się zaszywającego na Everglades z moją wiatrówką colemana – żywiłem się ustrzelonymi królikami lub czymś podobnym. Ale to były tylko marzenia. Nie miałem dokąd uciec.

[wydanie trzecie, 2015]

Tłum. Łukasz Makowski